Pamiętasz pierwszy koncert, który zorganizowałeś? Nie, nawet nie jestem pewien, czy to było w rodzinnej Gdyni, czy już w Warszawie, gdzie zacząłem studiować. Na pewno była to połowa lat 90., oddawałem się idealistycznemu marzeniu o budowaniu obiegu kultury niezależnej. Moim naturalnym środowiskiem była kontrkultura i kultura alternatywna, której emanacją w Warszawie była chociażby giełda czadowa w Stodole, gdzie handlowało się kasetami - od punku po ska - setkami fanzinów, koszulkami, działały squaty i wytwórnie muzyczne: QQRYQ, Antena Krzyku, Nikt Nic Nie Wie...
Buntowałeś się przeciw kapitalizmowi? To byłoby nawet zabawne. Nie, wtedy ten element nie był dominujący, ruchy alterglobalistyczne w formie, w której znamy je dzisiaj, powstały kilka lat później. Nas wkurzały braki i niedostatki współczesnej rozwiniętej, a w Polsce raczkującej demokracji liberalnej, ale w przypadku muzyki chodziło głównie o monokulturę przaśnego popu, dominację telewizji, wielkich wytwórni płytowych, kultury masowej - one dyktowały warunki artystom, ale też słuchaczom. Ci, którzy nie godzili się na to, musieli sami coś robić. Konflikt z nimi raczej nas inspirował. Problemem nie było zatem to, że jeden czy drugi majors nie wydaje Post Regimentu, Apatii czy Dezertera. To nie miało dla nas znaczenia. My zastanawialiśmy się, co zrobić, by nieznany zespół wydał płytę i zagrał 20 koncertów w całej Polsce. Jak prowadzić wytwórnię na swoich zasadach, z ludźmi, z którymi będziemy się dobrze czuć.
Co ty robiłeś? Organizowałem koncerty, robiąc praktycznie wszystko, łącznie z rozklejaniem plakatów. Jakiś czas później promowaliśmy w Warszawie scenę trójmiejską: Miłość, Łoskot, Wojtka Mazolewskiego, zorganizowaliśmy całą trasę po Polsce z Kurami i DJ-em Scissorkicksem.
Ważnym doświadczeniem była współpraca z zagranicznymi zespołami. W tamtym okresie najszerzej znanym wykonawcą tego środowiska była Chumbawamba, ale przyjeżdżały dziesiątki mniejszych zespołów punkowych,
reggae, ska. Trzeba było im zorganizować koncert, przenocować, oprowadzić je, pogadać z nimi... Bardzo ważne były też nasze wyprawy do zachodniej Europy i spotkania z tamtym obiegiem kultury niezależnej: squaty St. Pauli, Kreuzbergu czy Amsterdamu, kluby Londynu. Polska była wtedy krajem w początkowej fazie rozwoju, szamoczącym się w ramach zmian ustrojowych. To było bardzo cenne doświadczenie.
Nie przeszedłeś na lewactwo? Dla mnie kluczem nie była kontestacja kapitalizmu, ale apoteoza niezależności. W tak funkcjonującym systemie trzeba budować firmy, kooperatywy, żeby nie być zależnym od dotacji państwa, od dobrego humoru dyrektorów firm, ale robić swoje i wychodzić na swoje. To nas różniło od dużej grupy zachodnich alternatywistów. Im łatwiej przychodziła kontestacja kapitalizmu. My, kiedy dziś na to patrzę, byliśmy nastawieni na rynek. Owszem, zespoły śpiewały o anarchii, innej wizji świata czy walce z systemem, ale ktoś musiał zorganizować koncert, wynająć salę, sprzęt, zainkasować za bilety, wszystko rozliczyć i na końcu zapłacić coś muzykom.
Trzymałeś kasę. Ale uzależniłem się też od adrenaliny, jaką daje napięcie związane z robieniem imprez.
Tyle że w którymś momencie przestałeś robić koncerty Oi Polloi, Apatii, Aliansu. Przestawiłeś się na firmowe imprezy dla producentów piwa, wódki, samochodów. Jak wyglądała przeprowadzka ze squatów do salonów dyrektorów marketingu korporacji? Zrozum, wtedy z kultury, rynku koncertowego nie dało się przeżyć, budować i rozwijać firmy, ale także całego rynku. Musiałem znaleźć rozwiązanie i był nim event marketing. Sprowadziliśmy
Manu Chao, Teatr Stomp, ale robiliśmy też mnóstwo imprez dla konkretnych marek. Wspólny mianownik był jeden - organizowaliśmy imprezy wyjątkowe i tylko dla klientów, z którymi chcieliśmy współpracować. To pozwoliło nam przetrwać, nabrać ogromnych nowych doświadczeń, poznać klientów i zbudować stabilność finansową, ale także realizować swoje pomysły. Dzięki temu, że współpracowałem wiele lat z działami marketingu wielkich firm, dzisiaj łatwiej mi rozmawiać ze sponsorami, bo mam szeroką wiedzę na ten temat i wiem, jak myślą ludzie, którzy mają mi powierzyć miliony złotych. Wiem, co chcą uzyskać, i umiem im to dać, zachowując równowagę. W pewnym momencie byliśmy w stanie skoncentrować się na naszych wydarzeniach i inwestować w swoje marki.
Pamiętam. Jedyną gwiazdą pierwszej edycji byli The Chemical Brothers, którzy ani słowa nie zamienili z publicznością. Tej zresztą była garstka. Jakby tego było mało, festiwale muzyczne kojarzyły się z narkotykami, więc policja zrobiła przed bramkami najazd na dilerów. Z sukcesem. Miałem wtedy 24 lata i mnóstwo siły, zapału i wiary. Być może teraz byłoby trudniej. Powiem więcej, trudniejsza była druga edycja Open'era, w Gdyni, gdzie przyszło jeszcze mniej osób. Po rozliczeniu imprezy problemem było zapłacenie rachunków. Ale powtarzałem sobie i swoim współpracownikom, że festiwale muszą wreszcie wypalić, nie ma innej opcji - Polska to duży kraj i formuła, która na Zachodzie sprawdza się od dziesiątek lat, musi sprawdzić się w Polsce. Wytrzymajmy.
Ale właściwie po co? W życiu nie pracowałem dla kogoś, zawsze byłem niezależny. Robienie koncertów to coś więcej niż praca, to trzeba mieć we krwi, to sposób na życie.
Nie przesadzasz? Organizowanie koncertu to jedno, życie to drugie. Jakbym był menedżerem niewielkiego klubu, robił koncerty bluesowe czy jazzowe na 300 osób raz na tydzień, to tak. Jak robi się trzy festiwale latem, w sumie 250 artystów - nie ma szans. Pracuję non stop. Weźmy Prince'a - różnica czasów między Warszawą a Los Angeles to dziewięć godzin, a ja od pół roku rozmawiam niemal co noc od północy do 4 nad ranem z nim lub jego reprezentantem. U nich to dzień i naturalne godziny pracy. Kiedy ostatnio agent zadzwonił po północy, zażartowałem: 'Wiem, że teraz u was świeci słońce i jest południe, ale to nie znaczy, że tak jest na całym świecie'.
Nie ma czegoś takiego jak rutyna nawet po stu koncertach i dziesiątkach festiwali?