Bóg zjawia się w grupie terapeutycznej dla rodziców, żeby opowiedzieć o swoich problemach z synami, a właściwie jednym. Bo starszy Lucek ma zawód jak należy (jest prawnikiem) i robi karierę, a Młody, czyli Jezus, hipis i idealista, wciąż sprawia kłopoty. Jak się wymyśla taką historię? Zaczęło się przypadkiem. Odwoziliśmy z przyjacielem
dzieci do szkoły, odpowiadaliśmy w korku na setki ich pytań, a potem jechaliśmy na squasha. Grając, żartowaliśmy, co by było, gdyby Bóg też musiał odpowiadać na takie pytania: 'Tato, nauczysz mnie chodzić po wodzie?'. To był zaczyn. Sama sztuka powstała w samochodzie: jeździliśmy z moją żoną i współautorką sztuki Kasią na weekendy na wieś i po drodze dużo o tym rozmawialiśmy. Podczas tych weekendów wgryzałem się też w problem, poczytując Stary Testament. Babcia trochę dziwnie na mnie patrzyła, gdy w kaloszach biegałem z Biblią Czytanie Starego Testamentu było chyba najfajniejsze w pisaniu sztuki.
Co ciekawego tam znalazłeś? Odkryłem postać, która cały czas robi masakry! Wcześniej na to tak nie patrzyłem, ale jak dziesiąty raz z rzędu czytałem, że trzeba było zrobić masakrę, bo coś tam, to stanęła mi przed oczami postać Boga, który wygląda trochę jak facet spod budki z piwem: przypakował w młodości, nosi biały podkoszulek na szelkach, spod którego wystaje futro, i opowiada, jak to on z kolegami komuś tam przyłożył. Ale ma problem, bo jego syn jest mięczakiem. Ten rodzaj męskości jest w postaci starotestamentowego Boga bardzo uderzający, a jednocześnie, pod kątem sztuki, niesłuchanie atrakcyjny.
Zwłaszcza w zestawieniu z pacyfistycznie nastawionym Młodym Kontrastuję dwa modele ojcostwa. Pierwszy, reprezentowany przez starotestamentowego Boga, jest związany z władzą, z przemocą, z rozkazem, z hierarchią. To ojciec, który mówi, co masz robić, każe ci zostać prawnikiem albo lekarzem, a jak nie, to jesteś idiotą. Jezus zaś potrzebuje innego modelu ojcostwa, powiedzmy, bardziej postępowego, bo reprezentuje postawę poziomą: jest nas dwunastu, lubimy się, robimy razem różne fajne rzeczy, gadamy z ludźmi, przekonujemy ich, wybaczamy sobie siedemdziesiąt siedem razy. Pierwszy model jest bardzo niewygodny, gdy się jest dzieckiem, i bardzo wygodny, jak się jest rodzicem. Drugi - odwrotnie. Tak więc bycie rodzicem to ciągłe oscylowanie między tą wygodą patriarchy, który mówi: 'Marsz do łazienki, bo ja tak mówię!', a niewygodą lidera, który mówi: 'Chodźcie wszyscy do łazienki! Umyjemy się i będzie wspaniale!'.
Z którym modelem utożsamiają się młodzi ojcowie, którzy przychodzą na twoją sztukę? W Polsce dokonuje się teraz zasadniczy przełom w traktowaniu dzieci. Do tej pory dominował pierwszy model, takiego właśnie ojca Boga, ale od kilkunastu lat coraz więcej zwolenników ma też ten drugi model. Jako społeczeństwo jesteśmy przepołowieni między ojcem patriarchalnym a ojcem wspierającym, czułym opiekunem. Najgorsze jest to, że we mnie te rzeczy też się dopiero przełamują. Na przykład mój starszy syn Staś jest spokojny, opiekuńczy, potrafi rozwiązywać konflikty. Ale mnie łatwiej jest pochwalić jego osiągnięcia sportowe, a trudniej powiedzieć: 'Cieszę się, że wspaniale opiekowałeś się siostrą'. I to jest taka rzecz, z którą mężczyźni muszą się dziś skonfrontować. Muszą uznać w synach nie siebie, ale kogoś innego, i nauczyć się im kibicować w rzeczach, które nie są ich własnymi ambicjami.
Pamiętasz taką sytuację, w której pokonałeś w sobie tego patriarchalnego macho? Było coś takiego. Przez wiele lat trenowałem judo i Staś też trenuje. Kiedyś widzę na treningu, że ktoś go trzyma, a on się za bardzo nie wyrywa. W takiej sytuacji, gdy jesteś w trzymaniu, musisz zrobić wszystko, żeby z niego wyjść, czyli mocno zawalczyć. No i jest koniec treningu, Staś przegrał. Pierwsze pytanie, które mi się cisnęło na usta, było: 'Dlaczego się nie wyrywałeś? Co ty ślimak jesteś?'. Taki atak z pozycji - nazwijmy to - motywacyjnych w złym znaczeniu tego słowa. A przecież można było zapytać o coś innego, porozmawiać o tym, kiedy warto się poddawać, a kiedy nie. Dla mnie jego postawa była niedobra. Chciałem mu powiedzieć, jak powinno się robić, i może jeszcze dodać, że nie akceptuję sytuacji poddawania się, ale przełamałem się i zapytałem, czy było ciężko.
I co ci odpowiedział? Nie pamiętam, ale pamiętam za to doskonale tę walkę, którą z sobą stoczyłem, żeby nie powiedzieć: 'Synu, tak to robią mięczaki!'. Bo czy nie lepiej być takim ojcem mistrzem jak Joda? On nie ochrzaniał Luke'a, że nie umie podnieść statku z bagna, tylko tak nim pokierował, że Luke był do tego zdolny. Takich archetypów ojca mistrza jest w sztuce i literaturze mnóstwo: Joda, Pai Mei z 'Kill Billa', Kuroń, Korczak. Taką postacią był też Platon dla Arystotelesa. Platon to po starogrecku 'przypakowany'. Wyobraźmy więc sobie Platona jako Pudziana. Był szalenie męski, wygrywał w różnych sportach, ale Arystoteles uważał go za mistrza i ojca duchowego nie ze względu na mięśnie, bo przypakowany może być też kolega z siłowni, ale dlatego, że Platon pomógł mu się odnaleźć w świecie.
Rozmawiamy o ojcostwie. A gdzie miejsce dla matki? Jakoś inaczej widzisz jej rolę w życiu dziecka? Nie wiem za bardzo, jak to jest z matkami. Mężczyznom przeszkadza w efektywnym niańczeniu tylko kultura, która mówi, że się 'nic nie robi, gdy się siedzi z dzieckiem w domu'. Wyobrażasz sobie Boga, który zmienia Marię, żeby poszła sobie do kina?
Ale wracając do ojca duchowego - mentora - to może być i
kobieta, i mężczyzna. Maria Skłodowska-Curie czy Maria Janion to właśnie takie mentorki. Wszystko jedno, jak je nazwać - wróżką, wiedźmą, przewodniczką czy Wielką Matką. Jeśli sobie przypomnimy 'Matrix', to tam była taka kobieta, która pomagała zdecydować w wyborze, a koło niej siedziało wiele osób, które rozwijały swoje zdolności. To była taka właśnie matka, która nie jest karmicielką, ale przewodniczką.
A mężczyźnie kobieta jest potrzebna, by stać się dobrym ojcem? Tak, bo sam, dopóki
dziecko ci nie wytknie twoich błędów, nie zauważasz ich. Człowiek ma duże umiejętności usprawiedliwiania się i tłumaczenia: 'Musiałem się tak zachować, bo nie miałem wyjścia', 'Musiałem się tak zachować, bo musi być porządek'. Nie! Nie musi być porządku i pewnie było inne wyjście, ale w danym momencie to a nie inne wydawało się najwygodniejsze. Dlatego musi być ktoś, kto ci powie: 'Stary, co ty robisz?' albo 'A gdybyś był na jego miejscu, to co?'. To musi być ktoś, komu nie możesz powiedzieć: 'To nie twoja sprawa'. Ktoś, kto potrafi pokazać ci inne metody.
Dzięki temu też kolejne dzieci mają łatwiej. Ja na przykład na Zosię prawie wcale się nie denerwuję. Bo już wiem, że dzieci płaczą, że robią kupę właśnie wtedy, kiedy najbardziej się spieszysz.
Czyli ludzie powinni mieć więcej niż jedno dziecko? Jak już w końcu nauczysz się być dobrym rodzicem, to ktoś powinien mieć z tego pożytek? Tak sądzę. Zauważ, że Salomon nie był pierwszy, ale był dzieckiem ukochanym. Beniamin nie był pierwszy, ale był dzieckiem ukochanym. Dlaczego? Bo ojciec załapał, o co w tym wszystkim chodzi! Dziecko zaś zaczynało się zachowywać w pewien sposób, bo było odpowiednio traktowane. Ale też z drugiej strony ceni się pierworodnych, bo z nimi przez te straszne wody pierwszy raz razem się przeszło. To jak razem przejść przez wojsko.