Styczeń 2011 roku, Kraków. Marcin Świetlicki w jednej z krakowskich kawiarni organizuje Gazetę Czytaną. Zaproszeni artyści mają po pięć minut, żeby zaprezentować coś publiczności. Ktoś czyta wiersz, inny pokazuje fotografię. Bracia Lesław i Wacław Janiccy, aktorzy teatru Cricot 2 Tadeusza Kantora, wchodzą na niewielką podświetloną scenę. Okazuje się, że z zawodu są
szlifierzami diamentów, a także specjalistami w rytowaniu znaków rodowych w kamieniu i prowadzą w Krakowie zakład jubilerski. Zaczyna Wacław, specjalista od wyceny kamieni szlachetnych. Ostrożnie pokazuje publiczności niewielki kamień. 'Proszę państwa - mówi -oto dwukaratowy
brylant, najwyższa klasa czystości. Wartość - siedem tysięcy dolarów w karacie'. Mówi, mówi i nagle ups!? Brylant wypada mu z ręki i toczy się pomiędzy widzów! Konsternacja, ludzie się pochylają, szukają, ale trudno w tym przyćmionym świetle coś zobaczyć. Wacław Janicki podchodzi do mikrofonu i mówi: 'Bardzo państwa przepraszamy. Prosimy uczciwego znalazcę o zwrot brylantu do naszego zakładu na ulicę Świętego Krzyża'.
Ktoś się zgłosił? Do tej pory nie! (śmieją się)
Są panowie szlifierzami diamentów. To zaskakujący zawód u słynnych aktorów teatru Cricot. Skąd taki zawód? Robimy to, co robił nasz ojciec. Był mechanikiem precyzyjnym, przed wojną pracował we Lwowie w salonie Škody. Mama uciekała ze Lwowa w '44 w zaawansowanej ciąży, poród zastał ją w Lanckoronie. Urodziła mnie, a akuszerka mówi: 'Proszę pani, będzie jeszcze jedno dziecko!'. Mama nie wiedziała, że będą bliźniaki! Jestem starszy od Wacława o dwie godziny.
Ojciec przyjechał do Krakowa za mamą. Poznał pewnego szlifierza diamentów, który namówił go do współpracy. I tak ojciec otworzył w Krakowie szlifiernię kamieni szlachetnych, w latach 50.
Prowadził prywatną firmę w latach 50.? Tak! Na ulicy Sebastiana 8/4 - w naszym mieszkaniu. Cały pokój poświęcił na pracownię rzemieślniczą. Pozwolili mu, bo było to potrzebne. Jako jedyny w Polsce szlifował diament techniczny dla AGH. Robił też na przykład pocztówki dźwiękowe, wtedy, w latach 50., w kraju komunistycznym! I to hulało. A mama szyła. To jej do dzisiaj zostało. Ma 97 lat i ciągle szyje.
Ojciec uczył panów zawodu? Nie zmuszał nas do pracy, ale nauczył nas, że jeśli chcemy mieć dla siebie jakieś pieniądze, to musimy zapracować. Jak coś zeszlifowaliśmy, pieniądze od klienta były nasze. Pomagaliśmy mu regularnie, byliśmy takimi czeladnikami. A jednocześnie interesowaliśmy się sztuką. Od zawsze. Ja zacząłem co prawda studiować na Akademii Górniczo-Hutniczej, bo ojciec mówił, że to mi się przyda. Poszedłem, ale się nie nadawałem. To był inny świat. My już wtedy zaczęliśmy wąchać piwnice, słuchać jazzu. Jazz club Jaszczury, Piwnica pod Baranami, Krzysztofory - to nas wciągało. Poszedłem na historię sztuki, a brat na malarstwo. To podziemie artystyczne było wtedy niezwykłe. Wiedziało o nim niewielu ludzi, wszyscy się znaliśmy. Spotykaliśmy się na wernisażach, koncertach, w piwnicach, prowadziliśmy rozmowy o sztuce, o jazzie. To nam dawało poczucie wolności. Wtedy nie było jeszcze takiej potęgi pieniądza jak dziś, liczyło się tylko życie artystyczne. Tym człowiek czuł się dowartościowany, a nie tym, że ma nowy
samochód.
Teatr Cricot 2 istniał od '55 roku. Znali panowie przedstawienia Tadeusza Kantora? Kiedy poznaliście jego samego? Do pierwszego spotkania w happeningu 'Linia podziału' nie znaliśmy działalności teatralnej Kantora. Nie widzieliśmy przedstawień odbywających się w Domu Plastyków przy ul. Łobzowskiej. W Krzysztoforach, w galerii Grupy Krakowskiej, widywaliśmy go na wernisażach. Właśnie wrócił wtedy z Francji i opowiadał o awangardzie, o tym, co się dzieje w galeriach w Paryżu. Byliśmy tuż po maturze, na pierwszym roku studiów. Słuchaliśmy tego z wypiekami na twarzach. Dlatego kiedy w '66 roku zaproponował nam wzięcie udziału w swoim happeningu, nie namyślaliśmy się ani chwili.
Dlaczego akurat panów? Jak do tego doszło? Było to tak: nasz serdeczny przyjaciel, można powiedzieć - trzeci brat, Jacek Stokłosa, z którym ja studiowałem na ASP, a Wacek dzielił pasję fotografowania, był związany z galerią Krzysztofory, pomagał przy organizacji wystaw. On pierwszy poznał osobiście Tadeusza Kantora. Usłyszał, jak Kantor mówi, że przygotowuje happening i potrzebuje dwóch gości, którzy będą jedli
makaron z walizki. Wtedy Jacek krzyknął: 'Ja znam takich dwóch!'. Jak pokazać się Kantorowi? - zastanawialiśmy się. Jak się ubrać? Nagotowaliśmy pełno makaronu i włożyliśmy go do walizki. Żeby wrażenie absurdu było większe, ubraliśmy się w nasze garnitury maturalne - od krawca, świetnie skrojone! Jak Kantor nas zobaczył takich eleganckich, od razu nas wziął!
Jak wyglądały pierwsze próby? Mówił panom, jak grać? U Kantora nie było gry. Nie wolno było grać, bo granie jest oszustwem. Pamiętam, jak nam tłumaczył: 'Drodzy państwo! Na czym polega czynność happeningowa? Oto teraz piję kawę. To jest czynność życiowa, prawda? A jak się kawa skończy i ja wciąż będę podnosił do ust filiżankę? To będzie czynność happeningowa. Tak będziecie robić'. I więcej nic nam nie mówił. Każdy sam musiał wymyślić, jak się będzie zachowywał: co zrobić, żeby odejść od tego praktycyzmu życiowego. My zjedliśmy walizkę makaronu i zastygliśmy jak rzeźby.
Co wtedy panowie o tym myśleli? Postrzegaliście to od razu jako wielką sztukę? Tak, wiedzieliśmy od początku, że to jest wielka sztuka. Byliśmy wtedy zafascynowani jazzem. Czuliśmy, że u Kantora możemy improwizować tak, jak się to robi w jazzie. Kreować, a nie odtwarzać przypisane nam role. Bo Kantor nikomu ról nie przypisywał, kazał tylko istnieć na scenie. To nas fascynowało. Te prozaiczne czynności na scenie, bez patosu, bez dramatu, szalenie radowały i Kantora, i nas.
Byli panowie związani z teatrem Cricot aż 25 lat. Czy był taki moment w waszej współpracy, że Kantor chciał z wami zerwać? Był taki straszny moment: sąsiad pracował w Łodzi w wytwórni filmów i powiedział, że Hoffman kręci 'Potop' i szuka dwóch podobnych do roli Kiemliczów. Pojechaliśmy na zdjęcia próbne, przyjęli nas. Sukces! Zaczęliśmy jeździć na lekcje szermierki, jazdy konnej. Ale po pewnym czasie informacja ta doszła do Kantora. 'Co??? Do kina poszli! Sztukę awangardową rzucili dla jakiegoś marnego kina! Jak można? Proszę bardzo! Albo kino, albo teatr!'