http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Pan jeży

Monika Redzisz
20.12.2010 , aktualizacja: 20.12.2010 12:28
A A A Drukuj
Andrzej Kuziomski 
Fot. Monika Redzisz i Monika Bereżecka/Zorka Project Andrzej Kuziomski
Jeżątka, które mam teraz, to jesienne sieroty, zbyt małe do procesu hibernacji, niemające wystarczająco dużo tłuszczyku. W zeszłym roku ze względu na ciepłą jesień mieliśmy drugi miot jeży o dwa miesiące za późno. Zimę przeżyły tylko te maluszki, którymi się ktoś zaopiekował. Reszta wymarzła - rozmowa z Andrzejem Kuziomskim, założycielem pierwszego w Polsce ośrodka rehabilitacji jeży
ZOBACZ TAKŻE
Jak to się stało, że zaczął opiekować się pan jeżami?

Wcześniej jeździłem w kurierce rowerowej i widziałem ogromne ilości przejechanych jeży - wszędzie, nawet w środku miasta. Wciąż mijałem kolejne parujące, gorące zwłoki, od kilku do kilkunastu dziennie! Nie byłem w stanie tego wytrzymać. Rzuciłem pracę.

Inne zwierzęta też wpadają pod koła.

No tak. Ale to jeże są zagrożonym gatunkiem, a nie gołębie, psy czy koty. Ich pierwotne środowiska są praktycznie wyniszczone. Lasów liściastych jest coraz mniej, poza tym są pryskane środkami owadobójczymi, a jeże to owadożercy, więc nie mają co jeść. Trudno dziś spotkać jeża starszego niż dwa, trzy lata, chociaż mogą żyć nawet do kilkunastu.

Jak wynika z badań brytyjskich sprzed czterech lat, w roku 2025 nie będzie już w Europie jeży. A wtedy nie wzięto jeszcze pod uwagę holokaustu jeży, który miał miejsce przez te wszystkie rozchwiania klimatyczne.

Po powodziach w Kotlinie Kłodzkiej w 1997 r. na pierwsze jeże trzeba było czekać 10 lat! Wytopiło wszystkie. Jak im nie pomożemy, niedługo ich nie będzie. Jeże są pod ochroną. Ale z jednej strony państwo nakazuje je chronić, a z drugiej - nie robi nic, by faktycznie im pomóc. Pierwszy i jedyny ośrodek rehabilitacji jeży założyłem ja prywatnie, a nie państwo.

Z czego pan utrzymuje jeże?

Na początku, kiedy było ich tylko kilka, jeszcze pracowałem - jeździłem w kurierce, naprawiałem komputery. Ale potem jeży przybywało i już nie dawałem rady. Teraz każda godzina jest na wagę złota, bo pracy jest bardzo dużo. Założyłem więc ośrodek i fundację Igliwiak. Niestety, w tym roku nie dostałem ani złotówki dotacji od żadnej instytucji!

To, że jeszcze działam, jest tylko zasługą prywatnych osób, które wpłacają tyle, ile mogą - czasem 5, czasem 50 złotych. W zeszłym roku sytuacja też była katastrofalna, więc zaalarmowałem media i udało się uratować ośrodek. Ale jest bardzo ciężko. Często mam długi, na przykład w klinice, w której leczę jeże.

Ile kosztuje miesięczne utrzymanie 60 jeży?

Samo jedzenie - ponad 4 tys. miesięcznie. W Polsce, niestety, nie ma specjalnej karmy dla jeży, a dawanie im nawet dobrej klasy karmy kociej czy mięsa prowadzi do uszkodzenia uzębienia i niewydolności nerek. Nie pozostaje nic innego jak owady karmowe. Teraz towarzystwo zjada jakieś 120 litrów tych owadów miesięcznie. Do tego dochodzą zabiegi - 2 tys. miesięcznie. Niestety, jeże nie są łatwe w leczeniu, a weterynarze w Polsce nie mają o nich najmniejszego pojęcia. Ja już od kilku lat współpracuję z jedynym doktorem w Polsce, który się zna na jeżach - jeździł za granicę na naukę i świetnie się dokształcił. Do tego czynsz, bo nie mam własnego mieszkania, wynajmuję te pomieszczenia - 25 i 35 m, w których mieszkają jeże. Funkcjonowanie ośrodka wymaga 8 tys. miesięcznie.

I teraz postawmy sobie pytanie: czy taka kwota przekracza możliwości 40-milionowego kraju? Mam przecież telefony z Anglii, Niemiec, Skandynawii, wiem, jak to wygląda za granicą. W sklepach jest specjalna karma dla jeży, są ośrodki jeżowe, np. w Zurychu - z kliniką, salką do operacji, etatowym weterynarzem. Rok temu nasza małopolska radna przed kamerami obiecywała: 'Na pewno pomożemy, uda się znaleźć jakieś środki'. Zwyczajne kłamstwa. W rozmowie telefonicznej w sierpniu powiedziała mi, że nic nie da.

Jest pan sam, nikt panu nie pomaga?

Wszystko jest na moich barkach. To już czwarty rok. Do tej pory nikt się nie zgłosił do pomocy, zresztą nie miałbym z czego zapłacić. A to ciężka praca. Przygotować jedzenie, pomyć miseczki, dać lekarstwa, sprzątać odchody na bieżąco, raz na tydzień wymienić sianko i podłoże w każdym kojcu. Jeże wymagają opieki 24 godziny na dobę.

Dlaczego aż tak?

Bo to zwierzęta nocne. Normalnie jeż co noc pokonuje od kilku do kilkunastu kilometrów w poszukiwaniu owadów, bo żeby zjeść szklankę owadów - tyle potrzebuje dorosły jeż - musi się nieźle natuptać. Dlatego ja co noc wypuszczam je na korytarzyki pomiędzy kojcami, żeby mogły pospacerować. Robię to rotacyjnie, to niezła ekwilibrystyka, bo niektóre z nich się ze sobą zgadzają, ale niektóre zupełnie nie - trzeba uważać, żeby się nie pogryzły. Oprócz opieki nad nimi jest sporo pracy organizacyjnej wynikającej z tego, że jeże są pod ochroną - każdy jeż musi mieć kartotekę, numerek, stosy papierków.

Pan tu z nimi mieszka?

Tak. Śpię w przyległym pomieszczeniu gospodarczym, które dzięki dobrej woli właściciela posesji wynajmuję nieodpłatnie. A na swoje naprawdę skromne potrzeby - byle jakie jedzenie z przecen z Tesco i kilka szmat z lumpeksu - jakoś daję radę zarobić różnymi pracami zleconymi.

To ile godzin pan śpi na dobę?

Trzy, czasem cztery. Ale jednym ciągiem udało mi się najwyżej godzina dwadzieścia.

Podziel się