Wierzy pan, że świat zmierza w dobrym kierunku? Pewnie, że nie. Ale rzeczywistość uczy kompromisów, a ja już kilkadziesiąt lat nauki mam za sobą. Można najwyżej robić małe gesty niezgody, żeby drążyć skałę. Dziś na Zachodzie nie ma już polityków, którzy wychodzą na mównicę i jednym przemówieniem zmieniają ustrój w państwie. Przynajmniej dopóki sterów nie przejmą faszyści i nie rozstrzelają swoich wrogów. A tego wolałbym uniknąć, zwłaszcza w Stanach.
Mam wrażenie, że w amerykańskiej kulturze czuje się coraz więcej goryczy i zawodu demokracją. Dla mojej generacji jednym z najważniejszych doświadczeń było Watergate. Miałem wtedy niecałe sześć lat, wpojono mi już zasady funkcjonowania i wartości mojego kraju. Tymczasem w telewizji usłyszałem, że prezydent kradnie i kłamie. Duża część mojego świata runęła, zobaczyłem, że złodziej nie musi mieć pasiastego kombinezonu i włamywać się do sejfu łomem, że przestępstwa może dopuścić się głowa państwa. Dzisiaj znowu Ameryka traci niewinność. Panuje silne poczucie degrengolady polityki. Coraz mniej istotnych decyzji opiera się na sporach ideowych, ważniejsze stają się rozgrywki pod stołem, gry PR-owców i prześwietlanie nawzajem swoich romansów przez rywali. Ale przecież polityka jest taka jak społeczeństwo.
Co ma pan na myśli? Nicolas Sarkozy jako prezydent rozwodzi się, żeni, rodzą mu się
dzieci. Inni prezydenci Francji kochali i zdradzali jak normalni ludzie, ale byli dobrymi głowami państwa. A Ameryka do reszty utonęła w purytańskiej mentalności. Niestety, ciągle jest to kraj pełen hipokryzji, w którym dziwne poczucie moralności dominuje nad kulturą. W Hollywood jest podobnie. Może nie w tym, co dzieje się poza planem, ale w samych filmach. Kino głównego nurtu staje się coraz bardziej zachowawcze. I to mnie boli. Ale pan chyba nie chce mnie denerwować?
Pytam o politykę, bo jej właśnie dotyczą ''Idy marcowe'' George'a Clooneya, w których zagrał pan ważną rolę. Traktował pan udział w tym filmie jako deklarację? Pod wszystkim, co George zawarł w tym obrazie, mógłbym się podpisać. Podobało mi się, że na marginesie klasycznego dramatu władzy pojawiają się tu elementy thrillera i zagadka kryminalna. Poza tym chciałem pracować z George'em i Ryanem Goslingiem. Clooney okazał się bardzo bezpośredni jako reżyser. Dbał o dobrą, luźną atmosferę na planie, wiedział dokładnie, czego od nas oczekuje, kręcił szybko i skutecznie. Nie obcyndalał się, nie zmieniał zdania, nie nagrywał za dużo materiału. To także cenne.
Clooney pokazuje kampanię wyborczą dwóch kandydatów - bezlitosny wyścig, poszukiwanie haków na przeciwnika, zasady dalekie od fair play. Ale ostatecznie przegrani są wszyscy. Najbardziej ci, którzy w imię wartości chcą być nieugięci. I to mi się podoba. Dziś potrzeba odrobiny cynizmu i bezwzględności, żeby utorować drogę dla swoich ideałów. Nie ma całkiem prostych dróg. W mediach zbyt często pojawiają się kategorie wygrany/przegrany, dobry/zły, czysty/brudny. Kiedy na ekrany wchodzi nowy film, krytyka pisze ''gówno'' albo ''arcydzieło''. Czas skończyć z czarno-białym myśleniem.
Moralne szarości są bardziej interesujące dla aktora? Oczywiście. Bo mój bohater nie jest zimnym skurwielem, który wszystkich oszukuje. Od początku do końca przedstawia się jako zacięty zawodnik, który zna reguły gry i po trupach dąży do celu. Chce wygrać i zrobi wszystko, co go do tego doprowadzi. Ale czy to znaczy, że nie wierzy w idee głoszone przez jego kandydata?
Nie drażni pana, że znowu staje pan przed kamerą w roli drugoplanowej? Żartuje pan? Wcielenie się w Toma Duffy'ego było dla mnie wielkim wyzwaniem. Jako szef sztabu przeciwnika głównego bohatera pociągam za sznurki, mieszam, intryguję. Niemal cały czas czuje się oddech tej postaci w filmie. Ale to prawda - pojawiam się na ekranie wyłącznie w kilku scenach. Dlatego to muszą być na tyle intensywne wejścia, żeby widz uwierzył w charyzmę, inteligencję i makiawelizm tego człowieka. A ja przecież w tym się wyspecjalizowałem - szmat czasu występowałem wyłącznie w tle.
Czuje się pan facetem drugiego planu? Czuję się aktorem i jestem zadowolony, kiedy mogę pracować. Cieszę się, że byłem częścią takich projektów jak ''Szeregowiec Ryan'', ''Truman Show'', ''Bezdroża'', ''Iluzjonista''. A że mniej widoczny? Przecież nie zawsze można na ekranie ratować planetę Ziemię.
Pan jej nigdy nie ratował. Ale też nigdy nie miałem przerwy w wykonywaniu zawodu. Chwytałem się różnych propozycji, skakałem z kina do teatru,
radia i telewizji. Zatrudniali mnie jako lektora do reklam albo materiałów edukacyjnych dla dzieciaków. Czasem trochę się wygłupiałem, zwykle jednak zachowywałem powagę. Zgadzałem się na praktycznie każdą ofertę. Biegałem z planu na plan, zmieniając kostium w biegu. Aktor ma grać, odbierać czek i sunąć dalej. A jeszcze dostaje jedzenie z cateringu. Za darmo. W tej sytuacji nie wypada narzekać, więc nie miałem kompleksu, że jestem tłem dla głównych bohaterów. Z moją aparycją?
Bardziej się zdziwiłem, kiedy kilka lat temu zaczęły przychodzić propozycje zagrania głównych bohaterów. I podwójnie się z nich cieszyłem. Wie pan, dlaczego podwójnie? Bo po wcieleniu się w kilka wiodących postaci dostaję bardziej interesujące role drugoplanowe. Reżyserzy odkryli, że mogę wcielać się w bardzo różnych ludzi.