Spotykają się co tydzień w grupie wsparcia. Czasem kilku, czasem kilkunastu. Siadają w kręgu i opowiadają. Na przykład o tym, że była żona pobiła, a potem sama oskarżyła o 'znętę' (art. 207 kk - zarzut znęcania się fizycznie i psychicznie nad rodziną). Że znów usłyszeli: 'Kretynie, idioto, niezdaro!'. Że poszli na spotkanie z dzieckiem i nie zostali wpuszczeni do domu. Faceci - ofiary przemocy domowej, tej fizycznej i psychicznej. Tracą
domy, pieniądze, poczucie własnej wartości. Walczą o to, żeby nie stracić dzieci.
Tomasz, 30 lat, pracownik fizyczny, tata 2-letniego Szymona Trzy lata temu poznałem Kingę. Po jakimś czasie wprowadziliśmy się do
mieszkania jej rodziców i wtedy się zaczęło.
Co? Zobaczyłem, że matka to w rodzinie numer jeden. Szliśmy na basen, a ona 20 razy dzwoniła do Kingi z pytaniami: 'Gdzie jesteś? Co robisz? Czemu mi nic nie powiedziałaś?'. Taka nieodcięta pępowina. Ojciec był na drugim planie. Wolny elektron orbitujący dookoła matki i spełniający funkcje usługowe. Mnie nigdy nie zaakceptowali. Kinga zaszła w ciążę. Ucieszyłem się. Szybko zacząłem nawiązywać kontakt z synem, mówić do brzucha, pukać. Syn odpowiadał kopaniem. Kinga w ciąży robiła różne dziwne rzeczy, ale myślałem, że to hormony. Zdarzało się, że wpadała w histerię, uciekała z domu i biegała gdzieś po osiedlu. Później dowiedziałem się, że już wiele lat wcześniej nałykała się tabletek i chciała się zabić, bo miała dość rodziców. Do porodu dotrwałem na melisie. Jej rodzice coraz częściej się wtrącali. Wpadali, kiedy chcieli, robili, co chcieli, 'bo to ich mieszkanie'. Wracaliśmy ze szpitala z małym. Jej matka zadzwoniła, że do nas przyjdzie. Powiedzieliśmy, że chcemy zostać sami, bo jesteśmy zmęczeni. I tak przyszła. Kinga prosiła ją: 'Zadzwoń, zanim wpadniesz'. Ona na to: 'Ja się księżniczce nie będę zapowiadać'. W końcu wyprowadziliśmy się z mieszkania jej rodziców. Choć decyzja była wspólna, w dniu przeprowadzki Kinga oskarżyła mnie, że odseparowałem ją od rodziny. W łazience wisiało lustro. Powiedziała, że chce je stłuc i że ma wizję, jak płynie po nim krew. Zaczęła chodzić do psychologa
Pracowałem rano, a Kinga popołudniami. Zajmowała się dzieckiem do 13-14, potem na dwie-trzy godziny w ciągu dnia zabierali je moi rodzice, a ja odbierałem małego po pracy. Robiłem wszystkie zakupy. W Auchan potrafiłem w 40 minut cały wózek zapakować. Wiedziałem, co gdzie jest, ceny znałem na pamięć. Wchodziłem z małym w chuście, w kapturze do sklepu i ludzie myśleli, że to
kobieta. Ściągałem kaptur, a tu broda! Wracaliśmy ze sklepu i razem z małym rozpakowywaliśmy zakupy. Pokazywałem mu: to jest kasza, to jest
ryż. Taka zabawa. Pierwsze słowo, jakie powiedział, to 'tata'. Jak miał rok, to taki mądry był, że jak wracałem z pracy, pokazywał mi, gdzie buty odłożyć, gdzie kask od roweru. Kinga mniej się zajmowała dzieckiem. Zresztą nie miała takiej wyobraźni, żeby przewidzieć, że jak mały biega z widelcem po domu, to może się wywrócić i może mu się coś stać. Jak jej mówiłem, że źle robi, to była histeria i wybieganie z domu. Szukałem jej potem po osiedlu, nawet na tory pojechałem, bo kiedyś straszyła, że się rzuci pod pociąg. Albo zamykała się w łazience i waliła się pięściami w głowę. Zbiła półkę. Chciała z okna skakać. Ściągnąłem ją, ale jak się coś takiego robi, to trzeba użyć siły. Potem mnie oskarżyła o przemoc.
To było 18 lutego. Zaczęła się kolejna awantura. Chciała znów uciekać z domu, więc chwyciłem ją za ramię, żeby ją zatrzymać. Wróciła z policją. Powiedziała, że ją pobiłem. Następnego dnia złożyła zawiadomienie o pobiciu, urządziła histerię na komisariacie i wyjechała z małym do rodziców Potem już tylko napisała SMS-a, żebym się nie odzywał, bo syna nie dostanę, i wyłączyła telefon. Od razu, 24 lutego, złożyłem wniosek o całkowitą opiekę nad dzieckiem, ale na razie sąd przyznał mi tylko dwie godziny tygodniowo z synem, w sobotę w ośrodku interwencji kryzysowej. Osiem godzin na miesiąc! Wcześniej więcej niż osiem godzin dziennie z nim spędzałem. Do tych spotkań zresztą i tak zwykle nie dochodzi, bo Kinga się nie pojawia. Ostatnio mały miał drugie urodziny. Kupiłem prezent, tort i pojechałem z rodzicami. Wcześniej wysłałem maila, że przyjeżdżam. Kinga otworzyła i powiedziała, że tylko ja mogę wejść, bo sam się zapowiedziałem, a nie z rodzicami. Interweniowała
policja, bo potem także mnie nie chciała wpuścić. W końcu wszedłem sam. Rozpakowaliśmy prezenty, bawiliśmy się i po dwóch godzinach słyszę: 'Proszę opuścić mieszkanie'.
Czy noszę zdjęcie syna przy sobie? Nie, nie mogę oglądać. Strasznie boli. Mam taki kubek (dostałem go od Kingi) ze zdjęciem małego i nadrukiem 'Tata mój bohater'. Syn śpi na nim z otwartymi ustami. Wygląda jak mały niedźwiadek. Do tej pory nie mogę pić z tego kubka. Dużo ludzi mnie pytało, czy jakbyśmy się pogodzili, jakby wszystko wróciło do normy, chciałbym z Kingą być. Ja mówię: w życiu! Nawet jakbym ją kochał, to nie chciałbym. Wiadomo, co jej do głowy strzeli? Czy nie targnie się na swoje życie albo nie podrapie się i nie powie, że to ja zrobiłem? Co to za życie? To jest jak chodzenie po żyletce.
Krzysztof, 29 lat, informatyk, tata 6-letniego Bartosza Moja żona miała zwyczaj rozstrzygania spraw za pomocą awantur i przemocy. Nie mogłem się do tego przyzwyczaić. Zresztą nawet jak coś normalnie mówiła, to podniesionym tonem. Myślałem, że tylko ja to widzę, ale zwróciłem uwagę, że koleżanki też ją pytały: 'Dlaczego krzyczysz?'. Ona na to, że nie krzyczy. Wyniosła to z domu. Ojciec był despotą. Jej matka, ona i siostra nie miały nic do powiedzenia. Za przykład przemocy podam taką sytuację. Nasz syn Bartuś miał może dwa lata. Siedzieliśmy w kuchni. Zajrzał do kubka, który stał na stole. Z ciekawości, jak to dziecko, i wylał na siebie resztki kawy. Żona zaczęła krzyczeć na syna. Powiedziałem, że przecież nic się nie stało. Wtedy wzięła mokrą ścierkę i zaczęła mnie okładać po twarzy. Raz, że było to bolesne, dwa, że niezwykle upokarzające. Nie miała żadnych hamulców, żeby nie kłócić się przy dziecku. Nawet gdy trzymałem małego na rękach, bo płakał i chciałem go uspokoić, dalej okładała mnie pięściami. Właściwie odkąd mały się urodził, przy każdej kłótni słyszałem: 'Wynoś się z domu!'. Wyprowadziłem się od niej i jej rodziców, gdy syn miał dwa miesiące, w 2004 r.
Czy wcześniej widziałem, że coś jest nie tak? Właściwie tak. Nie bardzo się między nami układało i chciałem z nią zerwać. Wpadła w histerię, zemdlała, groziła, że coś sobie zrobi. Było mi jej żal i nie rozstaliśmy się. To był błąd. Byliśmy jeszcze na studiach, gdy zaszła w ciążę. Pobraliśmy się i zamieszkaliśmy u jej rodziców. W trakcie awantur stawali po jej stronie. Raz wtrąciłem się do kąpieli syna. Powiedziała, że o niczym nie mam pojęcia. Razem z jej ojcem na siłę wyrzucili mnie z łazienki. Innym razem w ataku histerii tak się szarpała (trzymałem ją za ręce), że sama narobiła sobie siniaków. Sugerowałem, żeby poszła do psychologa, ale nawet nie chciała o tym słyszeć. Uważała, że wszystko z nią jest w porządku Zawsze wszystko wiedziała najlepiej o wychowaniu dziecka. Karmiła je na siłę tak, że często z przejedzenia wymiotowało. Gdy tak się stało, zmuszała syna, żeby zjadł drugą porcję. Jak się wtrąciłem, była straszna awantura. Już na bilansie dwulatka okazało się, że Bartuś ma nadwagę. Jej to nie martwiło, bo jak mówiła jej matka: 'Grube dziecko to zdrowe dziecko'. Żona też nie widziała w tym nic złego, choć studiowała medycynę. Skutek jest taki, że syn ma nadwagę, jest mniej sprawny od rówieśników, nie umie się sam wykąpać, ani wytrzeć pupy, choć ma już sześć lat. Do niedawna bał się dzieci, bo żona izolowała go od rówieśników. Nie umiał się z nimi bawić, podskakiwał, jak na placu zabaw któreś głośniej krzyknęło.
Nawet gdy się wyprowadziłem od żony i jej rodziców, codziennie po zajęciach przyjeżdżałem pomóc w wychowaniu Bartusia - nakarmić go, wykąpać. Najpierw mnie wyrzucali, potem przestali wpuszczać. To było bardzo upokarzające - tłukłem się autobusami (zima, ciemno) półtorej godziny w jedną stronę pod Warszawę po to, żeby nie zostać wpuszczonym. W końcu załatwiłem sądowe zabezpieczenie kontaktów i zacząłem nosić przy sobie dyktafon. Gdy pojawiałem się pod ich klatką, przystawiałem dyktafon do domofonu, żeby nagrywać rozmowy i mieć dowód na to, że mnie nie wpuścili. Wzywałem też policję, która w takich przypadkach musi sporządzić notatkę. Zdarzało się, że czekałem na patrol półtorej godziny. W końcu zaczęli mnie straszyć, że dostanę mandat za nieuzasadnione wezwania. Pewnego dnia, gdy przyszedłem po Bartusia, usłyszałem przez domofon, że go nie zobaczę, bo skarży się, że wkładałem mu palec do pupy. To było 1 grudnia 2007 r. - od tego dnia przez siedem miesięcy nie widziałem syna. W prokuraturze było już zawiadomienie, że rzekomo go molestowałem. Natychmiast sam zgłosiłem się do prokuratora, oferując wszelką współpracę. Powiedziałem, że mogą mnie testować, jak tylko chcą, bo potwierdzi to moją niewinność. Prokurator szybko oddalił wniosek o postawienie mnie w stan oskarżenia.
W trakcie tych siedmiu miesięcy byłem jednak już tak zdesperowany i czułem taką bezsilność, że wydrukowałem plakaty ze zdjęciem żony i informacją, że ta kobieta chce mi zniszczyć życie, utrudnia kontakty z synem i oskarża o molestowanie. Rozwiesiłem je w okolicy jej domu.
Żona wniosła sprawę o zniesławienie. Sąd mnie uniewinnił, gdy wytłumaczyłem, dlaczego tak zrobiłem. Wzruszyłem się wtedy, bo uwierzyłem, że liczy się nie tylko litera prawa, ale też kontekst sytuacji, że jest coś takiego jak sprawiedliwość.
Niestety, w innych przypadkach sąd nie był dla mnie tak przychylny. Wystąpiłem o całkowitą opiekę nad dzieckiem. W takich przypadkach sąd polega na opinii RODK (rodzinnych ośrodków diagnostyczno-konsultacyjnych). Badanie w RODK w lutym 2008 r. wykazało, że mam dobry kontakt z synem, a moja żona jest niedojrzała emocjonalnie, ma wiedzę teoretyczną na temat wychowania dziecka, ale nie potrafi jej zastosować w praktyce, że manipuluje synem w kontaktach z ojcem i że pod jej opieką dziecko zatrzymało się we wcześniejszej fazie rozwojowej. Mimo to sąd zadecydował, że skoro tyle czasu syn mieszka z matką i jej rodziną, zostanie przy niej. Mnie przyznano trzy dni w tygodniu, dwa weekendy w miesiącu i dwa tygodnie wakacji.
Czy nasze stosunki z żoną z czasem się normalizują? Niestety, nie. Podam przykład. Ostatnio po wakacjach odwiozłem syna. Babcia (matka żony) bierze Bartusia za rękę i mówi: 'Podziękuj temu kretynowi za wakacje' Przez długi czas miałem żal do kobiet, czułem do nich ogromny dystans, żyłem sam. Dopiero od półtora roku jestem w szczęśliwym związku, poznaję też koleżanki mojej partnerki i zaczynam wierzyć, że zdarzają się normalne, zrównoważone kobiety. Ale nadal wydaje mi się, że to są wyjątki.
Andrzej, 39 lat, handlowiec i przedsiębiorca, tata 10-letniego Kamila i 7-letniego Bartka W zeszłym roku dwa dni przed świętami zostałem praktycznie bezdomny. Pojechałem do supermarketu zrobić zakupy i zanim wróciłem, moja żona wymieniła drzwi razem z zamkami. Wezwałem policję. Powiedzieli, że nie mogę wejść, mimo że jestem współwłaścicielem mieszkania, bo moje miejsce zameldowania jest gdzie indziej. Rzeczywiście, kilka miesięcy wcześniej wymeldowałem się, żeby się załapać na szkolenia zawodowe w innym mieście. Przed całkowitym załamaniem uratowało mnie to, że dzień przed Wigilią trafiłem do grupy wsparcia. Tam poznałem innych mężczyzn, którzy mają podobne problemy. Dowiedziałem się też, że najpierw mam zatroszczyć się o siebie i iść na obdukcję, żeby mieć dowody, że jestem ofiarą przemocy domowej.
Jakie dowody? Na przykład to (Andrzej podwija spodnie i pokazuje blizny na piszczelach). Od czego? Od kopnięć drewnianymi chodakami. Jeśli chodzi o przemoc, dostałem też w głowę tłuczkiem do mięsa tak mocno, że straciłem przytomność. Oczywiście to wszystko była moja wina. Bo prowokowałem. Jak do tego doszło? Etapami. Są typowe dla takich właśnie związków. Pierwszy etap to izolowanie partnera od otoczenia. Pochodzimy z żoną z sąsiednich miejscowości. Przeprowadziliśmy się do Warszawy i zawsze gdy z synami odwiedzaliśmy rodzinne strony, musieliśmy nocować u teściów. Pretekst był taki, że tam byli jedyni dziadkowie naszych synów (moi rodzice już nie żyli, ale miałem tam mieszkanie po nich). Sam też nie mogłem jeździć do rodzinnej miejscowości, nawet gdy byłem w okolicy w interesach, bo zdaniem żony miałem tam kochanki. Zresztą każda kobieta, która do mnie zadzwoniła albo miała ze mną jakąkolwiek zawodową styczność, to była 'dziwka, suka i moja kochanka'. Nawet teraz, gdyby nas tu w kawiarni moja żona zobaczyła, toby od razu na mnie kawa wylądowała. Gdy policja zbierała o mnie opinie w bloku, bo żona oskarżyła mnie o znęcanie się nad rodziną, i jedna sąsiadka bardzo dobrze się o mnie wypowiedziała, od razu usłyszałem, że to dziwka i na pewno mam z nią romans. Jak się potem okazało, to żona miała romans z instruktorem prawa jazdy. Dodam, że ja zapłaciłem za jej kurs.
Drugi etap to zawłaszczanie dzieci, izolowanie ich od mojej rodziny pod byle pretekstem. Mój starszy syn jest zapalonym wędkarzem. To nasze wspólne hobby. Od pewnego momentu to żona zaczęła z nim jeździć na ryby. Rok przed wyrzuceniem mnie z domu żona wywiozła też synów na święta do teściów. Bardzo to przeżyłem, zacząłem mieć stany depresyjne, postanowiłem, że więcej nie dam sobie tego zrobić. Ostatni etap to szukanie haka i celowe wywoływanie awantur, tak żeby potem drugą stronę oskarżyć o przemoc. A stereotypy działają tak, że to facet jest winny, bo na pewno pije i bije. Nawet gdy to żona mnie pobiła i wezwałem policję, to mnie funkcjonariusz pouczył, żebym się nie awanturował. I jeszcze pieniądze - bez przerwy słyszałem, że za mało zarabiam, że inni zarabiają więcej, a jeżeli zarobiłem mniej, niż powinienem, to oczywiście była awantura.
Przez lata wierzyłem, że wszystkie problemy w związku to moja wina. Starałem się więc robić wszystko, co w mojej mocy, żeby było lepiej. Robiłem zakupy. Pracowałem na dom, żeby moja żona mogła spokojnie pisać doktorat. Zamieszkaliśmy w takim miejscu, żeby miała blisko na uczelnię. Gdy zabrakło pracy w Polsce, wyjechałem za granicę, żeby zarobić, choć takie wyjazdy są zupełnie niezgodne z moim usposobieniem. Przez 10 lat każdą złotówkę przelewałem na konto żony przekonany, że zbierają nam się jakieś oszczędności. Potem się okazało, że żadnych oszczędności nie ma... Zawsze zawoziłem i odbierałem dzieci ze szkoły. Teraz mam problemy, żeby się z nimi zobaczyć. Jak już pojawiam się w szkole, dyrektorka pyta mojego syna: 'Boisz się taty?'. I to mnie boli najbardziej. Zgodzę się nawet na rozwód z mojej winy. Nie będę walczył z żoną o dom. Zależy mi tylko na tym, żeby nie utrudniała mi kontaktu z synami. Na razie z dwoma dużymi chłopakami, którzy na dodatek mają zupełnie różne zainteresowania, mogę się widywać dwie godziny w tygodniu. Moim zdaniem przez dwie godziny można sobie pooglądać małpę w zoo, a nie utrzymać więź z dziećmi.
Konrad, 28 lat, handlowiec, obecnie bez pracy, tata 4-letniego Krzysia i półrocznej Oli Nic nie mam. Straciłem wszystko: pracę, żonę, dzieci. Gdy w kwietniu wyjeżdżałem do pracy za granicę, żegnała mnie żona z dwójką dzieci. Gdy wróciłem kilka tygodni później, w domu nikogo nie było. Po kilku godzinach żona zjawiła się z rodzicami i wyprowadziła do nich. Wszystko zaczęło się zimą ubiegłego roku. Straciłem pracę - tak bywa. Żona nigdy nie pracowała zawodowo. Mieliśmy taki tradycyjny podział ról. Ja zarabiałem, a ona dbała o ognisko domowe - gotowała, zajmowała się dzieckiem. Nawet gdy chciałem bardziej zaangażować się w wychowanie syna, mówiła, że lepiej nie, że to jej domena. Do czasu ten układ się sprawdzał. W zimie żona była już w ciąży z córką. Po utracie pracy zrobiłem, niestety, kilka nieudanych inwestycji. Nasza sytuacja materialna zaczęła się pogarszać. Żona była przerażona - nie wiedziała, jak poradzimy sobie bez pieniędzy z dwójką dzieci. Wtedy zacząłem słyszeć, że jestem nieudacznikiem, że nie mam jaj, bo co ze mnie za facet, skoro nie umiem utrzymać rodziny. Resztę wspominam teraz jak jakiś dziwny sen. Córka urodziła się 8 marca, w Dzień Kobiet. W szpitalu była telewizja. Robili materiał o tym, że narodziny córki to taki wspaniały prezent dla matki z tej okazji
Pojechałem za granicę szukać pracy. Wyjechałem w kwietniu. Miało być kilka tygodni, ale przeciągnęło się do półtora miesiąca. Cały czas byliśmy z żoną w kontakcie, wydawało się, że wszystko jest OK. Dopiero kilka dni przed powrotem zacząłem coś przeczuwać. Żona napisała, żebym jej przelał półtora tysiąca złotych. Powiedziałem, że nie mam, bo tak faktycznie było. Zaczęła mi zarzucać, że oszczędzam na dzieciach, i straszyć, że jak tego nie zrobię, nie będę miał po co wracać. Załatwiłem i przelałem część tej kwoty. Mimo to kilka dni później zastałem pusty dom. Żona nie chce ze mną rozmawiać. Albo odkłada słuchawkę, albo od razu podaje telefon synowi. Na SMS-y nie odpowiada. Jak już rozmawiamy, dowiaduję się, że te wszystkie lata to był dla niej jeden wielki koszmar, że wszystko robiłem źle. Wyzywa mnie od debili, nieudaczników, totalnych zer. Bardzo przykro tego słuchać. Nie dość, że wszystko straciłem, dowiaduję się, że jestem nic niewart, beznadziejny.
Zawsze miała piękne, długie włosy. Dbała o nie przez te wszystkie lata. Teraz je obcięła. Nie wiem, co mi chciała przez to pokazać Ostatnio mieliśmy rocznicę ślubu. Przekazałem jej kwiaty i kartkę z życzeniami. Powiedziała mi, że wrzuci to wszystko do śmieci Moja żona bardzo mnie zraniła. Ta rana ciągle jest na wierzchu. Ale opowiadam o tym, bo może komuś się to przyda. Może ktoś to przeczyta i będzie miał taką refleksję, że faceci też mają uczucia.
Imiona Tomasza, Andrzeja i Konrada oraz ich dzieci zostały na ich prośbę zmienione. Dziękuję Robertowi Kucharskiemu z fundacji Akcja.
www.wstroneojca.pl - serwis dla mężczyzn przeżywających kryzys rodzinny
www.rodzina.sos.pl - portal dla rodziców planujących wspólną opiekę nad dzieckiem po rozstaniu