Dlaczego pisze pan o nudzie?
Powieść 'Mauricio, czyli o wyborach' miała być o iluzji zmian, co rzeczywiście oznacza nudę. To historia o początku lat 80. w Hiszpanii, kiedy mój kraj zaczął się zmieniać, ale nie była to zmiana spektakularna. Zaczynała się rodzić demokracja, dziesięć lat po śmierci generała Franco wybory w Katalonii wygrał Jordi Pujol, antyfrankista, przez długie lata szef katalońskiego rządu. Jednak to wciąż nie było nic spektakularnie nowego, bo ideologiczną walkę z dyktaturą prowadziły już dwa pokolenia. Miałem wrażenie, że Hiszpania była wtedy pełna ludzi takich jak bohater mojej książki Mauricio. Mężczyzna bez właściwości, który chce się zmieniać. Dobry człowiek, profesjonalista. Lubi swoją pracę dentysty, ale chciałby, żeby jego działanie znaczyło coś więcej, dlatego miesza się w politykę. Trochę się z nim identyfikuję. Skończyłem studia prawnicze, ale nie chciałem być prawnikiem. Studiowało się dlatego, że taka była tradycja rodzinna albo chciało się dostać do świata uniwersyteckiego. Tak jak on przybyłem do Barcelony w 1983 roku, po wielu latach spędzonych w Nowym Jorku.
Naprawdę było wtedy nudno w Barcelonie?
Wiedzieliśmy, że tworzymy nową rzeczywistość, było dużo planowania, jednak nigdy nie czułem takiej nudy w powietrzu jak wtedy. Dla mnie nie Pujol, ale Juan Antonio Samaranch, szef komitetu olimpijskiego, był człowiekiem, który wniósł nowe życie do Barcelony. Kiedy dowiedzieliśmy się, że w roku 1992 odbędzie się u nas olimpiada, nagle jakby spełnił się wielki sen. Chodziło nie tylko o sport, zmieniła się codzienność. Przedtem mieliśmy przeciętne miasto. Teraz Barcelona zaczęła się zmieniać w miasto-bohatera. Nowoczesne, ciekawe architektonicznie, otwarte dla artystów, pełne ludzi, którzy cieszą się życiem. Przedtem w dużo większym stopniu czułem się u siebie w Londynie, Nowym Jorku, na Manhattanie. Dopiero od olimpiady Barcelona, w której się urodziłem, zaczęła mnie naprawdę fascynować.
Podoba się panu 'Vicky Cristina Barcelona'?
Filmu nie widziałem, ale tytuł jest moim zdaniem idiotyczny. Gdyby Woody Allen dostał pieniądze na ten film od miasta Londyn, pewnie zrobiłby 'Vicky Cristina Londyn'.
Nie uważa pan, że Allen - mimo narzekań krytyki, że nie pisze już historii o inteligentach na Manhattanie - jest coraz lepszy jako autor?
Wciąż pisze, więc w naturalny sposób się rozwija. Cenię go, bo jest inteligentnym prześmiewcą nawet w swoich najpoważniejszych scenariuszach. To ginąca umiejętność wśród pisarzy. Humor w literaturze ginie. Gdzie są Cervantes, Voltaire, Diderot? XIX wiek dodał powieściom dramatyzmu, potem śmiech wrócił, teraz znów jest słabo.
Pana ostatnia powieść 'Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa' jest śmieszna jak Monty Python.
Jestem fanem Monty Pythona. 'Żywot Briana' był dla mnie wzorem. Poza tym 'Asterix' oraz 'Zakochany Szekspir'. Stoppard w swoim scenariuszu doskonale wykorzystał Szekspira do budowania anegdot. Taki dowcip uważam za interesujący, pomieszanie erudycji z humorem. Myślę też, że niemożliwe jest pisanie naprawdę zabawnych powieści, jeśli nie pisze się również serio. Dopiero dowcip opowiadany przez człowieka serio jest naprawdę zabawny. 'Niezwykłą podróż...' potraktowałem jako przerwę między bardziej ambitnymi książkami, takimi, o których na początku pracy myślę, że mają być najlepsze ze wszystkiego, co napisałem. Ta jest do czytania w pociągu, dobra na trasę AVE między Barceloną i Madrytem. Buduję w niej humor na ironii, parodiując powieści historyczne, polityczne, hagiografie.