Jak wygląda Polski ślub 2010? Piszcie! Czekamy na Wasze listy Chcę do domu! Chcę do domu! Cholera jasna, już do tego doszliśmy. Wszystko, przed czym ostrzegali mnie moi znajomi, wydawało się prawdą. Pierwsze zdanie, jakie usłyszałem od mojej żony sto dni po ślubie, znaczyło, że chce wrócić do swojej mamy, a mojej teściowej, kobiety, której nie mogłem nienawidzić czy kochać, bo nie rozumiałem ani słowa w jej języku. Jak ja się w to wplątałem?
Rzuciłem się na łeb na szyję w tę przygodę, oszalałem na punkcie ognistych, zakochanych spojrzeń tej ślicznej, gorącej dziewczyny. A ona nie wahała się zażądać ode mnie już w pierwszy wieczór znajomości, żebym ją zabrał do Belgii. Żelazna kurtyna dzieliła wówczas jeszcze Europę na dwie części, ale ja postanowiłem udowodnić, że nas dwojga nic nie może rozłączyć. Załatwiłem formalności i moja dziewczyna - jej nazwiska nie jestem w stanie nawet dziś wymówić bezbłędnie - rok po naszym pierwszym spotkaniu mogła z ważną wizą wyjechać na Zachód. W międzyczasie zasypywaliśmy się miłosnymi listami w stylu nastolatków i wydawało mi się, że ją doskonale znam. Poprosiłem ją o ręką, jeszcze zanim zobaczyłem jej rodziców. A teraz to: 'Chcę do domu!'. Mój znajomy kierowca ciężarówki miał rację: 'Uważaj z polskimi dziewczynami. Najpierw wskoczy ci taka szybko do łóżka, a jak już ma obrączkę na palcu, to nie zawaha się puścić cię w samych slipkach!'. Ledwie skończył się nasz miesiąc miodowy! Czy moja świeżo upieczona żonka rzeczywiście była taka wyrachowana? Byłem tylko zwykłym nauczycielem, nie jakimś bossem finansowym. Ale i tak połowa moich w pocie czoła uciułanych centów była fortuną w Polsce z roku 1989. Z ciężkim sercem odwróciłem się twarzą do mojej żony. - Kochanie, skoro naprawdę musisz, to - Jasne, że muszę jechać do domu. Za 14 dni jest Wigilia. Nie mogę sobie wyobrazić, że obchodzę to święto bez mojej rodziny! Szeroko otworzyłem oczy. - Wigilia? Co to takiego?
Dwa tygodnie później jechaliśmy przez NRD w fazie upadku do wolnej już Polski. Moja żona wykorzystała tę trwającą 20 godzin podróż - nie licząc dziesięciu godzin oczekiwania na granicy polsko-niemieckiej - żeby wtajemniczyć mnie w arkana polskiego katolicyzmu. W Belgii jakoś nie znaleźliśmy na to czasu. Muszę przyznać, że ledwie jej słuchałem i miałem tego gorzko pożałować następnego dnia. Mój Boże, jak miałem się zwracać do tych niemłodych już osób, moich teściów? Mój polski był po stu dniach małżeństwa zjawiskiem niemal nieistniejącym. Nie przychodziły mi do głowy inne słowa niż 'tata, mama'. Jak mnie przyjmą? Przecież byłem tym facetem, który porwał i ciemną nocą wywiózł na zgniły Zachód ich ukochaną córeczkę!
Byłem piesko zmęczony, kiedy wreszcie zaparkowałem
samochód przed ich domem. Ze zdumieniem rzuciłem okiem na rozpoczętą rozbudowę komunistycznego klocka, którym ten dom był wcześniej. Cisnęło mi się na usta słowo megalomania, ale rozsądnie nic nie powiedziałem, bo polska zima była zbyt mroźna, żeby spędzić noc na ulicy. W środku nikt nawet nie zdążył zapytać, czy jestem zmęczony. Stół był już nakryty! Przyjechaliśmy dokładnie w momencie, kiedy na niebie rozbłysła pierwsza gwiazda! Popełniałem jedną gafę za drugą. Co mogłem poradzić na to, że w mojej ojczyźnie nie obchodzi się Wigilii? Nigdy nie słyszałem o opłatkach, nie wiedziałem, czego mam życzyć tym, którzy zebrali się przy stole, no i dlaczego zaczęliśmy jeść, zanim przybyli wszyscy goście? Moja teściowa najwidoczniej uważała, że wyglądam mizernie - pierwsze sto dni udanego małżeństwa to nie pora na wyrafinowane popisy kulinarne. Jeszcze przy zupie pogroziła mi łyżką wazową.
- Dokładka? Nie rozumiałem tego słowa, ale jej gest był jednoznaczny, więc potulnie skinąłem głową, żeby się przypodobać. Nie spodziewałem się, że będzie 12 dań!
Wiele godzin później położyłem się ostrożnie do łóżka z żołądkiem, któremu groziła nagła eksplozja, pełen obawy, że pod tym niezwykłym ciężarem pęknie mi kręgosłup. Po raz pierwszy od ślubu odwróciłem się do żony plecami. Nie, nie byłem na nią zły. Bałem się tylko, że jej dłoń na moim brzuchu mogłaby wywołać wewnętrzny krwotok. Po raz pierwszy w życiu musiałem w nocy wstać z łóżka, żeby pójść do toalety. Kiedy jęcząc i postękując, wreszcie się tam dotoczyłem, po długich poszukiwaniach znalazłem klamkę i w ostatnim momencie zdążyłem usiąść na sedesie, poczułem, jaki niesamowity żar panuje w tym maleńkim pomieszczeniu. Z niedowierzaniem rzuciłem okiem na termometr na ścianie. 27 stopni Celsjusza! Do takiej temperatury mój teść doprowadził dom, paląc w piecu centralnego ogrzewania z okazji przyjazdu córki i jej męża! W tym momencie zrozumiałem, że rzeczywiście byłem w domu.
Historia pewnej znajomości Ona: śliczna, młoda, wesoła, z napiętym harmonogramem zajęć i własnymi zainteresowaniami. Z mnóstwem znajomych i paroma zaufanymi przyjaciółmi. Wiecznie w ruchu, pełna energii, z apetytem na życie.
On: przystojny, sympatyczny równolatek, z ambicjami, żądny świata. Dwójka znajomych na koleżeńskiej stopie.
Ona: zabawna, roześmiana, szczęśliwa z samą sobą, z "pazurkiem" - takiej dziewczynie do nóg się rzuca cały świat - jest obiektem zainteresowania wielu.
On: jeden z tych 'wielu'. Nieśmiałe próby, subtelne sygnały.
Ona: lekko obojętna, raczej Nim niezainteresowania, zajęta tętniącym życiem.
On: uparty, waleczny myśliwy, inteligentny strateg z długodystansowym planem na podbicie Jej serca. Będzie walczył - nie podda się - wie, że o Nią warto. Umizgi, tęsknota, ciągła niecierpliwość, wieczny niedosyt.
Ona: zauroczona, zaangażowana, szczęśliwa; ma wszystko - ciekawe życie i Jego.
On: zauroczony, zaangażowany, szczęśliwy; ma wszystko - ciekawe życie i Ją. Szczęście o smaku miłości.
Ona: złodziejka czasu - kradnie go znajomym, przyjaciołom, kradnie prywatkom, wycieczkom, kursom językowym... kradnie go sobie - kradnie dla Niego.
On: młody, wesoły, z napiętym harmonogramem zajęć i własnymi zainteresowaniami. Z mnóstwem znajomych i paroma zaufanymi przyjaciółmi. Wiecznie w ruchu, pełen energii, z apetytem na życie. Szczęście o smaku miłości - identycznym z naturalnym.
Ona: bez przyjaciół, uczepiona Jego zajęć, zainteresowań, Jego życia. Jest ciągle blisko, zawsze do dyspozycji, zawsze przytaknie. Z utraconą tożsamością - lubi to co On, żeby On Ją lubił bardziej.
On: młody, wesoły, z napiętym harmonogramem zajęć i własnymi zainteresowaniami. Z mnóstwem znajomych i paroma zaufanymi przyjaciółmi. Wiecznie w ruchu, pełen energii, z apetytem na życie. Szczęście o posmaku wyrobu miłościopodobnego.
Ona: bez własnego życia, skoncentrowana już tylko na Nim - nudna, napastliwa, paranoiczna, nie jest obiektem zainteresowania nikogo.
On: lekko osaczony, oblepiony, nie czerpie przyjemności z bycia zwierzyną tropioną. Maile bez odpowiedzi, nieodebrane połączenia. Cisza...
Ona: zapłakana - przecież wyrzekła się dla Niego wszystkiego.
On: zirytowany - przecież wcale o to nie prosił. Cisza...
Ona: skazana na czas refleksji. Musi dojść do tego, co On już wie. On: pokochał śliczną, wesołą dziewczynę, z napiętym harmonogramem zajęć i własnymi zainteresowaniami. Z mnóstwem znajomych i paroma zaufanymi przyjaciółmi. Wiecznie w ruchu, pełną energii, z apetytem na życie, a Ona...
Ona: już dawno nie jest tamtą osobą.
Taka jak on W czerwcu wzięliśmy ślub. Oboje pracujący w ciekawych zawodach, zakochani, szczęśliwi. Odstawiłam tabletki, pragnęliśmy dziecka. Zaczęliśmy się rozglądać za mieszkaniem. Nasze marzenia po kolei miały zacząć się spełniać. Któregoś dnia szef zaproponował, że firma wyśle mnie na szkolenie, pokryje koszty. Miałam nawet dostać podwyżkę. Wszystkie elementy układanki układały się perfekcyjnie. Umówiliśmy się na oglądanie
mieszkania. Był poniedziałek. Wtorek. Szef wzywa mnie do siebie i mówi, że to koniec współpracy. Siedziałam w domu przez ponad miesiąc. Byłam w totalnej rozsypce - nie ze względu na samą pracę, ale dlatego, że to oznaczało odłożenie marzeń o dziecku. Nie mogłam znaleźć zatrudnienia. Leżałam w łóżku do 13. Nie robiłam nic. Nie miałam motywacji, żeby wstać i coś zrobić. Cokolwiek. Umyć włosy. Ubrać się. Najgorszy był moment, kiedy mąż zamykał za sobą drzwi, wychodząc rano. Łzy spływały mi po policzku, bo on wychodzi, a ja nie. Uświadamiałam sobie, że nikomu nie jestem potrzebna. Mąż wracał po pracy i pytał, co słychać. Odpowiadałam z wrzaskiem: 'Nic nie słychać, co ma być słychać?! Co mam ci powiedzieć, że kawę wypiłam? Nic poza tym się nie wydarzyło. Nic ważnego, zrozum!'. Podłogi były nieodkurzone. Nie można było otworzyć szafy. Mąż
obiad gotował sobie rano sam i zabierał do pracy. Ja nie robiłam nic. Nie jest istotne, jak potoczyły się moje służbowe losy. Dla mnie najważniejsze było to, czego nauczył mnie w tym czasie mój mąż. Któregoś dnia spojrzałam na siebie jego oczami. Zrozumiałam, że nie zwracał uwagi na rzeczy pozbawione znaczenia. Wspierał, podsuwał ogłoszenia. Nie pouczał. Nie robił wymówek, że skoro mam tyle czasu, to mogłabym coś zrobić, np. uprasować. Zrozumiałam, że ja bym tak nie potrafiła. Że oczekiwałabym, że mieszkanie będzie czyste. Że to i tamto. A to przecież nie ma znaczenia. On wracał do domu i zajmował się mną, a nie kwestią nieuprasowanego T-shirtu. Zabierał do kina, na
sushi. A poza tym słuchał, słuchał, słuchał, nawet jeśli nie byłam miła. Chcę być taka jak on. To doświadczenie pokazało mi, jakimi nieważnymi rzeczami się zajmowałam do tej pory. Mówiłam, że jego bluza wisząca nie na miejscu mi przeszkadza, bo to dla mnie ważne. Teraz wiem, że to jest bez znaczenia. Najważniejsze jest to, jacy jesteśmy dla siebie. Nasze
dziecko urodzi się później, ale dzięki swojemu tacie będzie miało mądrzejszą mamę. Przyjdzie na świat w szanującej się rodzinie. Widocznie tak miało być. Widocznie los zesłał na mnie tę sytuację, żebym się tego nauczyła przed podjęciem najważniejszego w naszym życiu wyzwania.