Jak smakuje ziarno kakaowca?
Na języku przypomina miękki, słodki cukierek, ale nie radzę rozgryzać, bo w środku jest piekielnie gorzkie.
Wie pan, kiedy powstaje smak czekolady?
Owoce wielkości średniego arbuza odcina się od drzew, wyciąga z nich ziarna, a potem pozwala się im fermentować przez kilka dni. Wtedy po raz pierwszy pojawia się czekoladowy zapach, nie wcześniej. Nie wiem, jak te sfermentowane ziarna smakują, nie próbowałem, ale podejrzewam, że wtedy zaczyna się smak czekolady. Swoją plantację kakaowców niedaleko Zatoki Meksykańskiej pokazał mi kolega Manuel. Drzewo kakaowca to jedna z najbardziej magicznych roślin, jakie widziałem. Zakwita drobnymi biało-fioletowymi kwiatami, które wyrastają z pnia. Zapylają je malutkie muszki. Wychodzą spomiędzy gnijących liści w lasach tylko po to, żeby czerpać pokarm z kakaowca. Potem ziarna schną, następnie są prażone, dopiero przed zmieleniem oddziela się ziarna od łupiny.
Napój bogów to pana zdaniem dobra nazwa dla gorącej czekolady?
To nazwa botaniczna, tak nazwał drzewo kakaowca pewien botanik w XVIII w. Jeśli ma to znaczyć coś doskonałego, rzeczywiście dużo w tym prawdy. Podczas moich podróży badałem historię różnych smaków - gorzkich, pikantnych, łagodnych. Wiele z nich zapomniałem. Nigdy nie zapomnę smaku gorącej czekolady, którą w Meksyku poczęstował mnie Manuel. Mieszanka kakao, cukru, cynamonu. Napój był przelewany z jednego naczynia do drugiego tak długo, aż został spieniony.
Manuel własnoręcznie przelewał?
Jego żona.
Dlaczego nie on?
Czujny feminizm zawsze mnie dopadnie, ilekroć wywiad przeprowadza ze mną kobieta. Miałaby pani rację, doszukując się w tym spisku mężczyzn. W Meksyku ten cudowny napój nazywa się tejate. Przepis matki przekazywały córkom. Zgodnie z tradycją żona musiała przygotowywać mężowi tejate drugiego dnia po ślubie. Jeśli tego nie zrobiła, nie mogła liczyć na szczęście w małżeństwie. Chodziło o zabobon, nie o to, że mąż do końca ich wspólnego życia będzie się mścił za brak napoju bogów przy łóżku drugiego dnia po ślubie. Chociaż - kto wie. Napój był również lekiem. Znajoma Manuela pokazała mi, jak przygotowuje się tejate. To długi proces, którego każdy etap musi trwać jakiś czas. Opowiadała mi, że w jej rodzinie kobiety wstają o czwartej rano, żeby przygotować tejate na targ, gdzie go sprzedają, a przy okazji również dla rodziny. Zaczyna się od rozgniatania ziaren kakaowca kamieniami. Niczym innym, kamieniami. Do ziaren dodaje się gotowaną kukurydzę. Wymieszane składniki przesypywane są do misy, do tego dolewa się wodę, a potem wszystko miesza dłonią. Na koniec kobieta wysoko unosi miskę z miksturą, żeby przelewać ciecz do drugiej miski. I tak kilkanaście albo kilkadziesiąt razy. Tak długo, żeby mężczyzna nie narzekał, że napój jest za słabo spieniony.
A może kobiety starają się tak bardzo nie po to, żeby zadowolić mężczyzn, ale żeby ich zwodzić? Może chodzi o wykorzystywanie czekolady jako afrodyzjaku?
Bardzo możliwe, azteccy królowie pili czekoladę, wierząc, że zwiększa płodność. Nie jest tajemnicą, że skład chemiczny czekolady ma jakiś związek z życiem erotycznym. Większość składników wzmaga produkcję endorfin, które uruchamiają w mózgu poczucie szczęścia. Jest w czekoladzie składnik, który wywołuje euforię. Inne zwiększają poczucie atrakcyjności. Kobiety, które nie jedzą czekolady, mają podobno gorsze życie seksualne.
Pana zdaniem bardzo ze mną źle, jeśli nie lubię czekolady?
A pomidory pani lubi?
Tak.
To nie najgorzej. Pierwsza botaniczna nazwa pomidorów znaczyła uprawianie miłości. Zaczęło się je hodować w połowie XVI w., kiedy rozniosła się wieść o ich silnym magicznym działaniu. Klasyfikowano je jako narkotyk obok mandragory, rośliny używanej w czarnej magii. Małe pomidorki, których dziś rzadziej używa się w kuchni, długo były tylko roślinami ozdobnymi. Nie jadało się ich, dopóki nie powstała legenda o tym, że są afrodyzjakami. Miały mieć pozytywny wpływ na płodność, a nawet wydłużać życie. Wierzono w to we Włoszech w XVI w. Anglicy, Amerykanie długo byli sceptyczni. Uważali pomidory za truciznę. Istnieje legenda o pewnym hodowcy pomidorów z Massachusetts, który w połowie XIX w. publicznie, w parku, zjadł kosz pomidorów, gromadząc wokół siebie publiczność, bo zdaniem obserwatorów narażał się na śmierć. Przeżył oczywiście. Niezależnie od tego, czy ta historia jest prawdziwa, dopiero w XIX w. pomidory w Stanach i w Wielkiej Brytanii stały się popularne. Botanicy uznali, że są lekarstwem prawie na wszystko. W ogóle wśród podstawowych składników kuchni większość na początku uważano za trucizny, a potem - za cudowne lekarstwa. Od początku wiązały się z nimi niemałe emocje. Tak było z pieprzem, chili, ziemniakami. Albo cię zabiją, albo dadzą ci wieczne życie.
Emocje wokół nowych smaków wiązały się też z dużymi pieniędzmi.
Dla pieniędzy powstała pierwsza duża plantacja trzciny cukrowej. Założył ją na Maderze Henryk Żeglarz, książę Portugalii. Dzięki plantacjom cukru rozwijał się handel niewolnikami, bo potrzeba było dużo taniej siły roboczej. W XVIII w. dwie trzecie niewolników w obu Amerykach pracowało na plantacjach trzciny cukrowej. Podczas transportu na każdym statku ginęły setki niewolników. Ciała tych, którzy nie przeżyli, były wyrzucane do oceanu, więc za statkami pływały stada rekinów. Taką goryczą okupiona była produkcja cukru.
Dużo było kobiet wśród tych niewolników?
Mniej więcej tyle samo co mężczyzn, do pracy na plantacji nie potrzeba wyjątkowej siły. Kobiety odgrywały w tej historii ważną rolę. Na statkach nie były skuwane łańcuchami, żeby mężczyźni mogli uprawiać z nimi seks. Dzięki temu łatwiej było im przechwycić klucze do kajdan. Organizowały bunty, które kończyły się czasem przejęciem statku. Historia wprowadzania nowych smaków do kuchni związana jest z walką pokus, pragnień, sprzeczności. Pieprz zyskał popularność dzięki temu, że był łączony z cukrem. Podobno Neron lubił smarować chleb miodem wymieszanym z pieprzem.