Niby każdy z nas był na to przygotowany, a jednak nie do końca. Do tego nie da się przygotować, bo zawsze jest nadzieja. Ona umiera ostatnia. Mijały miesiące, wyniki coraz gorsze, jednak nie tragiczne. Bałam się strasznie każdego dnia, nie mogłam spać, nie mogłam się tak po prostu uśmiechać. Robiłam wszystko, by pomóc. Zawsze przy Niej. Niestety, tak naprawę nie mogłam zrobić nic, bo nie jestem Bogiem. I nagle choroba uderzyła z potrójną siłą. Zabrała resztkę sił, resztę nadziei, zabrała mi najukochańszą Mamę. Życie zmieniło się nieodwracalnie.
Kiedyś nie wiedziałam, czym jest rak, a raczej jakie spustoszenie powoduje u ludzi. I to nie tylko samych chorych, ale także u jego najbliższych. Teraz już wiem - wiem, jak straszne znaczenie ma słowo 'bezsilność' i co znaczy strata kogoś bardzo bliskiego. Minęły prawie dwa miesiące, a ja ledwo mogę pisać te słowa, bo w moich oczach od razu pojawiają się łzy. Tej straty nic mi nie zastąpi. Staram się jednak 'normalnie' żyć, uśmiechać. Wiem, że Mama by tego chciała. Czy się nie oszukuję? Czy po czymś takim można normalnie żyć?
Chciałam uświadomić wszystkim, jak wielkim skarbem są
rodzice. W codziennym biegu, pogoni za pieniędzmi i innymi ważnym sprawami warto zatrzymać się na chwilkę. Warto docenić zwykłą rozmowę, spotkanie, wspólne święta, bo nigdy nie wiadomo, co zdarzy się jutro. Nie warto złościć się, że czasami marudzą, czasami narzucają własne zdanie, czasami próbują nami kierować, przecież robią to tylko z miłości. Mam dopiero 28 lat i oddałabym wszystko za to zwykłe spotkanie, zwykłą rozmowę o świętach, o marudzeniu nawet nie wspominając.