Po lekturze felietonu Kingi Dunin 'Sterylizacja, czemu nie?' ('WO' 39).
Przez pewien czas mieszkałam w USA, a tam sterylizację przeprowadza się na życzenie zainteresowanych. Zabiegi te są nawet refundowane przez firmy ubezpieczeniowe. Wówczas nie sądziłam, że temat ten mnie kiedyś zainteresuje.
Po kilku latach i urodzeniu dzieci doszłam do wniosku, że sterylizacja to opcja dla mnie. Wyobrażałam to sobie tak: idę do prywatnej kliniki, podpisuję umowę z lekarzem, by nie bał się, że zmienię zdanie, poddaję się zabiegowi, płacę i po sprawie... Niestety, to marzenia. Ginekolożka, która dbała o zdrowie moje i moich dzieci podczas kolejnych ciąż, powiedziała, że nie mamy nawet o czym rozmawiać i że nie chce kłopotów. Pouczyła mnie, że istnieje wiele metod antykoncepcji.
Tu dotykamy kolejnego problemu, o którym pisze pani Kinga - lekarze polscy (choć pewnie są wyjątki) nie traktują pacjentów jak ludzi dorosłych, będących w stanie świadomie podejmować decyzje dotyczące swojego zdrowia, nawet te nieodwracalne. Ich relacje z pacjentem przypominają mi stosunek szamana obdarzonego wiedzą tajemną do prostaczka proszącego o pomoc. Nie zdarzyło mi się jeszcze w Polsce, by lekarz rzetelnie i zrozumiale wyjaśnił mi np., dlaczego zleca badanie, jak ono będzie wyglądać, jakie są możliwe wyniki. Pytania nie są mile widziane, a odpowiedzi, jeśli udzielane, to tak, by niewiele zrozumieć. Co do zgody na zabiegi - to miałam okazję, przyjechawszy do szpitala na
poród, podpisywać takową 'in blanco', a także innym razem sformułowaną tak, że właściwie zgadzałam się na wszystko. Oczywiście mogłam też nie podpisywać, ale czy wtedy nie musiałabym urodzić w taksówce do domu?
Moja ginekolożka też wiedziała, co jest dla mnie najlepsze. Ponadto okazało się, że jeśli coś nie jest zabronione, to i tak nie wolno. Trzeba więc zejść do podziemia albo wybrać się za granicę, by poddać się sterylizacji.