Nim przeczytasz ten tekst, zastanów się nad odpowiedziami na te pytania. Czy miłość oznacza dla Ciebie cierpienie?
Czy znosisz upokorzenia, przywołując w pamięci chwile, kiedy on był dla Ciebie tak dobry i czuły?
Czy wierzysz, że dzięki Twoim wysiłkom zmieni się na lepsze?
Czy związek z nim powoduje, że masz coraz mniejsze poczucie własnej wartości?
Czy pomimo bólu nie potrafisz się z nim rozstać, a jeżeli już to zrobiłaś, to boli Cię nadal?
Czy nie możesz zrozumieć, dlaczego Cię opuścił, choć tak się dla niego poświęcałaś?
Im częściej odpowiedź brzmiała 'tak', tym większe prawdopodobieństwo, że jesteś kobietą, która kocha za bardzo.
Napisz do Wysokich Obcasów Mam na imię Anna. Jestem kobietą kochającą za bardzo Kiedy mnie zdradzał, wierzyłam w każde, najbardziej absurdalne wyjaśnienie, dlaczego spotyka się z tamtą kobietą .
Anna ma 34 lata. Drobna szatynka, świetnie ubrana, bardzo ładna. Jest informatykiem, pracuje w dużej korporacji. - Byliśmy razem cztery lata, a przez ostatnie dwa i pół roku w naszym związku trwał kryzys. Zdradzał mnie, a ja nie umiałam go zostawić. Tak bardzo go kochałam. Na początku to był tylko kolega z pracy. Rozmowy, wyjścia na papierosa. Opowiadał mi o swoim rozpadającym się związku. Byłam jego konfesjonałem. Słuchałam o tym, jak zdradził swoją stałą partnerkę. Nigdy nie powiedziałam, że był wobec niej nie fair. Zaczęliśmy się spotykać poza pracą, a po pół roku zamieszkaliśmy razem. Był cudownie czuły, troskliwy i romantyczny. Miłość kwitła półtora roku. Potem wygasło między nami napięcie erotyczne. Nie kochaliśmy się tygodniami. Rozpoczął się kryzys.
Dlaczego nie odeszłam? Bo go bardzo kochałam. Kurczowo trzymałam się tego związku. Nawet wtedy, gdy dowiedziałam się, że ma romans. Trafiłam na świadczące o tym SMS-y. Zaczęłam przeszukiwać jego telefon, sprawdzać maile. Pytałam go, a zarazem chciałam wierzyć, że to nieprawda. Zaprzeczał. Wymyślał coraz to nowe wyjaśnienia. Posunęłam się do tego, że zostawiłam włączony dyktafon, by sprawdzić, czy do niej nie dzwoni. Znalazł go - urządzenie zaczęło piszczeć, gdy skończyła się możliwość nagrywania. Nastąpiły ciche dni, po których... ja go przepraszałam. Po pół roku ich znajomości napisałam do niej, że on jest moją miłością, a nie jej. I powiedziałam mu o tym. Potem obwiniał mnie, że zmąciłam mu kontakty biznesowe. On świetnie manipuluje ludźmi. Dręczyłam się tym, co ta dziewczyna ma, czego ja nie mam. Wiem jedno - była o dziesięć lat młodsza ode mnie.
Kobiety kochające tak jak ja próbują się skonfrontować z tą drugą. Dzwoniłam do niej. Dowiedziałam się, gdzie wynajmuje mieszkanie. Byłam pod jej domem. Kilka razy sprawdzałam, czy nie ma tam jego samochodu. Był. Wiem, że wiele kobiet w takiej sytuacji wystawia walizki partnera za drzwi. A ja przyjmowałam wyjaśnienia typu: znalazł sobie terapeutkę, bo on jest dzieckiem alkoholiczki.
Pewnie pani wydaje się, że następnym razem nie da się innego bezsensownego tłumaczenia zaakceptować. Ależ oczywiście, że się da. Nie tylko nie odeszłam, ale kupiliśmy wspólnie mieszkanie. Włożyłam w nie dużo pieniędzy. Sama urządzałam, bo miało być naszym cudownym domem. Takie jest. Tylko ja tam już nie mieszkam. Cały czas starałam się robić wszystko, by był zadowolony. Choć ból i brak zaufania do niego owładnęły mną zupełnie. Wszystko runęło, gdy znalazłam jej rozbierane zdjęcia w jego komórce. Kazałam mu się wyprowadzić. Oczywiście nie rozumiał dlaczego.
Jednak na myśl o rozstaniu wpadłam w totalną rozpacz. Przez weekend przeleżałam w łóżku, płacząc. Nadal próbowałam walczyć o uczucia tego człowieka. Poszliśmy na terapię dla par w kryzysie. A kiedy zgodnie z zaleceniami psychoterapeuty mieliśmy spędzić wspólny wieczór, pojawiła się ta druga. Rozmawiałyśmy. Dowiedziałam się całej prawdy. Zareagowałam agresją. Uderzyłam go. Zniszczyłam mu
samochód. Ja odeszłam, ona nie. Biorą ślub. Teraz wiem, że i ona jest kobietą kochającą za bardzo.
Nazywam się Anka. Też jestem uzależniona od miłości Kiedy wyrzuciłam go za drzwi, mój 20-letni syn powiedział: 'Mamo, wyszłaś z podziemia'.
Anka ma 37 lat. Dwoje dzieci. Niewysoka blondynka, zadbana. Mówi szybko, często się śmieje. Robi wrażenie silnej, energicznej. Jest finansistką, więc ma umysł ścisły. - Nim dziesięć lat temu związałam się z Piotrem, byłam mężatką. Dla niego się rozwiodłam. Był sporo młodszy ode mnie. Jak wyglądały nasze relacje? Dzień w dzień udowadniałam jemu i sobie, że jestem najlepszą partnerką i kochanką. Teraz wiem, że nie tylko ja cierpiałam, straciłam godność, dałam się całkowicie podporządkować, cierpiały też moje dzieci. Hierarchia w domu była jasna: on, potem dzieci, ja się nie liczyłam.
Nawet zakupy robiłam tylko dla niego. Nie wybaczę sobie, że gdy syn poszedł do pracy, to w lodówce miał swoją półkę. Nie mógł zjeść tego, co było dla Piotra. Mój syn był już dorosły, a ja, kiedy wychodził z przyjaciółmi, martwiłam się, że jak wróci późno, to może się to nie podobać Piotrowi. Będzie wściekły. I kładłam temu mojemu dziecku do głowy, co ma robić, by go nie zezłościć. Kiedy poszłam do pracy, zaczęłam rozumieć swoje błędy. Wreszcie kiedy nawiązał romans ze swoją siostrą cioteczną, kazałam mu się wynosić. Widać moja aureola świętości za mocno uciskała mnie w głowę. Na koniec usłyszałam, że uprasowane koszule to nie wszystko. Po rozstaniu półtora miesiąca funkcjonowałam jak automat. Jeden kłopot pociągał za sobą następny - najpierw facet, później praca, a na koniec zdrowie. W sieci trafiłam na stronę fundacji Kobiece Serca. Wypełniłam test 'Czy jesteś kobietą kochającą za bardzo?'. Prawie wszystkie odpowiedzi brzmiały: 'Tak'. Rozpoczęłam terapię. Choć w naszym zawiązku nie było przemocy, bałam się go - on jako bóg, pan i władca, a reszta jest tylko dodatkiem. W moim domu rodzinnym ojciec też całkowicie zdominował matkę. A ja ten błąd powieliłam.