Przyszedł pan do kina z Akademii Sztuk Pięknych, z malarstwa, z animacji, od Daniela Szczechury. Myślę, że to ma jakieś znaczenie dla zrozumienia 'Zera'. Bo w tym filmie forma decyduje o wszystkim. Obraz obijających się o siebie metalowych kulek w wahadełku Newtona, które widzimy na początku, w gabinecie biznesmena, zapowiada w skrócie cały film. Potem widzimy, jak jeden człowiek spotyka drugiego, rozstają się, idziemy za drugim do trzeciego i tak aż do końca, kiedy pętla się zamyka.
Ta forma jest treścią. Bez takiej formy nie byłoby tego filmu.
Akcja zbudowana jest z matematyczną precyzją. Pozornie przerywane wątki krzyżują się, gubią i spotykają, w końcu okazują się ze sobą splecione, choć ich główni protagoniści nie znają się, nic o sobie nie wiedzą. Zarzucano panu, że ściągnął pan tę formę od I?árritu, od Altmana z filmu 'Na skróty'...
...czy od Andersona z 'Magnolii', której akurat nie widziałem. Równie dobrze mógłbym powiedzieć, że widziałem parę filmów, w których jest tylko jeden wątek i w których występują ludzie. Wszystko już było. Każdy szuka najlepszej formy ekspresji dla siebie. Ale to nie jest tak, że zachłystuję się tym, co widziałem w filmach zagranicznych. Zresztą w odróżnieniu od Altmana u mnie nie ma akcji symultanicznej - przeciwnie, w 'Zerze' konstrukcja jest linearna, idziemy cały czas do przodu. Jest w tym pewna reguła, której widz może nie odkryć przy pierwszym oglądaniu. Dużo jest w tym filmie szczegółów, które odkrywa się dopiero za drugim, trzecim razem. Te szczegóły są ważne. Ktoś mnie zapytał: 'Chciał pan wkurwić widzów?'. Nie o to chodzi. Niektórzy będą rozczarowani faktem, że wątki się zaczynają i nie kończą od razu. Tymczasem wszystko, co ważne w tym filmie, dzieje się poza kadrem.
A my oglądamy spoiwa, mijanie się ludzi. Resztę możemy sobie dopowiedzieć.
Kiedy myślę o tych postaciach, pytam: czy w ogóle coś się stało?
Ale w każdym z epizodów dużo się stało. Jakiś człowiek ma szansę zostać uratowany, inni za to zginą. Od kogoś odeszła żona, ale może wróci. To wszystko zrobione jest wbrew temu, do czego przyzwyczaiło nas polskie kino. Opowieść o naszym życiu musi zatrącić o los, o dobro i zło, na ogół jest moralistyczna, często poczciwa. Tu inaczej - ludzie są częścią wzoru, którego nie znają, i tylko my, widzowie, go poznajemy. Ten wzór wydaje się bezduszny, bezosobowy. Ale czy taka właśnie nie jest Warszawa wieczorem w okolicy Złotych Tarasów - ludzie jadący schodami, ludzie na estakadach, ludzie w szklanych gablotach, jak na wyciągnięcie ręki, pozornie dostępni, a zarazem niedostępni jak ryby w akwarium. Udało się panu pokazać chłód cywilizacji.
Nie oceniam bohaterów. Podobało mi się zdanie Michaela Hanekego, reżysera, którego ogromnie cenię: 'Ja tylko pokazuję rzeczy'. Imponuje mi takie podejście. Nie udawać demiurga, nie pouczać, jak żyć. Owszem, z filmu może wyniknąć pytanie, które komuś się przyda. Wierzę w inteligencję widzów, chociaż są zdemolowani przez popkulturową papkę, która nas otacza.
Kino przegrywa, gdy chce widza oszukać. Myślę o arcydziełach Kubricka. Każdy z jego filmów był próbą zmierzenia się z jakimś gatunkiem filmowym, ale oglądając te filmy, w ogóle nie pytamy o gatunek. A równocześnie te filmy były kasowe, choć oczywiście działo się to w innych czasach, w latach 60. i 70., kiedy w Ameryce doszła do głosu nowa generacja reżyserów i widzów. Zdarzyła mi się przed premierą inna dobra wróżba - amerykańskie portale internetowe wygrzebały w YouTube (nie rozumiejąc języka) polski zwiastun tego filmu.
A w wypożyczalni na jakiej półce by pan postawił 'Zero'?
Miałem kłopot, kiedy dystrybutor zapytał mnie, co to właściwie jest. Stanęło na tym, że dramat.
Ten film jest grą.
Tak, to rodzaj gry z widzem. Mój następny projekt będzie grą w jeszcze większym stopniu. Film nie jest przecież tym, co zostało zarejestrowane na taśmie filmowej. Istnieje w relacji między widzem a ekranem. Tylko dzięki widzom film w ogóle istnieje. Każdy rodzaj przeżycia filmowego jest wynikiem rozgrywki z widzem, pewnego zakładu - czy będę cię w stanie na coś namówić, czy nie? I co z tego wyniknie? To jest najfajniejsze w kinie, że tworzę coś, wobec czego widz musi się określić. To nie jest tak jak z malarstwem, że można go nie zauważać - film z miejsca wciąga albo odrzuca, wymaga samookreślenia.
Debiutuje pan w wieku 36 lat i nie obawia się, że zginie ze swoim filmem wśród stert obrazów zapełniających półki supermarketu? Że zwraca się do widowni, która - jak jeden mój znajomy - przysięgła sobie, że 'nie będzie chodzić na filmy polskie'?
Mówi się, że u nas kino środka nie istnieje. Nie zgadzam się. Są kapitalne filmy, które niedawno w Gdyni dostały nagrody. Te filmy biją się o rzeczy istotne, a z drugiej strony - jak się można spodziewać - będą miały widownię.
Ale jest to widownia złożona z jednostek.
Mam poczucie, że żyjemy w społeczeństwie zindywidualizowanym i zatomizowanym. Zastanawiam się czasem, jaką krzywdę zrobił ludziom zwykły telefon komórkowy. Dawniej relacje wyglądały inaczej, trzeba się było spotykać. Żyjemy nie tyle w globalnej wiosce, ile w globalnym mieście. Kontakty stają się naskórkowe. Człowiek stoi na ulicy i rozmawia z kimś na drugim końcu świata. Czy to obraz komitywy, czy samotności? Tak naprawdę z nikim i z niczym się nie kontaktujemy. Czy nie o tym jest ten film? Pisząc scenariusz, określałem moich bezimiennych bohaterów pierwszym wrażeniem: 'barczysty biznesmen', 'niechlujny tłuścioch', tak jak się ocenia mijanych ludzi na ulicy czy w kawiarni. Ktoś kogoś przepuszcza w kolejce do kasy w supermarkecie, ten mówi: 'Proszę', tamten: 'Dziękuję'. To już jest jakiś kontakt. Gdyby wiedzieli o sobie więcej, czy to by coś zmieniło? Akcja potoczyłaby się inaczej? W każdym razie w tym filmie my, widzowie, wiemy więcej niż oni. Myślałem, do jakiego stopnia posunąć się w kinie, żeby... nie opowiadać. Bo przecież tych historii poza kadrem, które są nanizane w tym filmie, mogła być niezliczona liczba. Tu mamy tylko drobny fragment.
Taki epizod - pani ordynator szykuje się na przyjście chłopaka od seksualnej usługi.
Niemłoda kobieta, czekając, parzy herbatę, pedantycznie układa łyżeczki i w szczególny sposób im się przygląda. Lubię takie rzeczy w kinie. Niby nic, a mówią coś o człowieku. Jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem - 'To nie jest kraj dla starych ludzi' braci Coenów. Przy pozorach lekkiej formy mówi o strasznych rzeczach i jest właściwie rodzajem moralitetu. Można go streścić jednym zdaniem: facet znajduje walizkę pieniędzy i jest ścigany przez psychopatycznego mordercę. Kolejne warstwy znaczeń docierają poprzez detale. Oglądałem ten film z osiem razy - za każdym razem nowe doświadczenie.
Ma pan poczucie, że kinu polskiemu potrzebna jest nowa opowieść, niezanurzona w tradycji? Dostosowana do tej nowej, chłodnej cywilizacji?
To tak jak z malarstwem - raz na ileś lat krytycy ogłaszają, że malarstwo się skończyło. A to nieprawda. Nie chodzi o to, czy będziemy tworzyć formy geometryczne, czy figuratywne i czy będziemy malowali akrylem, czy szambem, ale o to, żeby to było osadzone w konkretnym czasie i doświadczeniu pokolenia.
30 lat temu zrobiono by z pana bojownika 'moralnego niepokoju'. Krytyka rzeczywistości w kinie ma jeszcze rację bytu?
Pozostaje forma obserwacji, która prowadzi do pewnych pytań. Chodzi o proste sprawy, które mogą stać się ważne w indywidualnym przeżyciu. I wcale nie musi być tak, że ludzie w kinie będą się razem śmiać albo płakać. To ma być indywidualne przejście przez pewną sytuację. Wielu z nas przecież czuje...
Co?
Że się w ogóle nie znamy. Że nie wiemy nic na swój temat. Nie chcemy wiedzieć. Tyle mi wystarczy - mówimy sobie i stawiamy barierę. Czytamy w internecie czy w gazecie plotki o celebrytach i stamtąd czerpiemy wiedzę o świecie. Ale przy tym wszystkim, będąc tymi atomami czy monadami, jesteśmy bardzo blisko siebie.