Bardzo mieszane uczucia wywołał we mnie artykuł z cyklu
Jak zmieniam życie.
Kilka faktów: Dorota Katende "wyjeżdża do Wielkiej Brytanii", "rzuca wszystko i wyjeżdża", "intensywny kurs angielskiego", "zbliżając się do pięćdziesiątki, spełniła swoje marzenie - ma dom w Afryce". Wszystko brzmi świetnie. Ale gdzieś po drodze, mimochodem pojawia się informacja, ze ma troje dzieci, jedną pasierbicę.
Nie, nie jestem mamuśką opętaną tylko wychowywaniem dzieci i typem kury domowej. Potrafię wyjść z domu, iść do kina, spotkać się ze znajomymi. Potrafię wsiąść do samochodu i wyjechać sama na weekend. Regularnie chodzę na basen. Jednak cały wolny czas poświęcam swoim dzieciom (4 i 6 lat), bo tego POTRZEBUJĄ!
Pamiętam doskonale swój powrót z Anglii (po dwóch miesiącach leczenia depresji, zostawiłam dwuletniego synka z kochającym mężem), gdy synek przez cały dzień nie chciał do mnie podejść. Stałam i płakałam.
Dlaczego artykuł głębiej nie porusza tego problemu - zostawienia dzieci samych podczas realizowania swoich marzeń? Czy to jest tak mało ważne? Co działo się z dziećmi Pani Doroty podczas jej wyjazdów długich i licznych jak wnioskuję? Oczywiście przy tak zaradnej matce nie były nigdy głodne, ładnie ubrane... ale jak się czuły? Nie tęskniły? Jak sobie poradziły? Wyrosły na zdrowych psychicznie ludzie? Były przecież "eurosierotami"!
Za marzenia mamy zapłaciły najwyższą cenę. Proszę nie propagować zmian w życiu, które w efekcie są krzywdzące dla dzieci.