Leszek Czajka
- jeden z najbardziej cenionych stylistów fryzur w Polsce.
Jest pierwszym Polakiem ambasadorem firmy L'Oréal Professionnel. Popularność przyniosły mu metamorfozy, którym poddawał uczestników telewizyjnego programu 'Idol'.
W tym roku prestiżowe pismo 'Estetica Design' uznało jego warszawski salon
za jeden z dziesięciu najlepszych na świecie.
Pani kochana, niech pani zmyje tę tonę pudru z twarzy! Nie chcę, by cała moja praca poszła na marne
ZOBACZ TAKŻE
- Odważna i romantyczna (12-03-07, 11:00)
- Fryzjer z dostawą do domu (09-01-07, 15:00)
Ze stylistą fryzur Leszkiem Czajką rozmawia Zuzanna Kisielewska
Grałeś w góralskiej kapeli?
Nie, ale pochodzę z muzykalnej rodziny. Moja mama tańczyła i śpiewała w zespole góralskim, a mój wujek uczył muzyki. Mnie, niestety, słoń nadepnął na ucho. Uwielbiałem za to chodzić po górach. Być może to banalne, ale górskie szczyty zawsze były dla mnie czymś monumentalnym, nieosiągalnym i dumnym. Do dziś uwielbiam wracać do miejsc, które kojarzą mi się z dzieciństwem, jak Pieniny, Krościenko, Szczawnica i Tylmanowa.
Jak wspominasz dzieciństwo?
Kiedy urodziła się moja młodsza siostra Danusia, mama nie mogła sobie z naszą dwójką poradzić. A że babcia mieszkała od nas niedaleko, po drugiej stronie Dunajca, to zabrała mnie do siebie. Byłem rozpieszczany na wszystkie sposoby. To był piękny dom, taki stary, drewniany, z przepięknym przeszklonym gankiem, wiecznie w splotach dzikiego wina, róż i pelargonii. Dziadkowie zaszczepili we mnie miłość do kwiatów, a zwłaszcza do róż. W ogrodzie rosły wiśnie, czereśnie, śliwy, jabłonie, gruszki, brzoskwinie, porzeczki, agrest. Nie było chyba tylko owoców tropikalnych. Dziadek hodował pszczoły. Codziennie przynosił mi na talerzyku świeżo odwirowany miód, który musiałem wylizać do ostatniej kropli, bo przecież dziecko z gór musiało być zdrowe. Zapamiętałem też taki stary kufer góralski, na którym leżał gruby koc. To było miejsce moich popołudniowych sjest.
Kim była pierwsza osoba, której obciąłeś włosy?
Miałem prababcię, która mnie bardzo kochała. Ja ją również. Kiedy przychodziła do niej przyjaciółka, tak zwana kumoszka, i zaczynały plotkować, czułem się zazdrosny i zapomniany. Ileż pracy wkładałem, żeby zwrócić na siebie uwagę! Ta przyjaciółka prababci, jak to starsze góralki mają w zwyczaju, siedziała w chustce na głowie. Z chustki zrobiłem nożyczkami frędzle, a na koniec uciąłem jej warkocz przy samej szyi. Jak przyszła do domu i zdjęła chustkę - włosy rozsypały się i powstało bardzo modne strzyżenie typu 'bob'. Należało mi się za to porządne lanie.
Na poważnie pierwszą 'klientką' była moja koleżanka ze szkoły średniej w Zakopanem. Mieszkała w internacie, wybierała się na imprezę i marzyła o nowej fryzurze. Pamiętam, że siedziała na korytarzu i płakała, a ja zawzięcie pracowałem. Ona była przerażona, ja - przeszczęśliwy. W efekcie była bardzo zadowolona.
A kiedy poważnie zacząłeś myśleć o fryzjerstwie?
Dosyć późno, miałem wtedy 21 lat. Wcześniej, zaraz po szkole, moim marzeniem był wyjazd do Ameryki. Wiadomo, co drugi góral z Podhala mieszka za wielką wodą. Ja też chciałem. Ale musiałem uregulować sprawy ze służbą wojskową. Odbębniłem pełne dwa lata. To było wbrew moim zasadom, mojej logice, mojemu wychowaniu.
No to jak sobie tam poradziłeś?
I tu niespodzianka. Świetnie. Te dwa lata sporo mnie nauczyły. Teraz uważam, że było mi to potrzebne i że to jest potrzebne każdemu kolesiowi. A zwłaszcza takim, którzy nie radzą sobie z sensem własnego życia. To był Arłamów, wyjątkowe miejsce. Za źle odłożony widelec można było iść siedzieć do kompanii karnej do Orzysza. Wtedy byłem już po szkole hotelarskiej, więc nadzorowałem wszystkich kucharzy, kelnerów i całą obsługę ośrodka, która zajmowała się żywieniem. Pracowała tam najlepsza ekipa z całego kraju, ludzie z takich hoteli jak Forum w Krakowie czy Victoria w Warszawie.
Jak znosiłeś fryzurę na rekruta?
Nie zapomnę tego 'oskubania'. Zwykle nosiłem dłuższe włosy. To się podobało dziewczynom. Fryzura zrobiona maszynką przez wojskowego golibrodę była dla mnie traumatycznym przeżyciem.
Co po wojsku?
Myślałem o pracy w hotelu Kasprowym. Miejsce elitarne, praca świetnie płatna. Przyjęli mnie. Byłem młody, miałem uregulowany stosunek do służby wojskowej, skończyłem odpowiednią szkołę. Podczas jednej z rozmów kwalifikacyjnych usłyszałem: 'I na dodatek nie zajdzie pan w ciążę'! Słowem - idealny kandydat. Zobaczyłem wtedy, że niekoniecznie trzeba jechać do Stanów, żeby dobrze zarabiać.
Pewna pani przychodziła do mnie na barszczyk codziennie o dziewiątej rano. W menu barszczu nie było, ale ja jej go załatwiałem. Kosztował 5 zł, a ona za każdym razem płaciła 50. To było tak, jakbym dziś dostawał 500 zł za zupę.
Żyć nie umierać! To po co Ci było to fryzjerstwo?
Kiedy rezygnowałem z pracy w Kasprowym, ludzie mówili: 'Ale ty głupi jesteś!'. Być może. Ale gdybym został, dziś pewnie dalej byłbym kelnerem albo co najwyżej kierownikiem sali. Tam były pieniądze, we fryzjerstwie znalazłem pasję.
Grałeś w góralskiej kapeli?
Nie, ale pochodzę z muzykalnej rodziny. Moja mama tańczyła i śpiewała w zespole góralskim, a mój wujek uczył muzyki. Mnie, niestety, słoń nadepnął na ucho. Uwielbiałem za to chodzić po górach. Być może to banalne, ale górskie szczyty zawsze były dla mnie czymś monumentalnym, nieosiągalnym i dumnym. Do dziś uwielbiam wracać do miejsc, które kojarzą mi się z dzieciństwem, jak Pieniny, Krościenko, Szczawnica i Tylmanowa.
Jak wspominasz dzieciństwo?
Kiedy urodziła się moja młodsza siostra Danusia, mama nie mogła sobie z naszą dwójką poradzić. A że babcia mieszkała od nas niedaleko, po drugiej stronie Dunajca, to zabrała mnie do siebie. Byłem rozpieszczany na wszystkie sposoby. To był piękny dom, taki stary, drewniany, z przepięknym przeszklonym gankiem, wiecznie w splotach dzikiego wina, róż i pelargonii. Dziadkowie zaszczepili we mnie miłość do kwiatów, a zwłaszcza do róż. W ogrodzie rosły wiśnie, czereśnie, śliwy, jabłonie, gruszki, brzoskwinie, porzeczki, agrest. Nie było chyba tylko owoców tropikalnych. Dziadek hodował pszczoły. Codziennie przynosił mi na talerzyku świeżo odwirowany miód, który musiałem wylizać do ostatniej kropli, bo przecież dziecko z gór musiało być zdrowe. Zapamiętałem też taki stary kufer góralski, na którym leżał gruby koc. To było miejsce moich popołudniowych sjest.
Kim była pierwsza osoba, której obciąłeś włosy?
Miałem prababcię, która mnie bardzo kochała. Ja ją również. Kiedy przychodziła do niej przyjaciółka, tak zwana kumoszka, i zaczynały plotkować, czułem się zazdrosny i zapomniany. Ileż pracy wkładałem, żeby zwrócić na siebie uwagę! Ta przyjaciółka prababci, jak to starsze góralki mają w zwyczaju, siedziała w chustce na głowie. Z chustki zrobiłem nożyczkami frędzle, a na koniec uciąłem jej warkocz przy samej szyi. Jak przyszła do domu i zdjęła chustkę - włosy rozsypały się i powstało bardzo modne strzyżenie typu 'bob'. Należało mi się za to porządne lanie.
Na poważnie pierwszą 'klientką' była moja koleżanka ze szkoły średniej w Zakopanem. Mieszkała w internacie, wybierała się na imprezę i marzyła o nowej fryzurze. Pamiętam, że siedziała na korytarzu i płakała, a ja zawzięcie pracowałem. Ona była przerażona, ja - przeszczęśliwy. W efekcie była bardzo zadowolona.
A kiedy poważnie zacząłeś myśleć o fryzjerstwie?
Dosyć późno, miałem wtedy 21 lat. Wcześniej, zaraz po szkole, moim marzeniem był wyjazd do Ameryki. Wiadomo, co drugi góral z Podhala mieszka za wielką wodą. Ja też chciałem. Ale musiałem uregulować sprawy ze służbą wojskową. Odbębniłem pełne dwa lata. To było wbrew moim zasadom, mojej logice, mojemu wychowaniu.
No to jak sobie tam poradziłeś?
I tu niespodzianka. Świetnie. Te dwa lata sporo mnie nauczyły. Teraz uważam, że było mi to potrzebne i że to jest potrzebne każdemu kolesiowi. A zwłaszcza takim, którzy nie radzą sobie z sensem własnego życia. To był Arłamów, wyjątkowe miejsce. Za źle odłożony widelec można było iść siedzieć do kompanii karnej do Orzysza. Wtedy byłem już po szkole hotelarskiej, więc nadzorowałem wszystkich kucharzy, kelnerów i całą obsługę ośrodka, która zajmowała się żywieniem. Pracowała tam najlepsza ekipa z całego kraju, ludzie z takich hoteli jak Forum w Krakowie czy Victoria w Warszawie.
Jak znosiłeś fryzurę na rekruta?
Nie zapomnę tego 'oskubania'. Zwykle nosiłem dłuższe włosy. To się podobało dziewczynom. Fryzura zrobiona maszynką przez wojskowego golibrodę była dla mnie traumatycznym przeżyciem.
Co po wojsku?
Myślałem o pracy w hotelu Kasprowym. Miejsce elitarne, praca świetnie płatna. Przyjęli mnie. Byłem młody, miałem uregulowany stosunek do służby wojskowej, skończyłem odpowiednią szkołę. Podczas jednej z rozmów kwalifikacyjnych usłyszałem: 'I na dodatek nie zajdzie pan w ciążę'! Słowem - idealny kandydat. Zobaczyłem wtedy, że niekoniecznie trzeba jechać do Stanów, żeby dobrze zarabiać.
Pewna pani przychodziła do mnie na barszczyk codziennie o dziewiątej rano. W menu barszczu nie było, ale ja jej go załatwiałem. Kosztował 5 zł, a ona za każdym razem płaciła 50. To było tak, jakbym dziś dostawał 500 zł za zupę.
Żyć nie umierać! To po co Ci było to fryzjerstwo?
Kiedy rezygnowałem z pracy w Kasprowym, ludzie mówili: 'Ale ty głupi jesteś!'. Być może. Ale gdybym został, dziś pewnie dalej byłbym kelnerem albo co najwyżej kierownikiem sali. Tam były pieniądze, we fryzjerstwie znalazłem pasję.
Źródło: Wysokie Obcasy
1
2
następne »
-
Re: Nożycoręki
aneta.k-a
04.04.07, 18:26
www.fryzjerpolski.pl/info.asp?Id=1222&cat=104»
-
Re: Nożycoręki
neonia
04.04.07, 22:41
Kiedys stalam kolo Leszka w Poznaniu przy stanowisku L'oreal ProfessionalNie myslalam ze jest takiego niskiego wzrostu, ale o wielkim sercu.Milo jest patrzec na jego prace, kreuje fryzury »
-
Nożycoręki
martyna1811
05.04.07, 08:53
Pisze że lubi Tylmanową i ja go za to lubię bo to jest wspaniałe miejsce! Brawo!»
W numerze z 28 sierpnia
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień









