Co panu złego, na Boga, zrobił Kościół? No tak! Taki właśnie jest w Polsce stereotyp ateisty - antyklerykał, i to taki, któremu Kościół nastąpił na odcisk. To nie mój przypadek. Wychowałem się w małej miejscowości na Dolnym Śląsku, w katolickiej rodzinie, religia była dla mnie bardzo ważna. Nie miałem żadnego pozytywnego wzorca ateisty. Ale pod koniec podstawówki zacząłem swój prywatny rozrachunek z religią. Zauważyłem nietolerancję, z jaką spotykali się mieszkający w mojej wsi zielonoświątkowcy. To był też czas wybuchu różnych pasji: występowałem w grupie teatralnej, składałem
komputery, stworzyłem małe laboratorium chemiczne. I religia przestała mi być potrzebna. Tak po prostu. To, co robiłem, dawało mi poczucie realizacji.
W 2000 roku założył pan portal Racjonalista.pl. Skąd taki pomysł? Wszystko zaczęło się od listu miłosnego. Od związku z dziewczyną. Napisała, jak bardzo ważna jest dla niej religia. Wzbudziło to we mnie tak silny protest, że odpowiedziałem krytyką Kościoła katolickiego. Swoje rozważania umieściłem w internecie, ale nie spodziewałem się tak dużego odzewu! Okazało się, że ateiści w Polsce nie mają żadnej wspólnoty, są rozrzuceni po kraju jak rodzynki w cieście. Bardzo często nie żyją w zgodzie ze swoimi poglądami, żyją tak jak otaczający ich katolicy. Nasz portal stał się dla wielu jedynym miejscem, gdzie mogą się szczerze wypowiedzieć. Dla mnie to przede wszystkim rodzaj uniwersytetu otwartego, gdzie młodzi ludzie kształtują swój światopogląd. Uczą się tu dyskutowania, polemizowania, zdobywają argumenty, żeby potem bronić swoich racji życiowych. Mamy dzisiaj około 350 tys. stałych czytelników.
Jak by pan opisał swój światopogląd? Jestem racjonalistą. Najbliżej mi do wartości oświeceniowych: wolność, równość, braterstwo. W centrum mojego systemu wartości jest racjonalne poznawanie rzeczywistości, takiej jaka ona jest, bez upiększeń, bez odlotów, i humanistyczna etyka ukierunkowana na emancypację jednostki.
Dlaczego pisze pan pod pseudonimem? Na początku po prostu nie miałem odwagi wystąpić pod swoim nazwiskiem. Przez pierwsze lata faktycznie spotykałem się z atakami - grożono mi sprawami sądowymi, dostawałem telefony z pogróżkami. Nigdy nic konkretnego za tym nie poszło, ale trzeba pamiętać, że byłem niezależny, nie pracowałem na etacie. Wiele osób prosiło, żeby wykreślić je z naszej internetowej listy ateistów, bo obawiały się problemów w pracy.
Rzadko zdarzają się oficjalne wystąpienia z Kościoła. Zdaje się, że nie jest to takie łatwe. To kuriozalna sytuacja naruszająca wolność sumienia i wyznania - zapisują nas do Kościoła, kiedy nie możemy się temu sprzeciwić, a kiedy jesteśmy już świadomi swojego światopoglądu, zgadzają się nas wypuścić pod warunkiem odbycia upokarzającej i czasochłonnej pielgrzymki pod nazwą apostazja. Procedura formalnego wypisania się z Kościoła narusza podstawowe prawa człowieka. Pisaliśmy w tej sprawie do rzecznika praw obywatelskich, ale umył ręce. Urzędnicy często umywają ręce wobec problemów z Kościołem, zasłaniając się konkordatem, który sam w sobie jest zły, a praktyka jego stosowania poszła w kierunku uznania Kościoła za świętą krowę.
Chętnych na zajęcia z etyki w szkołach też jest niezwykle mało. Nawet rodzice, którzy sami nie chodzą do kościoła, posyłają swoje dzieci na religię w imię tego, żeby nie były społecznie wykluczone. Wielu ludzi po prostu nie próbuje walczyć. Przyjmują obecność religii jako twardą rzeczywistość, nie wierzą, że mogliby coś zdziałać. Tymczasem nasze interwencje w kuratorium na ogół są skuteczne; te najbardziej wulgarne naruszenia prawa da się zwalczyć. Bo przecież zapisane jest w prawie, że
Polska jest państwem neutralnym światopoglądowo. Problem leży nie w prawie, ale w obyczajowości i praktyce. Spotykam się nawet z przypadkami szantażu: ochrzcicie
dziecko albo macie się wyprowadzić. Ale polskie społeczeństwo się zmienia, wyraźnie to obserwuję. Coraz częściej zdarzają się coming outy, coraz więcej osób manifestuje swoje poglądy. Walczą o zajęcia z etyki, sprzeciwiają się obecności krzyża w miejscu swojej pracy.
Ale czy religia nie jest jednak -potrzebna w procesie wychowywania dziecka? Choćby dlatego, że przynosi pociechę - ukochana babcia tak naprawdę nie umarła, tylko poszła do nieba. Religia uczy myślenia życzeniowego. Już na samym początku życia, kiedy dziecko uczy się analizowania otaczającej je rzeczywistości, jest od tej rzeczywistości odrywane. Jak mówić dziecku o śmierci? Być może religia jest najłatwiejszym rozwiązaniem w poruszaniu niektórych trudnych spraw. Ale nie najlepszym. To ucieczka, która tak naprawdę generuje w głowie dziecka nowe problemy i nowe pytania. Widziałem już tyle pozytywnych przykładów wychowywania dzieci bez religii, że jestem pewien, że to jest możliwe. Religijne wychowanie tak naprawdę jest potrzebne tylko samemu Kościołowi, dlatego właśnie katolicyzm tak trwa.
A kwestia moralności? Religia uczy, że istnieje coś obiektywnie dobrego i obiektywnie złego. Nie pozostawia wątpliwości, daje prosty przekaz: kradzież jest zła, zatem - nie kradnij. Religia uczy wyrachowania: nie kradnij, bo zostaniesz ukarany - pójdziesz do piekła. To bardzo niemoralne podejście do moralności! Poza tym funduje dziecku szereg prob-lemów moralnych, z którymi nie musi borykać się dziecko wychowywane świecko.
Jakich? Na przykład większość nastolatków ma problemy w związku z potępieniem masturbacji. To często owocuje silnym stresem, nawet nerwicami. Nie mówiąc już o skutkach nauk o piekle, które są po prostu niebezpieczne dla zdrowia psychicznego co bardziej wrażliwych dzieci i nastolatków.
Reportaże, wywiady, portrety. Najciekawsze teksty roku Wysokich Obcasów">>