http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Hit: "Kiedyś mnie znajdziesz"/ Kit: "Blond ambicja"

Marta Strzelecka
23.08.2009 , aktualizacja: 26.08.2009 11:06
A A A Drukuj
O filmie pisze Marta Strzelecka
Marta Strzelecka
Fot. Jerzy Gumowski / AG
Marta Strzelecka
Hit: "Kiedyś mnie znajdziesz", reż. Helen Hunt, DVD, Monolith /

Co się stało z romansami? Tego lata w kinach nie ma nowych. Dla fanów filmów Nory Ephron - 'Kiedy Harry poznał Sally', 'Bezsenność w Seattle' - nadzieją na to, że gatunek nie zginie, może być Helen Hunt oraz jej debiut reżyserski 'Kiedyś mnie znajdziesz'.

April, 40-letnia przedszkolanka, religijna Żydówka, żona niedojrzałego nieudacznika, chce mieć dziecko. Sama została adoptowana. Jej przybrana matka umiera, biologiczna pojawia się po latach, żeby odbudować więzi. Mąż odchodzi, problemy się piętrzą. Wtedy pojawia się mężczyzna z marzeń, ale tym razem niepewny, tęskniący, zupełnie jak dziewczęta w powieściach Jane Austen. W tym scenariuszu to kobieta - April grana przez Hunt - zachowuje się nieprzewidywalnie. Zdradza, a potem wyjaśnia: 'Przepraszam, myślę, że to się może powtórzyć'.

Hunt napisała scenariusz na podstawie powieści Elinor Lipman. Namówiła do współpracy Colina Firtha, Bette Midler, Matthew Brodericka. Spotykała się z producentami jako laureatka Oscara za 'Lepiej być nie może'. Jednak żadne duże studio nie chciało zaryzykować, bo wydawało się mało prawdopodobne, że uda jej się zrobić to, co wymyśliła - komercyjny film o kobiecie w średnim wieku, która nie wie, czego chce, w dodatku zamiast tęsknić za mężczyznami, rani ich. Trochę klasyki gatunku: długie rozmowy przez telefon, poważna kłótnia, nocne spacery po Manhattanie. Ale też sceny wbrew schematowi komedii romantycznej: Firth zmęczony, oszukany, rozbity wrzeszczy ze złości, a Hunt racjonalnie reżyseruje związkiem. Zaskakujące rozdanie ról. Salman Rushdie w roli ginekologa.

Kit: "Blond ambicja" reż. Scott Marshall, Monolith; "Głupia i głupsza";, reż. Dean Hamilton, "Legalne blondynki", reż.Savage Steve Holland, i "Popcorn", reż. Darren Fisher, Edelpol

Strzeżcie się różu. Wypożyczalnie filmów zasypały pudełka z kobietami w różowych sukienkach. Nie kryją niczego dobrego. Ani 'Legalne blondynki', ani 'Głupia i głupsza', ani 'Blond ambicja' nie są warte oglądania. Chyba że ktoś chciałby się dowiedzieć, co najbardziej lubią mężczyźni w kobietach z tlenionymi włosami. Odpowiedź nie będzie zaskakująca: naiwność. Nie wiadomo, dlaczego właśnie teraz ponownie atakuje wizerunek Paris Hilton albo Britney Spears z początków jej kariery: pastelowe ubrania, paznokcie w kwiaty albo serca, małe torebki, w nich małe pieski, spojrzenia zdradzające dobroć, ale też głupotę.

Takie są bohaterki wszystkich sierpniowych premier z różowymi okładkami. Próbują przejeżdżać przez obrotowe drzwi na rowerach, mylą tapas bary z barami topless, wierzą, że z każdym potrafią się dogadać, nawet z szefami chińskiej mafii. Przybywają z małych miasteczek do wielkich miast, gdzie najpierw przez swoje dobre serca przeżywają zawody, a potem, po trudnych doświadczeniach, stają się niezależne. W gruncie rzeczy to bajki o Kopciuszkach, którym brakuje rozumu. Dla równowagi można obejrzeć 'Popcorn', angielską komedię o głupim chłopaku. Zatrudnia się jako bileter w kinie, żeby być bliżej seksownej bileterki. Właściciel multipleksu tłumaczy: 'Ludzie myślą, że ten biznes opiera się na filmach. Nieprawda. Kasa jest z popcornu. Wyświetla się słabe filmy tylko po to, żeby przyciągnąć na wyżerkę'.

Podziel się