Przeczytałam artykuł
Kiedy umrzeć znaczy zasnąć. Śmierć najbliższych zaburza dziecku porządek świata'... 19 listopada 1984. Poniedziałek. Przerwa między drugą i trzecią lekcją. Stałam na korytarzu pod ścianą. Koleżanka zapytała, dlaczego jestem smutna. Odpowiedziałam, że mój Tata jest bardzo chory. Pamiętam, że spojrzałam na zegarek, była 9.50. Zegarek Taty zatrzymał się dokładnie o 9.50. O tej porze Tata zasnął.
Co parę miesięcy jeździł na kilka dni do szpitala, stwierdzono białaczkę. Potem wracał, kicia przyprowadzała Go od furtki do drzwi, a ja wskakiwałam na Niego, jak tylko je otwierał, i skarżyłam na wszystkich domowników. Tata ich później beształ, tak niby poważnie, robił srogą minę, a ja byłam dumna jak lew, że mam takiego Tatę, który nie pozwoli mi zrobić najmniejszej krzywdy. O tym, że Tata nie żyje, dowiedziałam się od babci, kiedy wróciłam ze szkoły. Najpierw kazała mnie i bratu zjeść
obiad. Potem powiedziała. Obiad stanął mi w gardle. Pobiegłam do pokoju i zgarnęłam Jego zdjęcia. Te, które najbardziej lubiłam. Do dziś moi bracia nie wiedzą, że je mam. Potem cały wieczór siedziałam skulona pod kaloryferem. Było mi zimno. Mama wróciła wieczorem. Zapuchnięta od płaczu. Nie przytuliła mnie. Chyba nawet nie odezwała się do mnie. Płakała cały czas. Miałam 11 lat i byłam sama. Tak chyba zostało do dziś. Tego wieczora znajomi rodziców zabrali mnie do siebie. Zostałam tam parę dni. Przyprowadzali mnie codziennie. Pamiętam trumnę w pokoju, czuwanie. I to, że wszyscy litowali się, że taka mała dziewczynka straciła ojca. Pamiętam pogrzeb i tłum ludzi, którego się bałam. Rozumiałam, co się stało, bolało, ale prawdziwy ból przyszedł później. Właściwie nigdy się nie skończył.
Tata był pedagogiem. Mądrym, szlachetnym człowiekiem. Fantastycznym ojcem, który z nami rozmawiał. Mimo że tak krótko Go miałam, zdołał pokazać mi to, co wartościowe w życiu, i nauczył odróżniać od tego, co mało istotne. Kiedyś w szkolnej bibliotece pani wyzwała mnie, pierwszoklasistkę, od kłamczuchów, bo przyniosłam książkę wypożyczoną dzień wcześniej i powiedziałam, że już przeczytałam. Wróciłam zapłakana do domu i powiedziałam o tym Tacie. Następnego dnia przyszedł do szkoły, wziął mnie za rękę i poszedł ze mną do bibliotekarki. Przy mnie powiedział, że umiem czytać od piątego roku życia i nie kłamię, mówiąc, że przeczytałam książkę, bo sam widział, że ją czytałam. Potem zaprowadził mnie do biblioteki miejskiej, zapisał tam i powiedział, że teraz mogę wypożyczyć nawet cztery książki. Byłam tak zwyczajnie szczęśliwa.
Zdarzało się, że dostawałam od Niego w skórę, ale tak naprawdę ukarał mnie tylko raz. Razem z innymi dziećmi śmiałam się z opóźnionego w rozwoju chłopca. Kiedy to usłyszał, kazał mi przyjść do domu i podniesionym głosem powiedział, że w taki sposób nie można nikogo traktować, że świadczy to o głupocie, braku wrażliwości i że jemu jest wstyd, że tak się zachowałam. Dostałam zakaz wychodzenia tego dnia z domu, żeby przemyśleć swoje zachowanie. Tata jest ze mną każdego dnia. Jego zdjęcie stoi na półce. Czasami przychodzi faza złości, że odszedł, i chowam zdjęcie. Ale za parę dni wraca na miejsce. Czasem z Nim rozmawiam. Kiedy wydałam swój tomik, wiedział o tym pierwszy. Kiedy mam dołek, mówię Mu o tym, tylko Jemu, ryczę jak bóbr, skarżąc się, jak mi źle. Kiedy muszę podjąć jakąś decyzję, pytam, co On by zrobił.
Boli to, że zacierają się wspomnienia. Ledwie pamiętam zapach Jego wody kolońskiej. Muszę się wysilić, żeby przypomnieć sobie Jego głos. W tym roku minie 25 lat od Jego śmierci. Ale On zawsze jest z nami. Często o Nim rozmawiamy - podczas świąt, familijnych spotkań. Czasem znajomi mówią z lekceważeniem o swoich ojcach. Nie wiedzą, jak im zazdroszczę, że mogą powiedzieć: Cześć, tata...