http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Hit: 'Tango'/kit: 'Werter'

Joanna Derkaczew
15.11.2009 , aktualizacja: 13.11.2009 16:48
A A A Drukuj
Joanna Derkaczew poleca i odradza spektakle
Joanna Derkaczew
Joanna Derkaczew
SERWISY
Hit: Teatr Narodowy w Warszawie, 'Tango', Sławomir Mrożek, reż. Jerzy Jarocki

Łatwo chwalić mistrzów. Łatwo pisać: '...i znów nasz wielki artysta pokazał, wykazał, zachwycił, wychwycił...'. Rzadko kiedy ma się jednak ochotę dodać: '...i nawet mnie to cokolwiek obeszło'. Tym właśnie 'Tango' w reżyserii Jerzego Jarockiego różni się od większości spektakli, którym stawia się sześć gwiazdek na podstawie samej obsady i nazwiska twórcy. 'Tango' obchodzi. Przejmuje. Nie 'znów', nie 'nadal', nie 'pomimo upływu czasu', ale 'właśnie tu i teraz'. Jest w nim poczucie nieznośnej lekkości bytu, jest strach przed światem, w którym nic nie może się już wydarzyć na poważnie. Hamletyczny Artur (Marcin Hycnar) pragnie rzeczy istotnych zamiast 'opcji'. Chce, żeby jego decyzje pociągały za sobą konsekwencje, chce płacić za błędy i poczuwać się do odpowiedzialności. Terroryzuje rodzinę, by zmusić ją do wytyczenia mu jakichś zasad, ograniczeń, postawienia tamy w bagnie płynnej ponowoczesności. Reżyser nie tworzy jednak z Artura karykaturalnego ideologa. Dostrzega i dopuszcza do głosu jego słabości, wstyd, niepewność. Z wyrozumiałością i ciepłem traktuje jego wiecznie młodych, wiecznie zbuntowanych rodziców (Grażyna Szapołowska, Jan Frycz). Z Ali (Kamila Baar) nie robi bezrozumnej 'galerianki'. 'Tango' to dramat dobrych intencji. Nie sposób znaleźć w nim winnego ostatecznych tragedii. Odbija niepokoje pokolenia, któremu nawet nie chce się już śmiać ze starych zasad i tabu, a które dojmująco przeżywa ich brak.

Kit: Narodowy Stary Teatr w Krakowie, 'Werter' wg J.W. Goethego, reż. Michał Borczuch

Werter chce się zabić. Ludzie go męczą, świat go zawodzi, natura przeraża, miasto rozstraja. Dla nadwrażliwca z powieści (1774) Goethego nie ma wyjścia. Ani miłość, ani sztuka, ani zaangażowanie w ekologię nie sprawią, że zapnie koszulę, weźmie w garść siebie oraz neseser, przestanie płakać, błaznować i pisać niekończące się listy. W spektaklu Michała Borczucha Werter (Krzysztof Zarzecki) domaga się uwagi gorliwiej niż niedopieszczone dziecko. Prawie nie opuszcza proscenium. Zamęcza kolejnymi tyradami, narzekaniami, jakby prowadził zajęcia praktyczne z pesymizmu. O tym, że wisi nad nim nieszczęście, nie pozwala zapomnieć unosząca się nad sceną olbrzymia chmura. Jak się później wyjaśni - chmura azbestowych włókien, które pozostały po likwidacji fabryki w Wahlheim. W stworzonym przez reżysera, abstrakcyjnym świecie nastroje są bowiem wprawdzie XVIII-wieczne, ale fabryki, samochody, pistolety - współczesne. Dysonans literackiej staroświecczyzny i nielicznych odniesień do XXI wieku sprawia, że znika punkt zaczepienia dla słynnych cierpień młodego Wertera. Ot, zagubił się w czasie. Ot, zasiedział się w antykwariacie czy przed telewizorem, gdy inni snuli plany na przyszłość. Zamiast buntownikiem z wyboru czy choćby melancholikiem okazuje się infantylnym natrętem, który potrafi tylko nudzić i okazywać znudzenie. Jego nieuchronne samobójstwo przynosi ulgę nie tylko mieszkańcom Wahlheim, ale i widzom.

Podziel się