http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Birkin bez kolejki

Aleksandra Lipczak
25.03.2011 , aktualizacja: 17.03.2011 12:39
A A A Drukuj
Torba Birkin z krokodylej skóry Fot. AFP/East News Torba Birkin z krokodylej skóry
Ludzie myślą, że to łatwe i przyjemne - chodzić dla innych na zakupy. Ale tak naprawdę jesteś jak wielbłąd. Nie chodzisz na koktajle w ciuchach Hermesa, tylko w nieskończoność taszczysz klamoty - rozmowa z Michaelem Tonello
Michael Tonello
Fot. Tomasz Czech
Michael Tonello
ZOBACZ TAKŻE
Babcia, farmerka, nazistka i ojciec chrzestny. To twoja typologia sprzedawców.

Najgorsze jest połączenie nazistki z farmerką - farmerka nienawidzi ludzi, którzy mają pieniądze, a nazistka stoi na straży tego, żeby nikt nie kupił więcej niż jednej torby. Najłatwiejszy w obsłudze był ojciec chrzestny - wystarczyło mu posmarować i torba była twoja.

Wyjaśnijmy: ta typologia służyła ci przez sześć lat, kiedy zajmowałeś się zdobywaniem toreb Birkin. Tyle zachodu, żeby kupić damską torebkę?

Fakt, to normalna skórzana torba. Nie ma wewnętrznej kieszeni wypełnionej diamentami czy złotem ani za ciebie nie odkurzy. Zyskała jednak sławę jako najdroższa torebka na ziemi. 'Zwykły' skórzany Birkin Bag kosztuje 6-7 tys. euro, a wersja z krokodylej skóry dochodzi do kilkudziesięciu tysięcy euro. Ale nie chodzi o cenę, tylko o legendarną listę oczekujących. Żeby kupić birkina, do niedawna oficjalnie trzeba było czekać kilka lat.

Jak w takim razie udało się tobie?

Przypadkowo odkryłem 'tajną' formułę, która pozwalała kupić go od ręki.

Jak?

Od zawsze pasjonowałem się modą, przez 10 lat pracowałem jako makijażysta. W 1999 roku przeprowadziłem się z USA do Barcelony. Z pracy, którą miałem zacząć, nic jednak nie wyszło. Zostałem na lodzie, z wynajętym na pięć lat mieszkaniem i bez pensji. Zajrzałem do swojej szafy i pomyślałem: tych ciepłych ciuchów nie potrzebuję. Sprzedałem je więc na eBayu, między innymi stary szalik Hermesa - poszedł za cenę cztery razy wyższą od oryginalnej. Zaraz potem zacząłem dostawać maile, głównie z USA: czy możesz zdobyć to, czy możesz zdobyć tamto. Któregoś dnia ktoś zapytał: 'Czy nie masz czasem jakiegoś birkina?'.

Wiedziałeś wtedy, co to takiego?

Wiedziałem, że Hermes istnieje, kupiłem sobie u nich ten czarno-złoty szalik do fraka na sylwestra. Ale ubrania były takie konserwatywne jak dla starych facetów, a ceny szalone. Nie miałem więc pojęcia, o co chodzi z tym birkinem. Próbowałem go zgooglować, ale pojawiły mi się informacje o francuskiej aktorce i piosenkarce Jane Birkin. Historia wygląda ponoć tak, że Jean-Louis Dumas-Hermes, szef firmy, zobaczył kiedyś, jak Birkin zmaga się z torbą w samolocie. Jane była znana z upodobania do wielkich toreb, jak na ziemniaki. Próbowała upchnąć ją na półce, wszystko się wysypało. Jean-Louis zaproponował, by wspólnie zaprojektowali funkcjonalną torebkę. Torba ochrzczona jej nazwiskiem trafiła do stałej kolekcji i szybko zyskała miano kultowej. A wszystko dlatego, że tak trudno było ją zdobyć. Do niedawna Hermes nie wystawiał birkinów w sklepach. Jeśli już, to w szklanej gablocie z plakietką 'zarezerwowane'. A chciało je mieć coraz więcej osób, bo pojawiły się w 'Seksie w wielkim mieście', nosiły je wszystkie celebrytki.

Na czym polegała w takim razie 'formuła'?

Na tym, żeby zrobić wcześniej zakupy za odpowiednią sumę. Najpierw kupić kilka szalików, a dopiero potem poprosić o torbę. To był niezawodny sposób. Hermes wiedział, że może sprzedawać birkiny cały boży dzień. Szkopuł w tym, że chcieli się też pozbyć reszty.

Tylko to? Nikt inny na to nie wpadł?

Większość ludzi, którzy chcieli kupić birkina, po prostu wchodziła do sklepu i o niego pytała. Logiczne. Jeśli chcesz kupić chleb, idziesz do piekarni i o niego prosisz. Nie kupujesz najpierw ptifurek. Ale gdybyś zapytała o birkina w pierwszej kolejności, powiedzieliby ci, że ich nie ma, albo wpisali cię na listę oczekujących.

Stałeś się więc zawodowym dostawcą birkinów.

Poszło samo. Przez te pierwsze dwa lata nie traktowałem tego nawet jako biznesu, raczej wyświadczanie przysług. Przez moje ręce przechodziło około 10-30 toreb miesięcznie. W ich poszukiwaniu jeździłem po salonach Hermesa na całym świecie - od Europy, przez Chile, Argentynę, aż do Japonii i Tajlandii.

Jak wyglądał twój dzień?

Nie było tak, że codziennie rano wkładałem swój wyjściowy garnitur Prady i szedłem na zakupy do Hermesa. Wiele dni spędzałem w domu w piżamie, bo prowadziłem kilkadziesiąt aukcji na eBayu. Sprzedawałem szaliki Hermesa, filiżanki, karty do gry, bransoletki, kalendarze. Miałem pokój zawalony setkami pudełek. Codziennie chodziłem na pocztę coś wysłać.

Pewnego dnia decydowałem: jadę do Genewy po birkina. Kupowałem bilet, pakowałem się i rano ruszałem w drogę. Na miejscu używałem swojej formuły, a potem wsiadałem do pociągu lub samochodu i jechałem do innego miasta. Meldowałem się w hotelu i wyruszałem do kolejnego sklepu. O godz. 16-17 było po wszystkim: miałem dwa-trzy birkiny, kilkanaście szalików i parę innych przedmiotów. Po powrocie do Barcelony uruchamiałem aukcje na eBayu. Po dwóch latach nie musiałem już nawet wystawiać toreb na sprzedaż, bo miałem prywatnych klientów na całym świecie. Nigdy nie miałem żadnego birkina dłużej niż parę dni, zwykle wystarczał jeden telefon lub mail.

Klientami byli ludzie z listy oczekujących?

Podziel się