Z Juliuszem Machulskim rozmawia Jacek Szczerba
ZOBACZ TAKŻE
- Szukam kogoś dla siebie (09-02-10, 01:00)
- Umieranie przy placu Vendome (30-03-10, 02:00)
- Wojna jest wszędzie (22-03-10, 01:00)
- Kochanki w służbie systemu (17-03-10, 01:00)
- Łysy, czyli męski (04-03-10, 01:00)
- Można wziąć tylko jedną parę butów (02-03-10, 01:00)
- Neron pieprzył miód (02-02-10, 01:00)
- Efekt szminki w kryzysie (26-01-10, 01:00)
- Elżbieta Czyżewska nie żyje (18-06-10, 02:02)
- Nieczyste miejsca (23-02-10, 01:00)
SERWISY
Zawsze uważałem, że sceny oczywiste - jedzenia czy miłości fizycznej - nie są potrzebne, zwłaszcza dziś. Jak ktoś chce mieć porno, może sobie włączyć internet
Do kin weszła właśnie pana 'Kołysanka'. Możemy tu streścić fabułę?
W mazurskiej wsi osiedla się rodzina, która przybyła znikąd. Wraz z jej pojawieniem się zaczynają znikać inni mieszkańcy, począwszy od gospodarza domu, w którym zamieszkali. Znika ksiądz grany przez Michała Zielińskiego znanego z 'Rozmów w tłoku', pani z opieki społecznej (Ewa Ziętek), listonosz (Jacek Koman), Niemiec, który chce kupić ziemię (Janek Monczka, dawny Tulipan), dziennikarze z telewizji wysłani z Warszawy, żeby zrobić reportaż. Miejscowi policjanci mieli dotąd uroczo - Mazury, przyroda, spokój - ale teraz odbierają telefony z Komendy Głównej: co się u nich dzieje? Komendanta gra Krzysiek Stelmaszyk, śledztwo w sprawie zniknięć prowadzi Przemek Bluszcz. W rodzinie tajemniczych przybyszów ojcem jest Robert Więckiewicz, Janusz Chabior dziadkiem, a Małgorzata Buczkowska-Szlenkier mamą. Mają czwórkę dzieci.
Czy to idzie w stronę pastiszu? W trailerze Więckiewicz jest wymalowany na biało niczym Max Schreck z 'Nosferatu, symfonia grozy' Murnaua.
Oni są rzeczywiście trochę bledsi niż inni, a on jest na dokładkę ogolony. Ale to jest realistyczne. Trochę w stronę 'Rodziny Addamsów', choć bliżej 'Rodziny Soprano' - okazuje się, że rodzina wampirów też ma normalne życiowe problemy. Mam nadzieję, że to będzie film i dla dzieci, i dla starszych. Bardziej śmieszny niż straszny, choć są też w nim, liczę na to, momenty, gdy poważnie obawiamy się, co wydarzy się za chwilę.
A propos strachu - czy pan jako widz boi się w kinie?
Jako dziecko się bałem, później już nie, bo, jak mówi bohater mojego filmu: 'Jak się wie, jak to jest robione, to pragnienie odchodzi'. Jestem złym widzem horrorów, bo znam triki, którymi się w nich posługują. Na horrory raczej nie chodzę. Nie ruszają mnie 'Koszmary z ulicy Wiązów', w których Freddy Krueger szlachtuje ludzi. Bardziej niepokoi mnie maltretowanie psychiczne - jestem zażenowany, że w czymś takim uczestniczę, jest mi niewygodnie. Tak było np. na świetnym 'Ładunku 200' Bałabanowa. To jest zresztą największa pochwała dla filmu - że jest interakcja między ekranem i widzem. Po to właśnie robi się kino. Dawno temu bałem się na telewizyjnej 'Kobrze' - gdy nadchodził dramatyczny moment zapowiadany przez muzykę. Nie patrzyłem wtedy na ekran, chowałem głowę. Bałem się na 'Szczękach' Spielberga, czekałem, aż rekin nagle wyskoczy. Tam groza była dobrze dozowana. Ja się bardziej daję przestraszyć, niż się boję. Podskakuję, gdy coś niespodziewanie huknie. Taką niespodzianką była np. ucięta głowa konia w 'Ojcu chrzestnym' Coppoli. Staram się być w kinie wdzięcznym widzem. Wchodząc, zrzucam z siebie filmowe zawodowstwo. Jeśli ono do mnie wraca, to znaczy, że z filmem coś jest nie w porządku. Najczęściej dzieje się tak wówczas, gdy akcja rozwija się w określony sposób, bo dobry Bóg scenarzystów, a nie logika, tak chce. Jak zaczynam to podczas seansu analizować, to wiem, że film jest dla mnie stracony. Nie dałem mu się kupić.
Dlaczego tym razem zdecydował się pan na horror?
Już 30 lat robię filmy jako reżyser czy producent. I muszę mieć naprawdę ważny powód, żeby stanąć za kamerą. Tu powodem był scenariusz napisany przez Adama Dobrzyckiego. Początkowo miał według niego powstać serial, z którego ostatecznie nic nie wyszło. Zrozumiałem, że to jest genialny pomysł na fabułę dla kina - obyczajowy film o wampirach. Skądinąd podczas kręcenia myśmy od obyczajowości, tak jak ją rozumiał scenariusz, uciekali. W tekście rodzina bohaterów była przedstawiona jako uchodźcy, rozgrywało się to w rzeczywistości wiejskiej typu 'Ranczo' czy 'Plebania'. Ja to razem z moją ekipą wystylizowałem na taki filmowy gadżet. To jest najbardziej i chyba najlepiej wystylizowany ze wszystkich moich filmów. W stylizacji pomógł nam skansen w Olsztynku, gdzie kręciliśmy. Znaleźliśmy tam fantastyczny XIX-wieczny dom, o ileż odpowiedniejszy od współczesnego budynku krytego eternitem. Zdjęcia były komfortowe - tylko w trzech obiektach. Dla reżysera mojego pokroju - marzenie.
Ponieważ nasza rozmowa jest przeznaczona dla 'Wysokich Obcasów', cokolwiek feministycznego dodatku do 'Gazety', korci mnie, żebyśmy porozmawiali przez chwilę jak szowinistyczne męskie świnie. Np. o kobietach w filmie. Pamiętam ze starych wywiadów, że lubił pan kiedyś Angie Dickinson.
To klasyczna femme fatale. Była piękna, miała złą przeszłość i widzieliśmy ją w momencie, w którym musiała dokonywać złych wyborów. Tak było np. w 'Zbiegu z Alcatraz' Boormana, jednym z moich ulubionych filmów. Zapamiętałem też Sean Young w 'Łowcy androidów', gdzie na końcu sama okazywała się androidem, i Sigourney Weaver w 'Obcym'. Podobała mi się Meg Ryan, co sprawiło, że w 'Kilerze' obsadziłem podobną w typie Małgorzatę Kożuchowską. Widzenie kobiet zmienia się z wiekiem. Gdy jest się młodszym, to się je idealizuje i fetyszyzuje. To wynika z niewinności. W szkole filmowej miałem kolegę Węgra - Petera Vajdę. Mówił: 'Ja to lubię, żeby kobieta miala podla twarz'. Tak się chyba dzieli kobiety. Są takie, które mają 'podla twarz' - ja za nimi nie przepadam - i takie, które być może są podłe, ale mają twarz anioła. I oczywiście są też takie, które mają twarz anioła i są aniołami! Ostatnio wpadła mi w oko Mélanie Laurent z 'Nieba nad Paryżem' i 'Bękartów wojny'. Niby nijaka, ale coś w sobie ma. Zawsze bardziej podobały mi się kobiety ciekawe niż te pełne seksapilu. No i muszą mieć niski głos. Może dlatego lubię też Agnes Jaoui.
A co z aktorkami, które kocha kamera, więc wystarczy, że są, i wcale nie muszą grać - jak Monica Bellucci.
Gdy młodzi chłopcy ślinią się na jej widok w 'Malenie', to w ogóle mnie to nie interesuje.
Czy uważa pan, że sceny erotyczne są potrzebne w kinie?
Zawsze uważałem, że sceny oczywiste - jedzenia czy miłości fizycznej - nie są potrzebne, zwłaszcza dziś, w dobie internetu. Jak ktoś chce mieć porno, może sobie włączyć internet. No, chyba że mówimy o 'Wielkim żarciu' albo 'Nagim instynkcie', bo to są filmy dokładnie o tym. Film to jest tylko film, choć czasem aż film. Pamiętajmy jednak, że biorą w nim udział prawdziwi ludzie. Głupio brzmi tłumaczenie, że seks to jest tylko dotyk, że to jest zawodowe. Nie ma czegoś takiego jak zawodowy dotyk. Wchodzimy w prywatność aktorów, a ja nie chcę być stręczycielem. Nie chcę zachowywać się jak demiurg, dla którego jego sztuka jest najważniejsza, więc nie cofnie się przed niczym. Wiem, że aktorzy potrafią sobie radzić z rozbieranymi scenami, ale to nie jest łatwe. Chyba że mają specyficzny styl bycia.
A jeśli scena erotyczna pełni ważną funkcję dramaturgiczną?
Mało jest takich filmów. Ja wyrosłem w Peerelu. Tam seks był w filmie wabikiem. Robiony na siłę - że facet ją rozbierze albo ona będzie się myła. Oczywiście, jak Kevin Spacey myje się i onanizuje w 'American Beauty', to to jest potrzebne. Nikogo nie uraża. Dwa gołe ciała na ekranie? Nie jestem świętoszkiem, ale nie udawajmy, że to jest normalne. Temu towarzyszy niezwykła intensywność emocji, którą trudno 'wyłączyć'. Niektórzy aktorzy, grając romans, naprawdę się zakochują. Wiem coś o tym. Miałem rodziców aktorów, byłem w tym środowisku. Nie oszukujmy, że nic się nie dzieje. Niektórzy młodzi reżyserzy wykorzystują aktorki - każą im się rozebrać bez sensu, bo nie mają innego pomysłu. One mówią: 'To jest mój zawód, na ekranie to nie jestem ja, tylko postać'. OK, ale tak naprawdę to jest ona albo on. Tylko że facetów jakoś rzadziej się rozbiera.
A co z filmowaniem prawdziwego seksu?
Akt erotyczny pokazany w 'Nine Songs' Winterbottoma jest dla mnie czymś beznadziejnym. To można było przecież lepiej zagrać. W takich przypadkach chodzi zwykle o PR-owskie podkręcenie - przy okazji 'Nie oglądaj się teraz' pisano, że ponieważ Julie Christie i Donald Sutherland byli wtedy parą, więc naprawdę uprawiają tu seks. Albo że Vadim kazał Bardotce, żeby kochała się podczas ujęcia z Trintignantem w 'I Bóg stworzył kobietę'. Mnie to żenuje, powiem szczerze.
Z pańskich filmów poza 'Seksmisją' pamiętam chyba tylko scenę z 'Kingsajz' z nagą Katarzyną Figurą, po której chodzi 'zminiaturyzowany' Jacek Chmielnik. Jak pan sobie poradził z tą nagością?
Do kin weszła właśnie pana 'Kołysanka'. Możemy tu streścić fabułę?
W mazurskiej wsi osiedla się rodzina, która przybyła znikąd. Wraz z jej pojawieniem się zaczynają znikać inni mieszkańcy, począwszy od gospodarza domu, w którym zamieszkali. Znika ksiądz grany przez Michała Zielińskiego znanego z 'Rozmów w tłoku', pani z opieki społecznej (Ewa Ziętek), listonosz (Jacek Koman), Niemiec, który chce kupić ziemię (Janek Monczka, dawny Tulipan), dziennikarze z telewizji wysłani z Warszawy, żeby zrobić reportaż. Miejscowi policjanci mieli dotąd uroczo - Mazury, przyroda, spokój - ale teraz odbierają telefony z Komendy Głównej: co się u nich dzieje? Komendanta gra Krzysiek Stelmaszyk, śledztwo w sprawie zniknięć prowadzi Przemek Bluszcz. W rodzinie tajemniczych przybyszów ojcem jest Robert Więckiewicz, Janusz Chabior dziadkiem, a Małgorzata Buczkowska-Szlenkier mamą. Mają czwórkę dzieci.
Czy to idzie w stronę pastiszu? W trailerze Więckiewicz jest wymalowany na biało niczym Max Schreck z 'Nosferatu, symfonia grozy' Murnaua.
Oni są rzeczywiście trochę bledsi niż inni, a on jest na dokładkę ogolony. Ale to jest realistyczne. Trochę w stronę 'Rodziny Addamsów', choć bliżej 'Rodziny Soprano' - okazuje się, że rodzina wampirów też ma normalne życiowe problemy. Mam nadzieję, że to będzie film i dla dzieci, i dla starszych. Bardziej śmieszny niż straszny, choć są też w nim, liczę na to, momenty, gdy poważnie obawiamy się, co wydarzy się za chwilę.
A propos strachu - czy pan jako widz boi się w kinie?
Jako dziecko się bałem, później już nie, bo, jak mówi bohater mojego filmu: 'Jak się wie, jak to jest robione, to pragnienie odchodzi'. Jestem złym widzem horrorów, bo znam triki, którymi się w nich posługują. Na horrory raczej nie chodzę. Nie ruszają mnie 'Koszmary z ulicy Wiązów', w których Freddy Krueger szlachtuje ludzi. Bardziej niepokoi mnie maltretowanie psychiczne - jestem zażenowany, że w czymś takim uczestniczę, jest mi niewygodnie. Tak było np. na świetnym 'Ładunku 200' Bałabanowa. To jest zresztą największa pochwała dla filmu - że jest interakcja między ekranem i widzem. Po to właśnie robi się kino. Dawno temu bałem się na telewizyjnej 'Kobrze' - gdy nadchodził dramatyczny moment zapowiadany przez muzykę. Nie patrzyłem wtedy na ekran, chowałem głowę. Bałem się na 'Szczękach' Spielberga, czekałem, aż rekin nagle wyskoczy. Tam groza była dobrze dozowana. Ja się bardziej daję przestraszyć, niż się boję. Podskakuję, gdy coś niespodziewanie huknie. Taką niespodzianką była np. ucięta głowa konia w 'Ojcu chrzestnym' Coppoli. Staram się być w kinie wdzięcznym widzem. Wchodząc, zrzucam z siebie filmowe zawodowstwo. Jeśli ono do mnie wraca, to znaczy, że z filmem coś jest nie w porządku. Najczęściej dzieje się tak wówczas, gdy akcja rozwija się w określony sposób, bo dobry Bóg scenarzystów, a nie logika, tak chce. Jak zaczynam to podczas seansu analizować, to wiem, że film jest dla mnie stracony. Nie dałem mu się kupić.
Dlaczego tym razem zdecydował się pan na horror?
Już 30 lat robię filmy jako reżyser czy producent. I muszę mieć naprawdę ważny powód, żeby stanąć za kamerą. Tu powodem był scenariusz napisany przez Adama Dobrzyckiego. Początkowo miał według niego powstać serial, z którego ostatecznie nic nie wyszło. Zrozumiałem, że to jest genialny pomysł na fabułę dla kina - obyczajowy film o wampirach. Skądinąd podczas kręcenia myśmy od obyczajowości, tak jak ją rozumiał scenariusz, uciekali. W tekście rodzina bohaterów była przedstawiona jako uchodźcy, rozgrywało się to w rzeczywistości wiejskiej typu 'Ranczo' czy 'Plebania'. Ja to razem z moją ekipą wystylizowałem na taki filmowy gadżet. To jest najbardziej i chyba najlepiej wystylizowany ze wszystkich moich filmów. W stylizacji pomógł nam skansen w Olsztynku, gdzie kręciliśmy. Znaleźliśmy tam fantastyczny XIX-wieczny dom, o ileż odpowiedniejszy od współczesnego budynku krytego eternitem. Zdjęcia były komfortowe - tylko w trzech obiektach. Dla reżysera mojego pokroju - marzenie.
Ponieważ nasza rozmowa jest przeznaczona dla 'Wysokich Obcasów', cokolwiek feministycznego dodatku do 'Gazety', korci mnie, żebyśmy porozmawiali przez chwilę jak szowinistyczne męskie świnie. Np. o kobietach w filmie. Pamiętam ze starych wywiadów, że lubił pan kiedyś Angie Dickinson.
To klasyczna femme fatale. Była piękna, miała złą przeszłość i widzieliśmy ją w momencie, w którym musiała dokonywać złych wyborów. Tak było np. w 'Zbiegu z Alcatraz' Boormana, jednym z moich ulubionych filmów. Zapamiętałem też Sean Young w 'Łowcy androidów', gdzie na końcu sama okazywała się androidem, i Sigourney Weaver w 'Obcym'. Podobała mi się Meg Ryan, co sprawiło, że w 'Kilerze' obsadziłem podobną w typie Małgorzatę Kożuchowską. Widzenie kobiet zmienia się z wiekiem. Gdy jest się młodszym, to się je idealizuje i fetyszyzuje. To wynika z niewinności. W szkole filmowej miałem kolegę Węgra - Petera Vajdę. Mówił: 'Ja to lubię, żeby kobieta miala podla twarz'. Tak się chyba dzieli kobiety. Są takie, które mają 'podla twarz' - ja za nimi nie przepadam - i takie, które być może są podłe, ale mają twarz anioła. I oczywiście są też takie, które mają twarz anioła i są aniołami! Ostatnio wpadła mi w oko Mélanie Laurent z 'Nieba nad Paryżem' i 'Bękartów wojny'. Niby nijaka, ale coś w sobie ma. Zawsze bardziej podobały mi się kobiety ciekawe niż te pełne seksapilu. No i muszą mieć niski głos. Może dlatego lubię też Agnes Jaoui.
A co z aktorkami, które kocha kamera, więc wystarczy, że są, i wcale nie muszą grać - jak Monica Bellucci.
Gdy młodzi chłopcy ślinią się na jej widok w 'Malenie', to w ogóle mnie to nie interesuje.
Czy uważa pan, że sceny erotyczne są potrzebne w kinie?
Zawsze uważałem, że sceny oczywiste - jedzenia czy miłości fizycznej - nie są potrzebne, zwłaszcza dziś, w dobie internetu. Jak ktoś chce mieć porno, może sobie włączyć internet. No, chyba że mówimy o 'Wielkim żarciu' albo 'Nagim instynkcie', bo to są filmy dokładnie o tym. Film to jest tylko film, choć czasem aż film. Pamiętajmy jednak, że biorą w nim udział prawdziwi ludzie. Głupio brzmi tłumaczenie, że seks to jest tylko dotyk, że to jest zawodowe. Nie ma czegoś takiego jak zawodowy dotyk. Wchodzimy w prywatność aktorów, a ja nie chcę być stręczycielem. Nie chcę zachowywać się jak demiurg, dla którego jego sztuka jest najważniejsza, więc nie cofnie się przed niczym. Wiem, że aktorzy potrafią sobie radzić z rozbieranymi scenami, ale to nie jest łatwe. Chyba że mają specyficzny styl bycia.
A jeśli scena erotyczna pełni ważną funkcję dramaturgiczną?
Mało jest takich filmów. Ja wyrosłem w Peerelu. Tam seks był w filmie wabikiem. Robiony na siłę - że facet ją rozbierze albo ona będzie się myła. Oczywiście, jak Kevin Spacey myje się i onanizuje w 'American Beauty', to to jest potrzebne. Nikogo nie uraża. Dwa gołe ciała na ekranie? Nie jestem świętoszkiem, ale nie udawajmy, że to jest normalne. Temu towarzyszy niezwykła intensywność emocji, którą trudno 'wyłączyć'. Niektórzy aktorzy, grając romans, naprawdę się zakochują. Wiem coś o tym. Miałem rodziców aktorów, byłem w tym środowisku. Nie oszukujmy, że nic się nie dzieje. Niektórzy młodzi reżyserzy wykorzystują aktorki - każą im się rozebrać bez sensu, bo nie mają innego pomysłu. One mówią: 'To jest mój zawód, na ekranie to nie jestem ja, tylko postać'. OK, ale tak naprawdę to jest ona albo on. Tylko że facetów jakoś rzadziej się rozbiera.
A co z filmowaniem prawdziwego seksu?
Akt erotyczny pokazany w 'Nine Songs' Winterbottoma jest dla mnie czymś beznadziejnym. To można było przecież lepiej zagrać. W takich przypadkach chodzi zwykle o PR-owskie podkręcenie - przy okazji 'Nie oglądaj się teraz' pisano, że ponieważ Julie Christie i Donald Sutherland byli wtedy parą, więc naprawdę uprawiają tu seks. Albo że Vadim kazał Bardotce, żeby kochała się podczas ujęcia z Trintignantem w 'I Bóg stworzył kobietę'. Mnie to żenuje, powiem szczerze.
Z pańskich filmów poza 'Seksmisją' pamiętam chyba tylko scenę z 'Kingsajz' z nagą Katarzyną Figurą, po której chodzi 'zminiaturyzowany' Jacek Chmielnik. Jak pan sobie poradził z tą nagością?
Źródło: Wysokie Obcasy
1
2
następne »
Przeczytaj 6 komentarzy na Forum
-
Kobieta zabija święty spokój
godeliva
20.02.10, 00:28
Bardzo cenie Pana Machulskiego jako rezysera. Wywiady z nim , zbyt rzadkie, pokazuja, jakim jest inteligentnym. wywazonym i subtelnym czlowiekiem prywatnie. »
W numerze z 31 lipca
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień










