Długo nie mogłam zajść w ciążę. Pięć lat spędziłam u lekarzy, w klinikach i szpitalach, przeżyłam dwie silne depresje, ciążę biochemiczną i poronienie. Moja 5-letnia droga wiodła od lekarzy nie mających pojęcia o leczeniu niepłodności po specjalistyczne kliniki.
W laboratorium w moim mieście dostałam kartę stałego klienta, bo tylko na badania w tej placówce wydawałam około 5 tysięcy złotych rocznie. W sumie na diagnozowanie i leczenie wydałam jakieś 50 tysięcy złotych. I w końcu na świecie pojawiła się moja córeczka.
Jeszcze będąc w ciąży zadałam sobie pytanie, czego będę chciała nauczyć moją córkę? Będę ją uczyła bycia samodzielną na każdym etapie jej życia. Przerażają mnie mamusie lecące na każde zawołanie do swoich dzieci, chuchające wciąż nad nimi, usuwające każdą przeszkodę spod nóżek. Ja nie oszalałam i to uważam za największy swój sukces. Mój mąż powiedział mi ostatnio, że bardzo się tego bał. Bał się, że po takiej długiej walce zwariuję na punkcie swojego dziecka i tylko córka już będzie się liczyła. Jest mi wdzięczny za mądre i konsekwentne wychowywanie naszej córki.
Świadomie odpoczywam po ciężkim dniu lub w jego trakcie, świadomie od 6 miesiąca życia wprowadziłam do pokoju mojego dziecka nianię i świadomie nie biegnę na każde stęknięcie do łóżeczka. Raz w tygodniu przychodzi pani do sprzątania, tak aby wolna sobota nie zamieniła się w sobotę walki z kurzem. Znajduję czas i na kosmetyczkę i na fryzjera. Wracam do pracy. Moja córka jest pogodna i uśmiechnięta, wie że są pory spania i karmienia, wie, że jest czas na spacer, nie płacze obcując z innymi osobami, aniżeli mama i tata. Nie jest usypiana na rękach, zasypia pogodnie sama w swoim łóżeczku przy spokojnej muzyce kołysanek. Jest otwarta i rozwija się prawidłowo.
Piersią karmiłam swoją córkę krótko, bo tylko 2,5 miesiąca. Jednak dłuższe karmienie nie wchodziło w rachubę, bo powoli zamieniałam się w pogotowie laktacyjne, w dodatku niezbyt wydajne, bo ze złogami w piersi pogotowie szwankuje. Nie gotuję zupek i nie przecieram dań. Uważam, że macierzyństwo to nie martyrologia, bo poukładałam sobie w głowie, iż dzieci są tylko szczęśliwe, gdy ich rodzice są szczęśliwi. A ja jestem szczęśliwa, gdy mam poczucie, że robię też coś dla siebie.
Często kobiety nie wracają do pracy, bo zarabiają niewiele ponad pensję niani. Kompletnie tego nie rozumiem. Jeśli jest to jedyny argument, to przecież należy sobie uzmysłowić, iż powrót do pracy to nie tylko co miesięczne wypracowywanie swojego dochodu. To też odpoczynek od męczących zajęć domowych, to obcowanie z ludźmi, realizacja zawodowa, podnoszenie kwalifikacji. No i jeszcze jedna sprawa: to przykład dla dziecka, że mama daje sobie radę, to wyposażanie go w wiarę możliwości zawodowych rodzica. Przecież nianię wkrótce można zamienić na przedszkole, a trudniej wracać do pracy po 3 latach od urodzin dziecka, aniżeli po urlopie macierzyńskim. I nie chodzi tutaj o te mamy, które świadomie chcą zostać z dzieckiem w domu. Myślę o tych, dla których bycie z dzieckiem to macierzyństwo z musu, a nie wyboru. Mus długiego przebywania z dzieckiem rodzi frustrację, kłótnie małżeńskie, a w konsekwencji dziecko zostaje ofiarę takiego bycia z mamą. Jest marudne i jęczące, zupełnie jak jego niezadowolona mama.
Kiedy moja córka miała 4 miesiące, pojechałam na urlop. Sama. Wyspałam się, poopalałam, nabrałam sił. Wielu znajomych komentowało mój wyjazd. ,,A co z dzieckiem?", ,,Jak to? Jaki urlop?", ,,Jak mogłaś?" ,,Ja nigdy nie zostawiłabym moich dzieci samych?"
Nie zostawiłam córki samej, tylko z ich ojcem, który sam namawiał mnie do odpoczynku. Ale w polskiej mentalności ojciec to nie opieka, to jakiś tam stwór, któremu dzieci raczej się nie zostawia dłużej niż na 10 minut. A dlaczego? Dlaczego odpoczynek matki to fanaberia? Czy matka wyposażona jest w dodatkowe pokłady energii? Raczej odwrotnie. Ona ma jej mniej, bo wciąż jest eksploatowana maksymalnie. I niemal nikt ze znajomych nie rozumiał, że za mną - MATKĄ - długie lata starań, zagrożona i w połowie leżąca ciąża, trudny połóg. To przecież normalne. Otóż nie - to jak najbardziej sytuacja wymagająca interwencji słońca, plaży i masażystki. Mój mąż kazał mi jechać, bo mówił, iż później, kiedy córka zacznie dreptać, będzie mu trudniej się nią zająć przez tydzień. Wybraliśmy optymalny moment.
Już wiem, jaki będziemy dawać przykład naszej córce. Swoją postawą pokażemy jej, że jest wolnym człowiekiem, kobietą mającą prawo do pracy i odpoczynku. I ja wytłumaczę jej, że macierzyństwo to wybór, a nie społeczny nakaz bycia męczennicą. Mamy szansę wychować ją na pełnowartościową, uśmiechniętą kobietę i przyszłą matkę. I wciąż mam nadzieję, że inne mamy też znajdą w sobie pokłady racjonalizmu i nie będą uważać mnie za ,,gorszą" matkę tylko dlatego, że daję sobie prawo do urlopu i tylko dlatego, że wybrałam mleko modyfikowane zamiast cyca. I wszystkim innym mamom życzę przetasowania priorytetów w swojej głowie. Małpia miłość upośledza, a dziecko uczone od początku, iż mama i tata mają prawo też do wyjścia do kina, to dziecko, które w przyszłości również zbuduje wartościową relację, bez uszczerbku na kimkolwiek. Jeśli więc nasz partner chce nam pomóc, odciążyć nas, kiedy stać nas na nianię lub pomoc babci, to skorzystajmy z takich szans, aby nie stać się sfrustrowanymi, zrzędzącymi babami:)