Większość życia zawodowego spędziłam w towarzystwie kobiet w kilku małych i średnich miasteczkach. I stwierdzam z całą odpowiedzialnością: kobiety nie chcą być mądre. Owszem, zdobywają wykształcenie potrzebne w życiu zawodowym, ale wiedza, rozwój zainteresowań na ogół nie leży w ich naturze. Nawet z najzwyklejszym
robotnikiem mogłam podyskutować o sporcie, z kobietą nigdy o niczym poza bolesną "ciotką", kupkami niemowląt czy problemami z mężem i dziećmi. Owszem, czytały jakieś książki, najczęściej romansidła. Owszem, szły do kina, ale po to, żeby zobaczyć ulubionego amanta.
Są jednostki wybitne, kobiety o ogromnej erudycji, świetni fachowcy, ale na ogół , w prowincjonalnych miasteczkach to są zwykłe kury domowe nieodczuwające potrzeby doskonalenia się. I dobrze, że nie garną się do polityki i życia publicznego. Wcale nie chcę widzieć w parlamencie więcej pań Wiśniowskich czy Sobeckich. Nie chcę oglądać cielęcych minek Szczypińskiej lub zaciętych gąb Kempy, Gilowskiej czy Pitery.
Kobiety wywalczyły sobie prawa, ale nie walczą o to, by dorosnąć do korzystania z nich. Nie tylko w polityce. To dlatego najbardziej widoczne jest to, że wywalczyły sobie prawo noszenia spodni.