http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Starsza pani i młode wilczki

Małgorzata Kolińska-Dąbrowska
06.06.2011 , aktualizacja: 30.09.2010 15:23
A A A Drukuj
Rys. Marek Sobczyk
W pracy nie musi być jak w rodzinie - miło, ciepło i przytulnie - rozmowa z Anną Nowakowską, psycholożką i terapeutką
ZOBACZ TAKŻE
To fragment listu: 'Choć mam 54 lata, nie sprawiam wrażenia pani w bardziej niż średnim wieku. Przez 23 lata pracowałam jako kadrowa. Ale nie jestem kadrową starej daty. W 1997 roku skończyłam drugie studia - zarządzanie zasobami ludzkimi. Znam trzy języki. Rosyjski najsłabiej. Widać to skaza mojego pokolenia. Pracowałam w kilku firmach headhunterskich, także zachodnich. Trzy lata temu straciłam pracę. Ponad dwa lata próbowałam wrócić do zawodu. Ciężko było. Kolejni pracodawcy mówili, że jestem za stara, a raczej tak elegancko: pracujemy w młodym zespole. Parę miesięcy temu zostałam znów zatrudniona w zawodzie i znów zajmuję się »łowieniem głów «. I tu właśnie zaczyna się problem. Pracuję w bardzo młodym zespole. Nawet myślę o szefach i współpracownikach »moje dzieciaki «. Większość jest w wieku mojego starszego syna, czyli nawet nie 30-latkowie. Trudno mi czasami nawiązać z nimi kontakt. Innej muzyki słuchamy, inne książki czytamy. Nie mówiąc o doświadczeniu życiowym. Nie chcę być dla nich taką »ciocią Klocią « - wymądrzającą się, wiedzącą lepiej tylko dlatego, że ma więcej lat. Nie zrobię z siebie przecież »odjazdowej « pięćdziesiątki z kolczykami, gdzie się tylko da, żeby mnie zaakceptowali. Choć przykro mi, że nie zostałam zaproszona na imprezę imieninową w pubie, na którą szli wszyscy. Czy jestem na to za stara? Zależy mi na takim normalnym kontakcie zawodowym. Marzena'.

Dwadzieścia parę lat to za dużo, by się w pracy móc dogadać? Pani Marzena jest rzeczywiście 'za stara', by zostać zaakceptowana? Z tego listu widać, że nie ma w sobie nic z 'cioci Kloci'.

Bo ja wiem? Z tego listu dla mnie nie wynika zbyt wiele na temat osobowości autorki. Rozumiem, że marnie się czuje w młodszym zespole i ma jakieś oczekiwania, które nie są przez ten zespół odgadywane. W gruncie rzeczy nie mam zielonego pojęcia, jakie to są oczekiwania poza tym jednym - że będzie zapraszana na prywatne imprezy. Otóż wątpię. Raczej nie będzie. Młodzi ludzie wolą bawić się w swoim gronie i mają rację. Przypuszczam, że rozumują tak: 'Dla »pięćdziesiątki « styl zabawy i ekspresja pubowej imprezy mogłyby być trudne do przełknięcia. Pozostałby niesmak, osądy, oceny. Po cholerę nam takie smutki?'. Taka antycypacja, a w ślad za nią decyzja, żeby Marzeny nie zapraszać. Ale to nie ma nic wspólnego z dogadywaniem się w pracy. Ze słów Marzeny domyślam się, że nie udało jej się rozdzielić zręcznie dwóch obszarów - osobistego i merytorycznego. A więc czeka ją drobna korekta oczekiwań.

Dlaczego tak często osobie starszej tak trudno współpracować z tymi młodszymi? Bo spotykają się dwa różne pokolenia pracowników - osoby inaczej pojmujące obowiązki i pracę?

Raczej nie. W ogóle nie uważam, że jest trudno współpracować. Trudność dotyczy relacji międzyludzkich, a nie meritum pracy. Ze słów 'trudno mi nawiązać z nimi kontakt' nie bardzo wynika jakaś zasadnicza trudność. Ja to odbieram jako brak wspólnych łatwych tematów do pogawędek, co oczywiście stanowi jakąś trudność emocjonalną. Jeśli ktoś się bardzo tym przejmie, to - owszem - taka atmosfera 'nie ma do kogo gęby otworzyć' może wpłynąć niekorzystnie na sprawy merytoryczne. Może. Nie musi. Należy zadać sobie pytanie, skąd się bierze oczekiwanie, że w pracy ma być jak w rodzinie - miło, ciepło i przytulnie. Nawiasem mówiąc, często praca jest - niestety - tym miejscem, w którym szczodrze pokazujemy to przemiłe oblicze, które rodzina widuje tylko od święta. Jest jednak jeszcze jeden aspekt, który warto wziąć pod uwagę. W XX wieku tradycyjnym modelem zespołu był układ uczeń - mistrz. I rzadko się zdarzało, żeby mistrz był młodszy od ucznia. Takie struktury wciąż mogą istnieć w firmach rodzinnych, ale to już przeżytek zwany też tradycją. Dopuszczam taką myśl, że ludziom przywiązanym do przeżytku, przepraszam, do tradycji, trudno odnaleźć się w nowych zespołach. Bo są oparte na całkiem innych zasadach - wiek, doświadczenie i staż pracy ustępują w nich przed... no cóż, przed innymi przymiotami. Długo by ględzić.

Czytelniczce bardzo zależy na tej pracy i na dobrych relacjach z kolegami. Przeszła traumę bezrobocia. Bolało ją, gdy potencjalni szefowie sygnalizowali, że jest 'za leciwa', i teraz tak bardzo by chciała, żeby wszystko dobrze się ułożyło. Może za bardzo chce i dlatego jest z obecnej sytuacji niezadowolona?

Przypomnę znane powiedzenie: oczekiwania są źródłem bolesnych rozczarowań. Ważniejsze od 'chcenia' jest dobre rozpoznanie sytuacji w zespole i adaptacja do przyjętych zwyczajów. Uważność na stosunki, które zastało się na wejściu. Przymierzenie siebie do nich. W pracy zdolności przystosowawcze są niesłychanie ważne. Wchodzimy do grupy, która ma ustalone rytuały, trzeba je rozpoznać i przyglądać się sobie na tle grupy. Postawa pełna wątpliwości typu 'Czy już mnie zaakceptowali? Czy już mnie lubią?' przynosi skutki odwrotne do zamierzonych. Marzena popełnia pospolity błąd: skupia się na tym, co uważa za swoją wadę - na wieku. Rozumiem, że niedobre doświadczenia z szukaniem pracy wpłynęły na jej poczucie wartości i tak dalej, ale może warto wyciągnąć z nich odmienne wnioski? Że skoro w efekcie swoich starań tę pracę ma, to reprezentuje sobą coś więcej niż 'podeszły wiek'?

A są jakiś sposoby na miękkie wejście w nowe środowisko, nowy zespół? Może trzeba było upiec ciasto i zaprosić na kawę? A może właśnie zrobić odjazdową imprezę w klubie?

To właśnie powinno stać się przedmiotem pierwszych obserwacji lub dyskretnie przeprowadzonego wywiadu: jakie obyczaje preferuje nowy zespół i jak wobec tego zachować się na wejściu. I czy w ogóle jakoś specjalnie, bo nie wszędzie jest przyjęte jakieś wchodzenie z osobistymi akcentami. Żadnych uniwersalnych recept nie posiadam, mam natomiast kilka uwag z innej półeczki: wchodząc do nowego zespołu, wnosimy ze sobą nie tylko oczekiwania i nadzieje, ale także przeszłe sukcesy i porażki. Mogą być kapitałem albo balastem. Balastem staną się wtedy, kiedy pozwolimy sobie na osądzanie tego, co się wydarza, przez pryzmat przeszłości. O, takie właśnie "traumy bezrobocia", wlokące się za nami złe doświadczenia z poprzednich prac powodują, że w każdym, nawet niewinnym zachowaniu nowych współpracowników będziemy dopatrywać się zwiastunów krzywdy i porażki. Dysk mentalny powinien być w miarę możliwości wyczyszczony, zanim zaczniemy gromadzić nowe doświadczenia. Nie do białości, ale - powiedzmy - do stanu, w jakim mamy swobodę interpretacji ludzkich zachowań.

Dla mnie pani Marzena nie może patrzeć na kolegów z pracy - te 'swoje dzieciaki' - z perspektywy mamuśki. Czego jeszcze nie powinna robić?

To właśnie zwróciło moją uwagę - słowo 'dzieciaki'. Może jednak jest tą 'ciotką Klotką'? Nie da się oddzielić sposobu myślenia od demonstrowanych zachowań. To zabawne, że ludzie wciąż się w tej kwestii mylą - że można myśleć jedno, a pokazywać co innego. Otóż treści stanowiące zawartość umysłu są oprogramowaniem. I ten software kształtuje zachowania - język ciała, ton głosu i każdy komunikat wysyłany w przestrzeń są związane na amen z tym naszym oprogramowaniem.

Idąc dalej tym tropem, odkrywamy, że w oprogramowaniu Marzeny pojawiają się protekcjonalne tony, na które młodzi ludzie są szczególnie wrażliwi. I potrafią na nie odpowiedzieć nawet agresją. To nie są żadne 'dzieciaki', to są współpracownicy. Przypuszczam, że kompetentni, pewni siebie i mający w nosie jakieś czułości i matkowanie. Infantylizacja życia 'pracowego' miewa opłakane skutki.

A może to, że już teraz, po paru miesiącach, czuje się wyizolowana, oznacza, że grupa stosuje wobec niej praktyki mobbingowe? Przecież właśnie takie izolowanie jest praktyką mobbingową.

Izolowanie od imprez? E, tam. Nie mylmy pojęć. Jest jakościowa różnica między 'czuciem się izolowanym' a byciem izolowanym. To pierwsze jest wynikiem niedopracowanych stosunków międzyludzkich i rozczarowania brakiem ciepła w relacjach. To się dzieje w głowie, a nie w rzeczywistości. Miejsce pracy jest po to, żeby iść, zrobić porządnie to, za co nam płacą, a potem zająć się własnym życiem. Toczy się ono poza pracą, a przynajmniej miło by było, gdyby się toczyło. Mobbing natomiast to dramat, który może mieć śmiertelne skutki. Izolowanie jest jednym z elementów przemocy psychicznej w środowisku pracy, ale objawia się trochę inaczej. W przypadku mobbingu osoba izolowana jest od istotnych informacji, które wpływają na jakość jej pracy. Izolowana od merytorycznie istotnych zdarzeń, od służbowych struktur. Odsyłana do - użyję metafory - pracy w piwnicy. Po czym z całą premedytacją dyscyplinarnie karana za 'siedzenie w piwnicy'. Mobbing to zupełnie inna kategoria. Inna niż zła atmosfera, inna niż konflikt. I nie warto tego mylić, bo rozmywa się problem przemocy psychicznej, która czasem kosztuje ludzkie życie.

Ta historia świadczy o tym, że pracodawca przejął się teorią zarządzania wiekiem w firmie. Zgodnie z zasadami zatrudnił doświadczonego pracownika. Poczuł się rozgrzeszony. A może popełnił jakiś błąd, bo na razie nie udało mu się zintegrować młodych 'starych' pracowników ze starszą 'młodą' pracownicą? Mógł to jakoś zrobić?

Nie mam pojęcia, co to jest 'zarządzanie wiekiem' i chyba nie chcę wiedzieć. Może to coś takiego jak zarządzanie smażeniem jajecznicy? Denerwująca obsesja wieku wywodzi się z drapieżnych klimatów korporacyjnych, w których pracownik jest programowany tak, że ma dać z siebie wszystko. Dosłownie: wszystko. W zamian dostaje gadżety, karnety, pranie mózgu i klapki na oczy. Kiedy już ten pracownik - cząstka elementarna - zostanie wyeksploatowany, zastępuje się go młodszym egzemplarzem. To oczywiste, tak się maksymalizuje zyski i nasz wybór może dotyczyć tylko uczestniczenia lub nie w takim procesie. Wracając do tematu - czy szef to jakaś niańka albo przedszkolanka? Prawdziwym upokorzeniem byłyby dopiero próby wpływania na młody zespół, żeby miło przyjął 'starszą panią'. Litości! To gorsze niż pierwsze ustąpienie miejsca w tramwaju!

Z całą pewnością byłoby dobrze, gdyby szef był uważny, kiedy przyjmuje nowego pracownika - bez względu na jego wiek. To zawsze wnosi element niepokoju i jakieś poruszenie, więc trzeba mieć oko na ludzi. Jednak ważniejszy jest mądry podział zadań i otwarta komunikacja w obie strony niż jakieś teatrzyki integracyjne. Szacunek dla dojrzałości wyraża się też w uznaniu, że osoba dojrzała poradzi sobie z adaptacją i ze stresem. Ja trzymam kciuki za Marzenę, wierząc, że znakomicie poradzi sobie z własnymi oczekiwaniami i lękami. I że wniesie do zespołu prawdziwą dojrzałą obecność, której istotą jest - zacytuję - 'wyrzekanie się przymiotów młodości bez goryczy.

Podziel się