http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Stała Enzensbergera

Aleksandra Kozłowska
12.11.2009 , aktualizacja: 05.11.2009 15:57
A A A Drukuj
Tadeusz Dąbrowski
- ur. 1979, poeta, eseista, krytyk, redaktor dwumiesięcznika literackiego 'Topos'. Publikował m.in. w: 'Tygodniku Powszechnym', 'Polityce', 'Rzeczpospolitej', 'Dzienniku', 'Gazecie Wyborczej', 'Twórczości', 'Odrze', 'Zeszytach Literackich', 'Res Publice Nowej', 'Kresach' oraz w prasie zagranicznej: 'Boston Review', 'Poetry Review', 'Poetry Ireland', 'Other Poetry', 'Akzente', 'Sprache im technischen Zeitalter', 'EDIT', 'manuskripte', 'Karogs' i innych. 
Nominowany do telewizyjnej Nagrody 'Pegaza' za rok 2001. 
Od Tadeusza Różewicza otrzymał Nagrodę Fundacji Kultury Polskiej (2006). Tłumaczony na angielski, niemiecki, szwedzki, norweski, rosyjski, ukraiński, bułgarski, łotewski, słoweński i czeski. 
Autor książek poetyckich: 'Wypieki' (1999), 'e-mail' (2000), 'mazurek' (2002), 'Te Deum' (2005, 2008) oraz 'Czarny kwadrat', za który dostał właśnie Nagrodę Kościelskich. 
Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta Tadeusz Dąbrowski - ur. 1979, poeta, eseista, krytyk, redaktor dwumiesięcznika literackiego 'Topos'. Publikował m.in. w: 'Tygodniku Powszechnym', 'Polityce', 'Rzeczpospolitej', 'Dzienniku', 'Gazecie Wyborczej', 'Twórczości', 'Odrze', 'Zeszytach Literackich', 'Res Publice Nowej', 'Kresach' oraz w prasie zagranicznej: 'Boston Review', 'Poetry Review', 'Poetry Ireland', 'Other Poetry', 'Akzente', 'Sprache im technischen Zeitalter', 'EDIT', 'manuskripte', 'Karogs' i innych. Nominowany do telewizyjnej Nagrody 'Pegaza' za rok 2001. Od Tadeusza Różewicza otrzymał Nagrodę Fundacji Kultury Polskiej (2006). Tłumaczony na angielski, niemiecki, szwedzki, norweski, rosyjski, ukraiński, bułgarski, łotewski, słoweński i czeski. Autor książek poetyckich: 'Wypieki' (1999), 'e-mail' (2000), 'mazurek' (2002), 'Te Deum' (2005, 2008) oraz 'Czarny kwadrat', za który dostał właśnie Nagrodę Kościelskich.
'Poeci boją się czytelników i z lęku przed odrzuceniem piszą dla swoich kolegów poetów i krytyków literackich. Przestali wierzyć, że zwykły czytelnik w ogóle istnieje. Szerzy się więc w poezji niezrozumialstwo i hermetyzm' - rozmowa z poetą Tadeuszem Dąbrowskim
Trzy lata temu Tadeusz Różewicz, odbierając Złote Berło, nagrodę Fundacji Kultury Polskiej, wskazał pana jako poetę, który powinien nosić Małe Berło. Czy po takim wyróżnieniu Nagroda Kościelskich robi na panu wrażenie?

Oczywiście. Choć po tym, gdy wyróżnił mnie Tadeusz Różewicz, uznałem, że moje oczekiwania dotyczące wyróżnień są wyczerpane, że chcę po prostu pisać, niezależnie od entuzjazmu bądź rozgoryczenia krytyki. Kościelscy to nagroda niezideologizowana, członkowie kapituły rzeczywiście czytają literaturę, nie zważając na doraźne mody. W jury poza literaturoznawcami z kraju zasiadają intelektualiści mieszkający poza Polską, wolni od tego, co w środowisku najgorsze - personalnych sympatii i antypatii, stolikowych intryg. Dlatego miło mi, że znalazłem się w gronie laureatów.

W związku z Nagrodą Kościelskich pojawia się pan w telewizji, radiu, wysokonakładowej prasie. Ludzie rozpoznają pana na ulicy?

Zdarza się (śmiech). W drodze do Wilna dwie starsze panie siedzące przede mną odwróciły się i jedna z nich zauważyła: 'O, poeta z nami leci'. W Warszawie zaczepił mnie jakiś student: 'To pan? Bo nie byłem pewny'. Chciał, żebym mu się podpisał na bilecie. Jakiś czas temu na moim dawnym osiedlu zaczepił mnie sąsiad, który lubi sportowy ubiór, szybkie kobiety i samochody: 'Witam poetę! Mój brat w wolnych chwilach też wiersze pisze, muszę was skontaktować'. Nie śmiałem odmówić.

Autografy na ulicy to jedno, a znajomość tekstów to drugie. Wyniki sondaży są bezlitosne - czytelnictwo w Polsce spada, w zeszłym roku większość Polaków nie przeczytała ani jednej książki. W takiej sytuacji wiersze to produkt pewnie równie niszowy jak tytanowe guziki do kombinezonów kosmonautów.

Decydując się na pisanie wierszy, miałem świadomość, że jest to coś elitarnego. Poezja wymaga specyficznego odbiorcy: wrażliwego, podejrzliwego wobec świata i samego siebie, a zarazem skłonnego do empatii. Tych cech przeważnie nie posiada czytacz tabloidów czy fan plotkarskich portali. Poezja zawsze była i będzie niszowa. Sto, dwieście lat temu liczba jej odbiorców była podobna.

Skąd to przekonanie?

Adam Mickiewicz, żeby wydać swoje 'Ballady i romanse', musiał zebrać podpisy 150 subskrybentów, tego zażądał wydawca, chciał być pewny, że na tym interesie nie straci. Natomiast pierwszy tom jego 'Poezji' ukazał się w Wilnie w nakładzie 500 egzemplarzy. Ilekroć słyszę o nikłym zainteresowaniu poezją, przypomina mi się znana anegdota o Hansie Magnusie Enzensbergerze. Otóż ten wybitny niemiecki poeta stwierdził, że w każdym kraju, niezależnie od jego wielkości, liczba osób zainteresowanych poezją jest taka sama i wynosi 1354. Tak zrodziła się kategoria zwana stałą Enzensbergera.

Ciekawe. Zgadza się pan z tym?

To celny żart. Coś się jednak radykalnie zmieniło w podejściu do samej poezji i w sposobie traktowania poety, który przestał być medium, genialnym szaleńcem, Prometeuszem czy przewodnikiem. W drugiej połowie XX wieku - niektórzy powiedzą, że wcześniej - wygasł romantyczny mit poety.

Nie ma już wieszczów?

Nikt ich nie potrzebuje. Poeta stał się kimś śmiesznym, groteskowym. Najedzone, wyzbyte przekonań społeczeństwo traktuje go z wyższością, widzi w nim kuglarza, błazna. Do pewnego momentu wydawało mi się, że winę za taki stan rzeczy ponosi znienawidzona przez intelektualistów popkultura. Teraz wiem, że współodpowiedzialność za marginalizację poezji ponoszą sami poeci.

Bo są za mało spektakularni, za mało skandaliczni? Bo nie piszą o nich ilustrowane pisemka?

Ponieważ boją się czytelników, bo z lęku przed odrzuceniem piszą dla swoich kolegów poetów i krytyków literackich. Albo przestali wierzyć, że zwykły czytelnik w ogóle istnieje. Szerzy się więc w poezji niezrozumialstwo i hermetyzm, które nie mają nic wspólnego z hermetyzmem Norwida czy z 'niezrozumialstwem' Białoszewskiego. Młodoliteracki hermetyzm bywa próbą zamaskowania tego, że nie ma się nic do powiedzenia. Odpowiedzialność za niezrozumienie zrzuca się na odbiorcę, bo skoro nie rozumie, znaczy - nie dość żwawy intelektualnie. A przecież wiersz jest komunikatem, musi dawać czytelnikowi szansę. Co nie znaczy, że ma się do niego mizdrzyć i schlebiać jego gustom.

Jak powstaje wiersz?

Zaczyna się od przeczucia tajemnicy, którą próbuję obudowywać słowami. I albo obuduję ją tak, że ktoś, patrząc z zewnątrz, uwierzy, że w środku coś jest, albo nie. Można też obudowywać tajemnicę od środka, odgradzać się od niej, wypchnąć ją z wiersza, zmusić czytelnika, żeby pobiegł jej szukać. Tak czy inaczej, wiersz powstaje na końcu języka, gdy jak dziecko chcemy coś nazwać, uwięzić w znaczeniu, ale to coś wymyka się bulgotliwej artykulacji. Artykulacja dorosłych też nie jest doskonała. Poeta musi dbać o czystą wymowę. Dopiero wtedy jego tajemnica będzie wiarygodna. Będzie tajemnicą artykulacji.

Jak wyobraża pan sobie potencjalnego odbiorcę swoich wierszy?

Wydaje mi się, że jest to ktoś podobny do mnie. Pierwszym czytelnikiem moich wierszy jestem przecież ja sam, to ja muszę się we własnym wierszu odnaleźć, zanim pokażę go innym. Ale to podobieństwo nie musi oznaczać zbieżności charakterów, bo czytając własny wiersz, w jakimś sensie wychodzę z siebie, staję się kimś wobec siebie obcym. Mój czytelnik to ktoś, kto oczekuje od poezji, by była lekka, lecz nie łatwa, by - potrafiąc bawić się słowami - była czymś więcej niż grą, przestawieniem klocków, rebusem, popisem erudycji. Mówiłem to wiele razy przy różnych okazjach: wiersz powinien odsyłać ku czemuś, co jest poza nim samym, słowami wyprowadzać poza słowa.

Brzmi ambitnie.

Czy ja wiem? To tak, jakby stwierdzić, że tylko ambitny chirurg zaszywa swoich pacjentów. Dodam jeszcze, że od dobrego wiersza oczekuję, by obśmiewał własne roszczenia do orzekania, czym jest prawda i jaki jest świat. By podważał własną wiarygodność i dzięki temu właśnie budził zaufanie. Nie ma poezji bez ironii i autoironii. Mam na myśli rzecz jasna ironię tragiczną i romantyczną, nie zaś sproszkowanego bożka ironii, którego współcześni artyści tłuką obcasami i wsypują do swoich potraw, jak to pięknie napisał w swojej prózce Zbigniew Herbert.

Podziel się