http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Wessani

Małgorzata Kolińska-Dąbrowska
08.06.2011 , aktualizacja: 27.08.2010 14:00
A A A Drukuj
Praca jest środkiem, narzędziem, a nie wartością samą w sobie. W przeciwnym wypadku mielibyśmy całe zastępy pracowitych i nałogowych kopaczy rowów - rozmowa z Anną Nowakowską, psycholożką i terapeutką
Kobiety muszą się od małego uczyć, żeby nie oceniać swej wartości przez to, jak patrzą na nie inni
Praca w biurze w dżinsach? Fot. sxc.hu
Kobiety muszą się od małego uczyć, żeby nie oceniać swej wartości przez to, jak patrzą na nie inni
ZOBACZ TAKŻE
Pracujemy coraz dłużej i coraz ciężej. Japończyk w pracy spędza 1,8 tys. godzin rocznie. Polak tylko o sto mniej. Bierzemy nadgodziny. Walczymy o drugi etat. Według GUS w Polsce jest 16 mln pracowników, a wśród nich już 11 mln 'pracusiów'. A nie tak dawno, za PRL-u, mawiało się: 'Czy się stoi, czy się leży, dwa patyki się należy'. Praca, sukces zawodowy stały się miarą wartości człowieka?

Nietrudno zauważyć, że w stosunku do czasów PRL-u znacznie zmalało poczucie pewności i przewidywalności jutra dla większości ludzi pracy. Przedziwna hybryda wolnego rynku i totalitarnej kontroli gospodarczej daje taki skutek, że ani robotnik, ani menedżer najwyższego szczebla nie może być pewien dnia ani godziny. Obaj żyją na kredyt, różnica polega jedynie na jakości, marce i ilości gadżetów niezbędnych do życia. Trudno, żeby praca - źródło poczucia bezpieczeństwa - nie była dla nich ważna.

Ale dla wielu ludzi praca jest jedynym sensem życia. Nawet rodzina i dzieci są w hierarchii wartości niżej. To jest normalne?

Czemu miałoby nie być normalne? Na szczęście nie istnieje jakaś jedynie słuszna instrukcja 'jak być człowiekiem', choć większość z nas doświadczyła w życiu rozmaitych nacisków, by żyć zgodnie z cudzymi oczekiwaniami. Pasja pracy może być ogromną siłą napędową, źródłem spełnienia osobistego i poczucia mocy wewnętrznej. To pasjonaci pracy posuwają naprzód cywilizację i wytykanie im nienormalnej hierarchii wartości byłoby absurdalne. Raczej winniśmy im wdzięczność.

Będziemy chwalić pracoholików?

Nie tyle chwalić, ile doceniać. Wolałabym zatrudnić pracoholika niż wiecznego malkontenta sprawdzającego co minuta, czy już pora iść do domu. Ja używam w tej rozmowie pojęcia 'pracoholik' w znaczeniu potocznym: ktoś, kto żarliwie poświęca się temu, co robi. Ktoś, kto jest żywo zainteresowany efektami swojej pracy, bo przekłada się to bezpośrednio na jego poczucie sensu i własnej wartości. Podejście kliniczne poszerza ten obraz o cenę, jaką pracoholik (a często też jego najbliższa rodzina) płaci za swoje oddanie pracy. Przy tej okazji warto wspomnieć, że jeśli kieruje się znaczne zasoby energii życiowej w obszar pracy, to zabraknie jej w innych obszarach. Proste. Kiedy przychodzi wyczerpanie, dojrzały człowiek dostrzega konieczność reorganizacji hierarchii i sposobu realizacji wartości. Stąd biorą się spektakularne 'ucieczki od zgiełku' i radykalne zmiany stylu życia ludzi ze szczebli zarządzania. Kto tego nie potrafi zrobić w porę lub choćby odpocząć dostatecznie długo, umiera z wyczerpania lub zmienia się w zombi.

Nie bardzo potrafię zrozumieć tych, dla których praca jest najważniejsza i nic się poza nią nie liczy.

Są różne powody eksponowania pracy jako wartości. Dla jednego będzie to ambicja o różnym nasileniu - od chęci osiągnięcia wyższego statusu społecznego aż po żądzę władzy. Dla kogoś innego - chęć posiadania tego, co można kupić za zarobione pieniądze. Jeszcze innych dręczy ciekawość poznawcza i dziesiątki pytań w niespokojnych umysłach. Ktoś pragnie tworzyć, ktoś inny zgłębiać. Pod spodem, pod tą hierarchią wartości, kryje się inna hierarchia - potrzeb. I nie mam tu bynajmniej na myśli standardowego wzorca Maslowa, tylko coś głębszego - własny, unikalny wzór bycia osobą. Czasem silniejszy niż nakazy, zakazy i tabu. Patrząc z tej perspektywy, dostrzeżemy, że praca jest środkiem, narzędziem, a nie wartością samą w sobie. W przeciwnym razie mielibyśmy całe zastępy pracowitych i nałogowych kopaczy rowów.

A może dlatego praca tak niektórych wsysa, bo nie mamy po prostu nic poza nią?

Bo mamy COŚ dzięki niej. Nie ma - znowu muszę to podkreślić - jakiegoś wzoru na normalność w kwestii podejścia do pracy. Praca potrafi wessać? Może jest inaczej, może pozwalamy się wessać pracy z powodu istotnych korzyści, jakie z tego wynikają. Przyjmę takie robocze rozróżnienie: pracoholikiem można stać się z pasji albo z braku innego sposobu na przetrwanie. Można pracować dobrowolnie albo niewolniczo. I nie ma tu nic do rzeczy zajmowane stanowisko. Cierpiących dyrektorów jest relatywnie tyle samo, ile cierpiących magazynierów.

Kto szybciej poświęci dla pracy życie rodzinne: kobieta czy mężczyzna? Mam wrażenie, że teraz kobiety bardziej stawiają na pracę. Chcą robić kariery i przeginają.

Nie, to znowu jakiś stereotyp. Kobiety stawiają na to, co zapewnia im poczucie bezpieczeństwa i kontrolowania własnego życia. To jasne, że jeśli są zajęte karierą zawodową, muszą wybierać taki model życia rodzinnego, który odbiega od powszechnie uznanego za 'normalny'. Przez to ich domniemane poświęcenie staje się bardziej zauważalne - żyją w takim rytmie, w jakim są w stanie pogodzić życie osobiste z pracą. Osądzanie czyjegoś sposobu życia i przeciwstawianie go jakimś tradycyjnym rolom uważam za doskonale zbędne dopóty, dopóki nie wiążą się z tym krzywda i przymus.

A czy singiel, singielka, ale za to szef wielkiej korporacji, to człowiek częściowo niespełniony?

Cóż można wiedzieć o cudzym poczuciu spełnienia? Jeśli ktoś taki dokonał świadomego wyboru, to wątpię, żeby trzeba mu było współczuć. Jeśli zaś płaci cenę za bycie człowiekiem kariery - to płaci. Wszystko ma swoją cenę i dorośli ludzie to wiedzą. Albo powinni wiedzieć. Tak samo niespełniony może czuć się ojciec szczęśliwej rodziny, który na zjeździe absolwentów porównuje się z kolegą singlem, i na odwrót. 'Niespełniony człowiek' to taki dziwny byt, pojawia się w każdym z nas, jeśli tylko mu na to pozwolimy. Powstaje w nas wtedy, kiedy porównujemy się (lub pozwalamy się porównywać) z jakimś wzorcem. A - czysty paradoks - żaden uniwersalny patent na bycie człowiekiem nie istnieje. Co jest zaś symptomatyczne dla wiecznego przymusu porównywania i osądzania, to konieczność tworzenia zestawu argumentów do udowodnienia, że jest się normalnym. Tak spostrzegam tendencję do tworzenia w sieci odrębnych portali dla singli. Jakby musieli trzymać się razem przeciwko reszcie społeczeństwa. 'Psychologia ględzona' ma swoje sposoby, żeby mieszać między ludźmi i zmuszać ich do defensywy.

Jeżeli praca tak wiele dla nas znaczy, to niewiele trzeba, by jakikolwiek problem z nią czy w niej stał się dla nas klęską życiową.

Przede wszystkim porażką jest zostać na lodzie z kredytem na 20 lat i hipoteką. Ale zranione ambicje też potrafią odebrać niejednemu napęd do życia. Na szczęście odszedł już do lamusa heroiczny model pracy w jednym zawodzie i w jednym zakładzie przez lat 30. Stosunkowo nowa na rynku pracy wartość - zdolność adaptacji i transferu umiejętności pomaga poradzić sobie z porażką. Powoli dociera do nas świadomość, że warto mieć więcej niż jedną specjalizację, że w ten sposób stajemy się elastyczni, a elastyczny element ma największe szanse ocaleć w katastrofie. Uważam to za bardzo pozytywne zjawisko, korzystne dla zdrowia psychicznego. Jakość życia mierzona poczuciem harmonii powinna opierać się na więcej niż jednym fundamencie. Wtedy łatwiej znieść porażkę w jakimś obszarze. Jest się na czym oprzeć. Ideałem jest oczywiście równowaga między pracą a życiem osobistym. Ale tę równowagę każdy musi osiągać na własną miarę i we własnym zakresie.

Ale jak? Niełatwo zostawiać pracę w pracy, okiełznać pracę wdzierającą się w nasze życie osobiste.

Oczywiście. Trzeba tylko wybrać taki rodzaj zajęcia, który na to pozwoli. A poważnie mówiąc - jestem przeciwniczką 'uporadnikowienia' życia. Owszem, sama napisałam jakieś poradniki, ale w kwestiach, które wymagają specjalistycznej wiedzy. Zresztą praca nigdzie sama się nie wdziera. Jest raczej wpuszczana dobrowolnie lub w zamian za jakąś wartość.

Nie możemy wciąż się upierać, że nie mamy wpływu na własne życie. Mamy. To nasze decyzje - rozmaitej wagi i złożoności - wywołują skutki, także te związane z pracą. Warto poświęcić chwilę na autorefleksję, zamiast wciąż się upierać, że jacyś 'oni' nadają kształt naszemu życiu. Taka wiedza o sobie samym jest milion razy więcej warta niż wszystkie dobre rady świata!

A jakiej wiedzy wymaga wyjście z pracy bez obciążeń związanych z tą pracą?

To kwestia decyzji, a nie jakichś czarów czy technik medytacyjno-modlitewnych. Przerażająca liczba dorosłych ludzi nie potrafi wykonać prostej czynności umysłowej, jaką jest przeniesienie uwagi i koncentracja na rzeczywistości: jestem w domu, jestem w kinie, jestem w saunie. Ich umysły przebywają w pracy, a układ nerwowy produkuje realną adrenalinę w odpowiedzi na nierzeczywiste obrazy.

Czy jest jakiś sposób, by tego nie robić?

Robić całkiem co innego - być obecnym tu, gdzie się jest. Banalnie proste i dostępne bezpłatnie.

Podziel się