http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Niech to będzie prawdziwa wścieklica

Katarzyna Bielas
2010-04-14, ostatnia aktualizacja 2010-04-08 16:14

Rozmowa z Michałem Pepolem, wiolonczelistą w Royal String Quartet

Royal String Quartet, czyli (od lewej): Michał Pepol, Izabella Szałaj-Zimak, Marek Czech i Elwira Przybyłowska
Fot. Jacek Łagowski
Royal String Quartet, czyli (od lewej): Michał Pepol, Izabella Szałaj-Zimak, Marek Czech i Elwira Przybyłowska
ZOBACZ TAKŻE
Czy kwartet smyczkowy to jakaś specjalna formacja?

Moim zdaniem to kryształ, idealne ucieleśnienie muzyki kameralnej. Kwartet porównuje się do butelki wina - wiolonczela to butelka, która trzyma całość, drugie skrzypce i altówka to wino, treść, a pierwsze skrzypce to etykieta - dobra i atrakcyjna, dzięki niej wiemy, co jest w środku. Nie kupimy, jeśli będzie to wino patykiem pisane. To było najpopularniejsze medium kompozytorskie w całej muzyce klasycznej, zaczynając od Haydna, który stworzył podwaliny, dalej Mozart, Beethoven, Schubert, Brahms, Mendelssohn, Dworzak, Szostakowicz wszyscy najwięksi. W Wielkiej Brytanii, w Niemczech kwartety, kameralistyka w ogóle mają bardzo długą tradycję. Przed dziesięciu laty, kiedy my zaczynaliśmy, w Londynie było ze 100, a w Polsce kilka kwartetów takich jak Kwartet Wilanów, Śląski, Camerata.

Dlaczego tak mało?

Muzyka kameralna wywodzi się z grania w małych miejscach, dla małej publiczności, nawet dla rodzin. Dla mnie to jest symbol społeczeństwa obywatelskiego. Tę tradycję w Polsce zabiły zabory i komuna. Wyobrażam sobie, że kiedyś ludzie spotykali się, żeby sobie pośpiewać ze słynnego 'Śpiewnika domowego' Moniuszki, powzruszać się tym, jaki piękny jest polski język, pokultywować tradycję narodową. Kwartet wymaga dobrych instrumentów, trzeba mieć na nie pieniądze.

W Anglii, gdzie dużo koncertujemy, czuje się tradycję - arystokracja, edukacja, poziom zamożności, to wszystko jest powiązane.

Cieszę się, bo od kilku lat w Polsce powstają młode kwartety, może dzięki nam uwierzyły, że przetrwają, nabrały odwagi. Do 2004 r., kiedy zaprosiło nas BBC, było bardzo cienko, ledwo wiązaliśmy koniec z końcem, dosłownie nie starczało na rachunki. Dziś gramy 60-70 koncertów rocznie i więcej nie chcemy.

Jak znalazło was BBC?

Rozesłaliśmy po świecie 100 egzemplarzy naszej debiutanckiej płyty 'Haydn Mozart Beethoven'. Odezwały się tylko dwa, za to megaprestiżowe miejsca - BBC i londyńska sala koncertowa Wigmore Hall. Dwa asy, to był szok. Propozycja z BBC oznacza, że przez dwa lata intensywnie cię promują, angażują w nagrania, koncerty, wywiady. BBC ma ogromne budżety, zrealizowaliśmy około 20 nagrań w ich studiu, które były wielokrotnie emitowane na antenie i oddane do Europejskiej Unii Radiowej, więc szły też na inne kraje, występowaliśmy na koncertach transmitowanych na żywo, zapraszano nas do programów muzyki klasycznej itp. Polskie Radio też nas wspiera w miarę swoich możliwości.

Jeździcie w trasy koncertowe. Jak to wygląda?

W Anglii nawet w małych miejscowościach są kluby muzyczne, mają od 100 do 800 członków. Raz w miesiącu odbywają się koncerty - w szkole, w kościele, na uniwersytecie, w sali koncertowej. Kluby mają chairmana, radę artystyczną, nasza brytyjska agentka - polskiej nie mamy - załatwia nam tam występy. Wypożyczamy samochód i jedziemy w trasę, czasem gramy w jednym miejscu kilkakrotnie. Są setki takich miejsc, często małe miejscowości zapraszają największych artystów. To bardzo fajny system, sympatyczna obywatelska działalność. W Polsce taka sieć nie istnieje.

Gdzie mieszkacie?

Na ogół śpimy u rodzin, członkowie klubu goszczą nas u siebie. Ale to nie jest tak, jak można by sobie wyobrazić u nas - na materacu w przedpokoju. Tam ludzie mają duże, stare domy, raz spałem w XIV--wiecznej komnacie. Kiedyś pani, u której mieszkaliśmy, zapytała nas o daty urodzin. Podałem 1976 r., więc przyniosła z piwnicy wino z tego rocznika. Goszczący nas ludzie, na ogół na emeryturze, są bardzo mili, zapraszają na kolacje, wraca się stamtąd trzy kilo grubszym. W Polsce wszystko jest bardziej oficjalne, gra się głównie w filharmoniach i mieszka w hotelach. Tu sami jesteśmy swoimi menedżerami, mój e-mail, telefon znajduje się na stronie internetowej. My sami nie dzwonimy, czasem wysyłamy nową płytę, kilka razy zrobiliśmy mailing, np. że dostaliśmy Fryderyka.

A angielska publiczność?

Raczej wiekowa, średnia na widowni to 75-80 lat. Nie ma co jednak jej lekceważyć - kiedyś przegrałem w ping-ponga z 97-letnim facetem. Jeżdżąc po Anglii, gramy klasykę od Haydna po Brahmsa, zawsze przemycamy też polską - Górecki, Bacewicz, Szymański, również Szymanowski, ale jest dla nich za trudny, na granicy akceptacji. Młodzi bardziej interesują się muzyką współczesną. Ogólnie wszyscy lamentują, że co to będzie, jak ostatni miłośnicy muzyki klasycznej umrą. Niepotrzebnie - jak młodzi się starzeją, to zaczynają słuchać. Tam ludzie starzy są bardzo żwawi. I zamożni. Postanawiają, że na emeryturze nauczą się np. grać na wiolonczeli. W soboty spotykają się, żeby pograć. Wkładają w to całe serce, nie mając technicznych umiejętności. Nie da się tego słuchać, ale oni mają wielką radość. Dla mnie to jest cudowne. Kiedy przyjeżdżamy, rozumieją nas i podziwiają, bo wiedzą, ile wysiłku wymaga granie. Czasem proszą, żebyśmy pograli razem.

Graliście przed angielską królową.

Zadzwoniła do nas pani z kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego, że jadą z wizytą do królowej, potrzebują prezentu i my możemy być tym prezentem. Najpierw prezydent Kwaśniewski był w pałacu Buckingham, a następnego dnia wydawał przyjęcie w hotelu Dorchester w Londynie, były tam same VIP-y, osobistości typu Margaret Thatcher.

Normalnie ostatni na sali pojawiają się muzycy. Tu po raz pierwszy w życiu siedzieliśmy na scenie, czekając na publiczność, której trzeba się było pokłonić. Poinstruowano nas co do etykiety, po koncercie siedem minut rozmowy z królową.

O czym?

Taki small talk, był też książę Karol, który - jak się okazało - grał za młodu na wiolonczeli. Zapytał, czy mógłby z nami zagrać, na co włączył się jego brat: 'Lepiej nie - powiedział - on fałszuje, wszyscy pouciekają'. Na co książę Karol: 'Powinienem zagrać, bo wtedy oni będą naprawdę mogli nazywać się »Royal «'.

Właśnie, dlaczego Royal?

Źródło: Wysokie Obcasy

W numerze z 4 września