http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Najmłodsza

Joanna Szczepkowska
2009-09-10, ostatnia aktualizacja 2009-09-03 09:57

Buduję wokół siebie klimat opiekuńczości, a kiedy go braknie, ogarnia mnie strach zagubionego dziecka

Joanna Szczepkowska
Fot. Jacek Piotrowski
Joanna Szczepkowska
ZOBACZ TAKŻE
Jestem sześciolatką. Nie, nie oszalałam, tylko naprawdę nią jestem każdego roku, a jest tych lat coraz więcej. To, że jestem sześciolatką, odkryłam kilka tygodni temu, czytając piętrzące się artykuły na temat dzieci, które idą do szkoły, chociaż jeszcze niedawno w ogóle nie umiały chodzić. Mój pierwszy odruch to sprzeciw, oburzenie i taki pomysł, żeby krzyczeć jak w dziecinnym teatrze: 'Nie idź tam! Nie idź!'. Bo ja szkołę źle zniosłam. I pewnie dlatego wolałabym, żeby wymyślono w to miejsce coś innego, na przykład podróże albo co kto chce. O tym zresztą dalej w tym felietonie, bo pomysł wcale nie jest mój i wcale nie utopijny. Na razie jednak skupmy się na moim niedojrzałym wieku. Po prostu, czytając o rewolucji w barierze wieku uczniów, przypomniałam sobie, że ja też poszłam do szkoły, mając sześć lat. A prawdę mówiąc, jeszcze mniej. Jak do tego doszło?



Wszystko przez 'Panią Twardowską' Mickiewicza, którą mój ojciec mówił sobie przy goleniu, tak jak inni śpiewają arie (a może - śpiewali), jeżdżąc po brodzie żyletką. Inni: 'Brunetki, blondynki, ja wszystkie was, dziewczynki...', a on: 'Jedzą, piją, lulki palą '. Siłą rzeczy znałam to na pamięć już jako czterolatka. Któregoś dnia jeden z gości moich rodziców podarował mi wiersze Mickiewicza, mówiąc, że jak będę umiała czytać, to zobaczę, jakie to piękne. Nie wszystko nadaje się dla dzieci, ale np. taka 'Pani Twardowska' I otworzył książkę na tym poemacie. Wzięłam od niego tomik i udając, że śledzę litery, wysepleniłam cały utwór szybko i bezbłędnie. Jeżeli istnieje 'zdumiona cisza', to to właśnie było coś takiego. Proszona o przeczytanie czegoś jeszcze, odmówiłam prostym: 'Nie chcę mi się', i wyszłam z pokoju. Gość też wyszedł, żegnając się ze mną głębokim ukłonem. Ale ja byłam ambitna. Nie rozstając się z tym wierszem, naprawdę nauczyłam się liter, a po 'Śmieszy, tumani, przestrasza' elementarna 'Ala ma kota' albo 'Ojej, jajo się wylało' nie stanowiły już najmniejszego problemu.



Tak więc miałam pięć lat, kiedy czytałam jak z nut i z jakiegoś powodu stwierdzono, że ja się nudzę. Skoro umiem czytać, to dzieciństwo w piaskownicy jest epoką zakończoną. Tak znalazłam się na tajnych kompletach (głęboka komuna) prowadzonych przez starą nauczycielkę dla dzieci szczególnie zdolnych. Potem zdałam egzamin uprawniający mnie do pójścia od razu do klasy drugiej w państwowej szkole. Piszę o tym dlatego, że być może należę do tych, którzy jako dorośli ludzie mogą powiedzieć coś ważnego na temat wpływu tego wcześniactwa na dojrzałość. I chyba jest tak: potem siłą rzeczy zawsze i wszędzie czułam się 'młodsza od innych'. Tak więc jako 'młodsza' miałam pewne fory, podziw, jeśli zrobiłam coś dobrze, i dowody uczuć opiekuńczych nawet wśród dzieci. Ale też byłam izolowana. Rok w dzieciństwie to jak dziesięć lat u dorosłych. A dzisiaj? Najtrwalsze fundamenty budowanego ja pochodzą z dzieciństwa i prawdopodobnie, a nawet na pewno, cały czas jestem 'najmłodsza'. I chyba podświadomie buduję wokół siebie klimat opiekuńczości, a kiedy go braknie, ogarnia mnie strach zagubionego dziecka.



Przepraszam za tak intymne wynurzenia, ale chcę tylko dać świadectwo temu, że wejście w dorosły świat (a szkoła jest takim światem) zostawia ślad na całe życie. Nie chcę wydawać sądu, czy zrobiono dobrze, posyłając mnie tak wcześnie do szkoły. Chcę tylko powiedzieć, że ja byłabym inna, gdyby rodzice postąpili inaczej. A teraz kilka słów o szkole, gdzie 'każdy robi, co chce'. Jest taka, ale niestety, w stanie Nowy Jork, w Mamaroneck. Chodzi tu nie więcej niż 400 uczniów, a zasada jest następująca: jeśli ktoś ma problemy z nauką, nauczyciele pytają, co go interesuje niezależnie od szkoły. No więc na przykład - samochody. Uczeń zamiast ćwiczeń z matematyki (tak! tak!) dostaje model samochodu, który składa, a potem ma za zadanie samodzielnie zaprojektować swój samochód. Robi to w czasie szkolnym i jego praca znajduje się szybko w centrum zainteresowania innych dzieci. Zamiast opinii klasowego przygłupa, upokorzeń i wstydu chłopiec ma poczucie wyjątkowości, spotyka się z podziwem i na tej fali zaczyna wierzyć w siłę swojej głowy. A głowa tylko na to czeka. Jak się głowie powie, że jest zdolna, to przyjmuje tę rolę bez ociągania. Chłopiec jako szkolna gwiazda osiąga świetne wyniki. Chociaż wyniki nie przesądzają wszystkiego - nawet ci, którzy znają litery, nie zawsze potrafią czytać.



Źródło: Wysokie Obcasy
  • Najmłodsza iruuu 13.09.09, 19:53

    Strzał w dziesiątkę - a ja myślałam, że bez powodu czuję się inna. Zostalamposłana do szkoły rok wcześniej niż inne dzieci - podobnie jak autorkaartykułu umiałam czytać dużo wczesniej, niż »

  • Najmłodsza cartophell 14.09.09, 14:51

    szkoly, ktore buduja sukces ucznia na poczuciu "ja potrafie" sa nie tylko w Nowym Yorku. Mozemy miec takie tez w Polsce, wystarczy tylko zastosowac teorie w praktyce i wyszkolic nauczycieli.»

  • Czy ktoś zrozumiał ten felieton? normalniejszy 14.09.09, 16:28

    Dla mnie czytanie Szczepkowskiej to jak rozmowa ze stereotypową blondynką:Wątki przeplatają się bez sensu w jeden bezrefleksyjny potok, który jestzwiązany z tematem tylko o tyle, że coś jej »

W numerze z 28 sierpnia