Byłam kobietą kochającą za bardzo
Imi
2009-10-01, ostatnia aktualizacja 2009-10-01 15:02
Tęsknię do dobrej miłości. Już mieści mi się w głowie, że ktoś mnie pokocha taką, jaką jestem, że nie muszę "zasłużyć" na tę miłość, że bycie z kimś to nie żebranie o czyjąś akceptację
ZOBACZ TAKŻE
- To On kochał za bardzo (24-09-09, 11:15)
- Kobiety kochające za bardzo (21-09-09, 01:00)
- Walizki za drzwi (07-09-09, 01:00)
- Żyć po zdradzie (22-10-05, 01:00)
SERWISY
Nie dostałam bezwarunkowej miłości w domu rodzinnym. Mało uwagi, kilkuletnia emigracja mamy, potem rozwód rodziców, ojciec całkowicie zerwał kontakt.
Czasami mam wrażenie, że byłam wyhodowana, nie wychowana. Byłam w dziewięcioletnim związku. Z początku to było gorące uczucie, radość, potem wczesna ciąża, poronienie, o którym nie można było rozmawiać - "udajemy, że nic się nie stało". Zawsze obecne w moim życiu poczucie winy po traumie straty dziecka drastycznie wzrosło.
Nie wyobrażałam sobie życia bez mojego partnera, mimo że nie było między nami dobrze przez długi czas. Nie rozumiałam, dlaczego mnie rani, dlaczego zdradza i uważa, że powinnam nad tym przejść do porządku dziennego. Nie rozumiałam, dlaczego dla niego wszystko było źle. Kiedy się budziłam, pytał, jakie mam plany - gdy odpowiadałam, co chcę zrobić, było źle, gdy odpowiadałam, że nie mam sprecyzowanych planów, też było źle.
Nie rozumiałam, dlaczego chce mnie zdołować, umniejszyć moją wartość, mimo że to ja byłam lepiej wykształcona, lepiej zarabiałam i miałam samodzielne, kierownicze, odpowiedzialne stanowisko. Nie rozumiałam, dlaczego chce mnie odizolować od przyjaciół, wszystkie moje koleżanki mu nie pasowały. Nie rozumiałam, dlaczego "uspokaja" mnie wrzucając do wanny i lejąc zimną wodą, dlaczego straszy mnie paralizatorem.
Czułam się beznadziejna. Zaczęło do mnie docierać, że to wszystko jest chore, kiedy zabronił mi spotykać się z moją siostrą. To dało mi impuls do buntu. Zaczęłam psychoterapię.
Terapeutka zapytała, czy zdaję sobie sprawę, że w wyniku terapii dużo może się zmienić, że może się rozpaść moja relacja. Powiedziałam, że jest mi tak źle, że musi się coś zmienić, miałam wrażenie, że totalnie się zapadam, że oddaję swoje życie walkowerem. Przy znajomych zaczęłam głośno mówić, jak mój mężczyzna mnie traktuje. Było niedowierzanie i głupie miny.
Kiedy zrozumiał, że się zmieniam, że przestałam się tak panicznie bać samotności, szybko znalazł inną i odszedł.
Nie mam do niego pretensji. Już prawie nie mam żalu do rodziców. Nie obwiniam też siebie. Nie chcę wymazać tych lat z pamięci. Jestem świadoma swojej współodpowiedzialności za rozpad tej relacji, za to, że nie potrafiłam stawiać granic.
Znalazłam człowieka, który tak jak ja nie wiedział, jak się kocha. Też był zwichnięty. Po tym związku weszłam w nowy, znowu źle ulokowałam uczucie - dużo starszy mężczyzna, zaraz po rozwodzie, któremu byłam potrzebna tylko jako kochanka. I tu nie mam pretensji. Pozwoliłam mu na to. Nie byłam świadoma swoich potrzeb. Nie przychodziło mi do głowy, jak są ważne. Życie w letargu - tak nazywam te czasy.
Jestem sama od czterech lat. Ciężko pracowałam na terapii, wypłakałam morze łez. Stanęłam na nogi. Znalazłam nowe hobby, poznałam dobrych ludzi. Przede mną jeszcze nauka bycia "złośnicą", by umieć konstruktywnie się pozłościć. Wciąż mam opory przed jasnym wyrażaniem swoich potrzeb. Powoli przestaję się bać relacji. Chcę brać odpowiedzialność za swoje życie i swoje szczęście.
Tęsknię do dobrej miłości. Już mieści mi się w głowie, że ktoś mnie pokocha taką, jaką jestem, że nie muszę "zasłużyć" na tę miłość, że bycie z kimś to nie żebranie o czyjąś akceptację. Chcę brać, chcę dawać. Zdrowieję :)
Czasami mam wrażenie, że byłam wyhodowana, nie wychowana. Byłam w dziewięcioletnim związku. Z początku to było gorące uczucie, radość, potem wczesna ciąża, poronienie, o którym nie można było rozmawiać - "udajemy, że nic się nie stało". Zawsze obecne w moim życiu poczucie winy po traumie straty dziecka drastycznie wzrosło.
Nie wyobrażałam sobie życia bez mojego partnera, mimo że nie było między nami dobrze przez długi czas. Nie rozumiałam, dlaczego mnie rani, dlaczego zdradza i uważa, że powinnam nad tym przejść do porządku dziennego. Nie rozumiałam, dlaczego dla niego wszystko było źle. Kiedy się budziłam, pytał, jakie mam plany - gdy odpowiadałam, co chcę zrobić, było źle, gdy odpowiadałam, że nie mam sprecyzowanych planów, też było źle.
Nie rozumiałam, dlaczego chce mnie zdołować, umniejszyć moją wartość, mimo że to ja byłam lepiej wykształcona, lepiej zarabiałam i miałam samodzielne, kierownicze, odpowiedzialne stanowisko. Nie rozumiałam, dlaczego chce mnie odizolować od przyjaciół, wszystkie moje koleżanki mu nie pasowały. Nie rozumiałam, dlaczego "uspokaja" mnie wrzucając do wanny i lejąc zimną wodą, dlaczego straszy mnie paralizatorem.
Czułam się beznadziejna. Zaczęło do mnie docierać, że to wszystko jest chore, kiedy zabronił mi spotykać się z moją siostrą. To dało mi impuls do buntu. Zaczęłam psychoterapię.
Terapeutka zapytała, czy zdaję sobie sprawę, że w wyniku terapii dużo może się zmienić, że może się rozpaść moja relacja. Powiedziałam, że jest mi tak źle, że musi się coś zmienić, miałam wrażenie, że totalnie się zapadam, że oddaję swoje życie walkowerem. Przy znajomych zaczęłam głośno mówić, jak mój mężczyzna mnie traktuje. Było niedowierzanie i głupie miny.
Kiedy zrozumiał, że się zmieniam, że przestałam się tak panicznie bać samotności, szybko znalazł inną i odszedł.
Nie mam do niego pretensji. Już prawie nie mam żalu do rodziców. Nie obwiniam też siebie. Nie chcę wymazać tych lat z pamięci. Jestem świadoma swojej współodpowiedzialności za rozpad tej relacji, za to, że nie potrafiłam stawiać granic.
Znalazłam człowieka, który tak jak ja nie wiedział, jak się kocha. Też był zwichnięty. Po tym związku weszłam w nowy, znowu źle ulokowałam uczucie - dużo starszy mężczyzna, zaraz po rozwodzie, któremu byłam potrzebna tylko jako kochanka. I tu nie mam pretensji. Pozwoliłam mu na to. Nie byłam świadoma swoich potrzeb. Nie przychodziło mi do głowy, jak są ważne. Życie w letargu - tak nazywam te czasy.
Jestem sama od czterech lat. Ciężko pracowałam na terapii, wypłakałam morze łez. Stanęłam na nogi. Znalazłam nowe hobby, poznałam dobrych ludzi. Przede mną jeszcze nauka bycia "złośnicą", by umieć konstruktywnie się pozłościć. Wciąż mam opory przed jasnym wyrażaniem swoich potrzeb. Powoli przestaję się bać relacji. Chcę brać odpowiedzialność za swoje życie i swoje szczęście.
Tęsknię do dobrej miłości. Już mieści mi się w głowie, że ktoś mnie pokocha taką, jaką jestem, że nie muszę "zasłużyć" na tę miłość, że bycie z kimś to nie żebranie o czyjąś akceptację. Chcę brać, chcę dawać. Zdrowieję :)
-
Byłam kobietą kochającą za bardzo
bylasobie
05.12.09, 11:47
Ja też powinnam przejść terapię. Podobnie jak bohaterka artykułu Ładuję się wtoksyczne związki. Nie dostrzegam tego co oczywiste. Żałosna chęć bycia zkimś, z kimkolwiek, za cenę »
W numerze z 28 sierpnia
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień









