Minęło ponad osiem lat, odkąd podjęłam najlepszą decyzję w swoim życiu - rozwiodłam się. Niemniej alimentów przyznanych przez sąd nie dostaliśmy ani razu. Sprawa spoczywa u komornika. Piszę "spoczywa", ponieważ nie sądzę, by komornik zbyt gorliwie poszukiwał mojego byłego męża. To jest zapewne nieopłacalne. Ten sam komornik ściągnął ze mnie długi, w które wpędził mnie mój małżonek. Nie mam pretensji - długi trzeba płacić. Szkoda tylko, że nie działa to w stosunku do wszystkich, szkoda, że nie w stosunku do bezkarnych alimenciarzy. Ostatnio dostałam pismo od komornika - żebym się zdeklarowała, czy jeszcze roszczę pretensje o te alimenty, czy już nie. "Szukać pani męża dalej? Bo może nie warto, o te cztery stówy miesięcznie?".

Nie jestem biedna - dajemy sobie radę nieźle i nie zamierzam nikogo za to przepraszać. Od zawsze harowałam od świtu do nocy, na kilka etatów. Dlatego trochę mam już dość, bo odkrywam, że nie jestem ze stali. Absolutnie wszystko dźwigam na swoich barkach - samotne mamy wiedzą na pewno, o czym mowa. W dodatku jestem karana za swoją zaradność, samodzielność i pracowitość. Jako że nasz dochód na głowę jest "astronomiczny" według polskich norm, żaden fundusz nas nie obejmuje. Dlaczego nie obejmuje wszystkich bez względu na dochód i wysokość alimentów?
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.