http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Klątwa Terry'ego Gilliama

Mariola Wiktor
14.01.2010 , aktualizacja: 16.01.2010 12:29
A A A Drukuj
 Właśnie wszedł do kin najnowszy film Terry'ego Gilliama 'Parnassus', na planie którego zmarł Heath Ledger. Jego rolę 'dograło' w końcu trzech innych aktorów - Johnny Depp, Colin Farrell i Jude Law Fot. Gutek Film Właśnie wszedł do kin najnowszy film Terry'ego Gilliama 'Parnassus', na planie którego zmarł Heath Ledger. Jego rolę 'dograło' w końcu trzech innych aktorów - Johnny Depp, Colin Farrell i Jude Law
'Kiedy moja córka zadzwoniła, że Heath Ledger nie żyje, myślałem, że to makabryczny żart. Był nie tylko najlepszym, najzdolniejszym aktorem młodego pokolenia i moją prawą ręką na planie. Traktowałem go jak syna' - rozmowa z Terrym Gilliamem, reżyserem 'Parnassusa'
<b>Terry Gilliam</b> 
- ur. 22 listopada 1940 r. Amerykański reżyser i scenarzysta filmowy. Karierę zaczynał jako animator i rysownik komiksów. W 1968 r. wyemigrował do Anglii i został członkiem grupy Monty Pythona (robił animacje, potem także występował w skeczach). Wyreżyserował m.in. 'Brazil' (1981), '12 małp' (1995). Właśnie wszedł do kin jego najnowszy film 'Parnassus', na planie którego zmarł Heath Ledger. Jego rolę 'dograło' w końcu trzech innych aktorów - Johnny Depp, Colin Farrell i Jude Law
Fot. East News
Terry Gilliam - ur. 22 listopada 1940 r. Amerykański reżyser i scenarzysta filmowy. Karierę zaczynał jako animator i rysownik komiksów. W 1968 r. wyemigrował do Anglii i został członkiem grupy Monty Pythona (robił animacje, potem także występował w skeczach). Wyreżyserował m.in. 'Brazil' (1981), '12 małp' (1995). Właśnie wszedł do kin jego najnowszy film 'Parnassus', na planie którego zmarł Heath Ledger. Jego rolę 'dograło' w końcu trzech innych aktorów - Johnny Depp, Colin Farrell i Jude Law
ZOBACZ TAKŻE
Czy jest pan przesądny?

Cha, cha. Nie. Nigdy nie zdarzyło mi się zawrócić z drogi na widok czarnego kota albo przydeptywać scenariusza, który upadnie . To zwyczajne bujdy! Bardziej już skłaniam się do przekonania, że jeśli zrobię coś dobrze, włożę w to mnóstwo pracy i pomysłowości, to nic złego mnie nie spotka. Jeśli natomiast nie przyłożę się, o czymś zapomnę, to dopadnie mnie nieprzyjemna sytuacja.

Ma pan opinię największego pechowca wśród reżyserów. Mówi się nawet o klątwie Terry'ego Gilliama.

Ryzyko i pech są wpisane w zawód. Nie różnię się od innych reżyserów, którzy uprawiają wizualnie trudne w realizacji kino. Każdy ma na planie jakieś wypadki i przeszkody, ale o moich mówi się najgłośniej. Bo też sam ich nie ukrywam.

Lista nieszczęść, które pana spotykają, niejednego filmowca zmusiłaby do porzucenia reżyserowania. Powódź i choroba aktora na planie filmu 'Człowiek, który zabił Don Kiszota', pana paraliż podczas zdjęć do 'Brazil', wreszcie przy ostatnim filmie 'Imaginarium doktora Parnassusa' śmierć chorego na raka producenta Billa Vince'a, wypadek przed restauracją w Soho, kiedy to najechał na pana cofający samochód, a w końcu tragiczna śmierć Heatha Ledgera

Odejście 28-letniego Heatha to było jedno z najtragiczniejszych wydarzeń w całej mojej dotychczasowej pracy, ale zarazem to, co stało się w jej następstwie, a więc decyzja trzech wspaniałych aktorów i przyjaciół Ledgera, którzy natychmiast zgodzili się zagrać trzy jego różne wcielenia (ukończył tylko 45 proc. zdjęć do filmu) - to był moment magiczny. Wpadliśmy na pomysł, że skoro Tony grany przez Heatha trzykrotnie przechodzi przez czarodziejskie lustro, to za każdym razem może się zmieniać fizycznie i być grany przez trzech aktorów. Co więcej, Johnny Depp, Jude Law i Colin Farrell przeznaczyli swoje honoraria dla córeczki Heatha 2,5-rocznej Matildy. Dzięki temu udało się film dokończyć i producenci nie wycofali swoich pieniędzy. Taki gest bardzo rzadko zdarza się w Hollywood, więc nie mogę cały czas tylko narzekać, że prześladuje mnie pech.

Śmierć Ledgera budzi do dziś wątpliwości. Ma pan swoją teorię na ten temat?

Pisano, że popełnił samobójstwo, przyjmując śmiertelna dawkę środków nasennych i przeciwbólowych, ale ja w to nie wierzę. Owszem, zażywał tabletki na sen, bo w tym czasie źle sypiał, był przemęczony i zestresowany (rozstał się właśnie ze swoją partnerką Michelle Williams, matką Matildy), ale nic nie wskazywało na to, że ma myśli samobójcze. Byłem wtedy w Kanadzie. Zrobiliśmy kilkudniową przerwę w zdjęciach. Heath pojechał do Nowego Jorku i miał do nas dołączyć w Vancouver. Ostatniego dnia przed przeniesieniem planu do Kanady Heath wręcz kipiał energią i dobrym samopoczuciem, wszystkich podnosił na duchu. Wykonywał nawet sceny kaskaderskie. Sam, bez niczyjej pomocy, zeskakiwał z wagonów. Myślę więc, że to był po prostu wypadek. Prawdopodobnie zmęczony szybko zasnął w swoim hotelowym pokoju, po czym obudził się w środku nocy i nie do końca świadomy tego, co robi, wziął większą niż zwykle dawkę tabletek. Kiedy zadzwoniła do mnie Amy, moja córka, która po śmierci Vince'a zajęła się produkcją, z wiadomością, że Heath nie żyje, myślałem, że to makabryczny żart. Skojarzyłem, że pewnie stoi za tym czarny PR filmu 'Mroczny rycerz', w którym Heath zagrał Jokera. Ot, niesmaczny chwyt marketingowy. Nie mogłem uwierzyć, że to prawda. Heath był nie tylko najlepszym, najzdolniejszym aktorem młodego pokolenia i moją prawą ręką na planie. Traktowałem go jak syna.

Podobno chciał się pan poddać. Nie miał pan siły, aby ukończyć film?

Kompletnie się załamałem. Nie miałem pomysłu, jak to kontynuować. W dodatku sponsorzy zagrozili, że się wycofają. Dopiero Amy oraz Nicola Pecorini, moja operatorka, przekonały mnie, że właśnie dla Heatha trzeba film dokończyć. Po prostu jesteśmy mu to winni. Poczułem, że mam za sobą całą ekipę, która dla Heatha zrobi wszystko. Dzięki nim odzyskałem energię. Ktoś zaproponował kilka scen, których nie było w początkowym zamyśle. Na przykład pijaka Martina zagrało dwóch aktorów. To dało początek pomysłowi, aby w bohatera Heatha wcieliło się trzech aktorów. Mimo przearanżowania kilku scen nie zmieniliśmy niczego w scenariuszu. Grający Parnassusa Christopher Plummer po śmierci Heatha chciał zrezygnować z kwestii, w której mówi, że historia, która pokazywana jest w jego teatrze, to opowieść o niespodziewanej śmierci. Przekonałem go, że gramy tak, jakby Heath wciąż żył. Udało nam się zrealizować o wiele lepszy, głębszy i bardziej poruszający film.

Czy to prawda, że Legder i Tom Waits sami poprosili o angaż do 'Imaginarium doktora Parnassusa'?

Tak, ale właściwie stało się to przypadkiem. Heath, który kręcił wtedy w Anglii 'Mrocznego rycerza', przyprowadził do mnie przyjaciela, z którym miał kręcić animowany teledysk. Szukali odpowiedniego miejsca i zaproponowałem im sale w naszej firmie. Któregoś dnia obejrzał moje storyboardy do filmu i przysłał mi liścik z pytaniem, czy mógłby zagrać Tony'ego, bo 'Imaginarium doktora Parnassusa' to jest film, który chciałby zobaczyć. Z Tomem Waitsem, który zagrał diabła, było podobnie. Jeden z holenderskich twórców animacji poprosił mnie o kontakt do Toma, bo chciał mu przysłać swój scenariusz. Tom odmówił, ale nie omieszkał zapytać, czy nie mam dla niego jakiejś propozycji filmowej. Kiedy powiedziałem, że owszem, to zgodził się w ciemno. Nie przeczytał nawet scenariusza.

Parnassus to Terry Gilliam?

To jest chyba mój najbardziej autobiograficzny film. Opowiada o tym, jak artysta, człowiek twórczy, stara się zainspirować ludzi do tego, aby otworzyli się na świat wyobraźni, zapomnieli o internecie, telefonach komórkowych, grach komputerowych i zobaczyli magię oraz piękno, którego dotąd nie dostrzegali w codzienności. Niestety, efekt tych zabiegów nie jest imponujący. To trochę jak zajęcia Syzyfa. Większość ludzi nie jest zainteresowana tym, co kryje się za magicznym lustrem doktora Parnassusa. Ja tymczasem tak jak mój bohater chciałbym, aby moje kino przyciągało coraz więcej widzów, aby otwierało im oczy, by ich zaskakiwało, bawiło i wciągało. Niestety, w jakimś sensie każdy mój film jest porażką, za którą biorę odpowiedzialność. I każdy następny robię po to, by zdobyć pieniądze na kolejny i w nadziei, że wreszcie osiągnę swój cel.

Co daje panu siłę, by stawiać czoło kolejnym wyzwaniom?

Wiem, że to brzmi jak paradoks, ale gdybym nie miał pod górkę, toby mi się nie chciało. Widocznie jestem takim typem człowieka, którego wyzwania inspirują i nakręcają, który ciągle musi czuć bat nad sobą. Działanie pod presją budżetu, braku czasu, katastrof na planie, chorób, a nawet śmierci sprawia, że umysł pracuje na maksymalnych obrotach, człowiek staje się bardziej kreatywny i pomysłowy. Nikt nie traci czasu na głupoty. Poza tym ma się wtedy ten luksus, że w razie porażki można liczyć na zrozumienie i okoliczności łagodzące. Tymczasem w sytuacji, gdybym miał do dyspozycji duży budżet, a produkcja przebiegałaby sprawnie, tobym już nie miał żadnych wymówek (śmiech).

A przekora? Duch anarchizmu? W końcu jest pan jedną z legend grupy Monty Pythona.

To dawno zamknięty rozdział. Jednak wywarł on na moje myślenie i postrzeganie rzeczywistości ogromny wpływ. Nawet w 'Imaginarium doktora Parnassusa' nietrudno dostrzec aluzje do estetyki i obrazowania rodem z 'Latającego Cyrku Monty Pythona'. Na przykład wielka, monstrualna głowa-spadochron złożona z twarzy policjantów, która niespodziewanie pojawia się na niebie. Dziś podobne oddziaływanie swoim absurdalnym humorem, awangardowością, wyrazistością postaci, zjadliwą krytyką współczesności maja według mnie 'Mała Brytania' w Anglii i ]South Park' w Ameryce. Jeśli dziś pyta pani o mój anarchizm, to tkwi on w niezgodzie na świat, w którym żyjemy. W filmach nie tyle uciekam od realności w fantazje, ile próbuję stwarzać własny świat, który ma zawsze drugie dno. 'Las Vegas Parano' to nie tylko opisy narkotycznych wizji dwóch znudzonych facetów, ale też krytyka amerykańskiego konsumpcjonizmu, 'Nieustraszeni bracia Grimm' to nie wyłącznie przygody kolekcjonerów ludowych baśni, ale i nieufność wobec nowoczesnych technologii i racjonalistycznego myślenia. Sęk w tym, że ja nie oddzielam rzeczywistości od wyobraźni, bo obie te sfery są ze sobą nierozerwalnie związane. Nie chcę i nie muszę przyjmować tego, co proponuje mi się w mediach, telewizji i internecie. Nie toleruję tego, co inni chcą mi narzucić, obcej wizji świata - w tym jestem anarchistą.

Zrealizował pan w Hollywood trzy filmy. Krytykuje pan tamtejszą biurokrację, ale jednocześnie nie rezygnuje z pracy za oceanem.

Nie podoba mi się, że w Hollywood rządzą banki, jak np. Goldman Sachs, a nie szefowie wytwórni. Efektem tego jest rozbudowana biurokracja i strach przed podejmowaniem odważnych artystycznie decyzji. Mam wrażenie, że ludzie w studiach w ogóle nie mają żadnych wizji czy polityki kina. Martwią się jedynie o zachowanie własnych stołków. Ja to otwarcie krytykuję, ale z drugiej strony mimo wszystko w Ameryce łatwiej o pozyskanie większych budżetów niż w Europie, choć na Starym Kontynencie ludzie mniej się boją ryzyka. Trzeba nauczyć się manipulować hollywoodzką biurokracją, tak by nie tylko otrzymać kasę, ale także zapewnić sobie względną niezależność. Mnie się to udawało, chociaż zawsze miałem problemy z przekroczeniem budżetu. Pewnie dlatego i być może z powodu mojej reputacji reżysera pechowca nie powierzono mi żadnego z filmów o Harrym Potterze, mimo że Jane K. Rowling bardzo nalegała. Może to i dobrze, bo producenci stawiający na komercyjny sukces i wtrącający się do realizacji pewnie by mnie wykończyli, dostałbym zawału serca i znów głośno byłoby o klątwie Gilliama!

Podziel się