USA, rok 1963, zamożne przedmieścia 42-letnia Betty Friedan, mężatka, matka trójki dzieci z niedokończonymi studiami psychologicznymi, wydała do dziś nieprzetłumaczoną na polski książkę pt. 'The Feminine Mystique' ('Mistyka kobiecości'). Odwołując się do doświadczeń grupy własnych koleżanek ze studiów, porównuje w niej życie gospodyń domowych marzących o sprostaniu roli idealnej matki, żony i pani domu z sytuacją więźniów obozów koncentracyjnych. Dom wyposażony w mikser, lodówkę i najnowszy model odkurzacza był więzieniem kobiet, u których snucie marzeń o własnej, niesłużącej rodzinie aktywności wywoływało silne poczucie winy. Ambitne mężatki czuły się sfrustrowane i przygniecione codziennością. Idźcie do pracy! - nawoływała Friedan, która założyła istniejącą do dziś Narodową Organizację dla Kobiet.
Warszawa, rok 2009, średniozamożna rodzina inteligencka B. wychowała się w środowisku głęboko wierzącym. Oaza i tradycyjna mimo rozwodu matka sprawiły, że od początku wiedziała, jak będzie wyglądać jej przyszłość: mąż, troje dzieci, praca na trzecim planie - coś jak hobby. Przyjaciółka B. nie daje swoim dzieciom gotowych wędlin; sama piecze w domu schab i szynkę. B. też tak miała robić: dbać o męża, o dzieci i o to, by w domu było ładnie i panowała miła atmosfera. Ponieważ z wykształcenia jest teatrolożką, umiejętność rozróżnienia ładnego od brzydkiego ma niejako we krwi. Robi to instynktownie. W domu miało być ładnie, ciepło i miło. Ale niestety, coś poszło nie tak.
Warszawa, rok 2009 Od pewnego momentu A. nie mogła przestać wrzeszczeć. Kładła wieczorem dzieci, one długo wybierały książeczkę, więc warczała, że ile, do cholery, można czekać. Pakowali się do łóżka, starszy przypominał sobie, że nie zrobił siku, więc A. syczała, żeby się pospieszył. Potem młodsza, kokosząc się wśród poduszek, opierała się łokciem o jej pierś, więc A., wrzeszcząc z bólu, wbijała małej palce w ramię ('Jak możesz?! Czy ty nie rozumiesz, że mnie to boli?! Czy ty tego nie rozumiesz?!'). Potem do pokoju dziecinnego wpadał mąż A. przerażony, co się stało. A. przez zęby mówiła, że nic, ale mała ryczała, więc mąż drążył: 'Ale co? Ale dlaczego?'. Więc A. rzucała książeczką i darła się na męża, żeby się odczepił, do cholery, i że jak ona mówi, że nic, to po co on drąży i drąży? I że jak jest taki mądry, to niech sam kąpie, usypia i czyta pięćdziesiąty raz tę samą cholerną książeczkę. Wtedy mąż A. zaczynał krzyczeć, że dlaczego A. nigdy nie widzi tego, co on robi, i czy ona nie widzi, że on się stara i że zawozi dzieci do przedszkola i robi rano śniadania. A wtedy A. dostawała szału. W końcu tak się wyćwiczyła, że kiedy on o przedszkolu, ona od razu szła zamknąć okno, żeby sąsiedzi nie słyszeli, co będzie dalej. Zamykała okno i darła się w odpowiedzi: że może i on zawozi, ale ona odbiera i że ona robi podwieczorek i
obiad, bo przedszkolnego dzieci nie lubią, i kolację, i szykuje wszystkim ubrania, i pierze, i wiesza, i robi zakupy, i jeszcze musi pracować, więc niech on do niej nie mówi, jaki jest biedny. No i wieczór był przechlapany.
Potem w nocy, kiedy wszyscy spali, A., która mieszkając i pracując w Warszawie, przejeżdżała 80 km dziennie (do pracy, do oddalonego od domu przedszkola, na rehabilitację z synkiem, na targ po warzywa od chłopa, do supermarketu po mięso i nabiał, na lekcje pływania), leżała w łóżku sztywna i myślała, że najlepiej by było, gdyby wstała teraz, spakowała się i wyszła. Parę miesięcy by popłakali, myślała trzeźwo, a potem by się przyzwyczaili. Rodzice by przy dzieciach pomogli, wszystkim byłoby lepiej. A. była pewna, że prędzej czy później zniknie. Im dłużej to trwało, tym częściej myślała, żeby zniknąć bardziej, tak już ostatecznie. Bo rozumiała, że nie uniesie poczucia winy, że swoje kochane ponad wszystko dzieci niszczy. I że nie zniesie życia bez nich. Więc lepiej, rozumowała, będzie, jak się zabije.
Jak się urodził starszy, B. była w ekstazie. Powinna była wziąć wychowawczy (tak zrobiła przyjaciółka, ta od wędlin), ale w pracy bardzo prosili, żeby wróciła, bo zespół się posypał. Wróciła. Szefowa pokładała w niej wielkie nadzieje, więc dała jej bardzo ambitny projekt do przygotowania, rozpisany na dwa lata. B. była tak pochłonięta arcyciekawą pracą, że niemal nie zauważyła, że zaszła w kolejną ciążę. Kiedy urodził się drugi syn, zobaczyła ze zdziwieniem, że praca znaczy dla niej więcej niż nadziewanie schabu śliwkami. Że lubi, owszem, jak stół jest przykryty wyszukanym norweskim obrusem, ale mając do wyboru chodzenie po sklepach w poszukiwaniu dobrego designu za grosze (mimo szybkiego powrotu do pracy także po drugim dziecku w domu wciąż brakowało pieniędzy) albo siedzenie w bibliotece nad doktoratem, bez wahania wybierała to drugie. Jeszcze nie miała drugiego syna i nadal rozważała działanie w neokatechumenacie, kiedy poczuła, że wnerwia ją, kiedy wieczorem mąż otwiera lodówkę i pyta: 'Dlaczego znów nie ma nic do jedzenia?'.
To ją zawstydziło. Podobnie jak odkrycie, że ma mu za złe, że on uważa za naturalne, że zostawi ją z dwójką dzieci, pracą, domem i doktoratem, za to bez samochodu, bo jedzie na tydzień do Paryża oglądać francuskie kino Nowej Fali, z którego on z kolei pisze własny doktorat. I że drętwieją jej ze złości szczęki, kiedy jej mąż, podobnie jak ona pochodzący z tradycyjnego środowiska, z oazy, z domu nasiąkniętego katolickimi wartościami, obraża się, gdy ona planuje wyjazd na dwa dni do Krakowa, w którym ma wygłosić referat jak najbardziej związany z jej pracą zawodową. Mimo że zostawia mu lodówkę pełną jedzenia i babcię, która ma odebrać chłopców z przedszkola, a potem zabawiać do siódmej, o której on wróci z pracy. B. nigdy nie krzyczała. Ani na dzieci, ani na męża. Wyłączała się. Redukowała zadania. Po trzecim dziecku doszła do wniosku, że wisi jej, czy w lodówce są jajka i masło, czy sam lód. Kiedy mąż zastygał po słowach: 'Dlaczego znów nie ma nic do jedzenia?', spokojnym głosem odpowiadała: 'A kupiłeś?'.
Kanada, rok 1969 Margaret Atwood, 30-letnia Kanadyjka będąca od roku mężatką, wydaje swoją pierwszą powieść 'Kobieta do zjedzenia'. Jej tytułowa bohaterka Marian MacAlpin obserwuje, jak przyjaciółka ze studiów, mężatka, matka trójki, kurczy się w sobie. Jej ambicje zaczynają koncentrować się wokół spraw domowych, życie towarzyskie zanika, podobnie jak własne potrzeby. Marian obawia się, że i ona po ślubie zostanie pożarta. Przestaje jeść - najpierw tylko mięso (by nie sprawiać bólu zwierzętom), potem kolejne potrawy stają jej w gardle. Zmagając się ze swoim lękiem przed pozbawioną perspektyw na rozwój przyszłością, Marian piecze dla narzeczonego
ciasto w kształcie kobiety. Niech ją pożre.
Na diagnozę wpadł mąż A., ten, który odwoził dzieci i robił śniadania. Kiedy którejś soboty (weekendy były najgorsze) A. wyszła z łóżka zmęczona mimo długiego snu i zaczęła krzyczeć, po dwóch minutach, zaraz gdy bosą stopą stanęła na klocku lego - a krzyczała tak, że jeszcze wieczorem bolało ją gardło - mąż powiedział: 'Słuchaj, może to depresja?'. A. położyła się w szlafroku na kanapie i płakała do wieczora, nie odwracając się, nawet gdy z telewizora ryczały zwierzaki z Madagaskaru. Mąż znalazł w Google'u psychiatrę gotowego przyjąć ją już w poniedziałek. Psychiatra wysłuchał i zapytał: 'To pani nie?wiedziała, że złość, brak cierpliwości i niekontrolowane wybuchy gniewu są częstą maską depresji?'.
Nie wiedziała, ale gotowa była całować doktora po rękach. Wzięła receptę i już nigdy nie krzyknęła na dziecko. Po dwóch miesiącach brania tabletek poszła z butelką Gato Negro do swojej koleżanki B. Nonszalancko powiedziała, że bierze antydepresanty, a gdy to nie zrobiło na B. wrażenia, dodała coś, co już wcześniej mówiła swojej matce i mężowi: że dla niej symbolem tej depresji jest białe, pokryte gęsią skórką, ohydne udo kurczaka. To, co w Carrefourze, nie wiedzieć czemu, nazywają ćwiartką. I że kiedy myśli, że ma jeszcze raz pójść po tę ćwiartkę do Carrefoura, zaczyna płakać.
I matka, i mąż zapytali: 'Dlaczego? Ale dlaczego chce ci się płakać, jak masz kupić kurczaka?'. 'Nie wiem' - odpowiedziała. Natomiast B. w ogóle się nie zdziwiła. Nalała sobie, skubnęła camemberta i powiedziała: 'Ja płakałam, jak tylko robiłam zupę'.
B., pracująca matka dwójki dzieci, poczuła kiedyś, że już nie może. Nie może obierać marchewki, pietruszki, selera. Nie może myć pora, szorować ziemniaków. Mdli ją na myśl o pakowaniu tego wszystkiego do eleganckiego garnka ze stali nierdzewnej i zalewaniu wodą źródlaną. Musiała jednak gotować zupę, bo była zima i chłopcy tak często chorowali, że częściej siedzieli w domu niż w przedszkolu. A jak dzieci są w domu, to jedzą w domu. Więc B. gotowała im zupę i płakała nad garnkiem. Aż w końcu ją tknęło, że to chyba nie jest do końca normalne, i poszła do psychologa. Psychoterapeutka stwierdziła stany depresyjne i rozpoczęła pracę nad B.
A., słuchając historii swojej koleżanki, przypomniała sobie oglądany sto lat temu recital Magdy Umer. Zapowiadając jeden ze szlagierów, piosenkarka opowiadała o sobie. Że to był taki trudny etap w jej życiu, że wszystko było szare i że ona sama przypominała kobietę, którą podsłuchała w autobusie. A było tak: Jechały dwie koleżanki, szare, z siatami. I jedna mówi: 'Wiesz, mnie najbardziej męczy to myślenie'. A druga: 'A ja w ogóle nie myślę. Smażę im kotletów na cały tydzień i niech potem sobie odgrzewają'.
A. pamiętała, że w tym momencie ludzie ryczeli ze śmiechu. A ona tego w ogóle nie czuła. Aż do dziś. Dopiero teraz, siedząc w kuchni B., pomyślała, że może nie to, że ona jest nienormalna i ma depresyjne skłonności, tylko w ogóle świat wygląda inaczej. I że może trzeba po prostu smażyć te kotlety na tydzień, nie zawracać sobie głowy szczegółami, a czas poświęcić na czytanie dzieciom (bez darcia się o łokcie), przekład ze słoweńskiego i własną rozrywkę? Bo tak na co dzień A., która nigdy nie miała ambicji stwarzania jakiejś niesamowitej atmosfery w domu ani też nie przychodziło jej do głowy, że można piec w domu szynkę, i tak żyła spętana poczuciem winy.
Bo powinna tłumaczyć poetów, jak koledzy, a nie instrukcje działania pralek, co było szybkie i nieskomplikowane. Bo powinna schudnąć tak z 15 kilo, żeby przyzwoicie wyglądać, i to nie tylko na plaży. A ona nie chudła, bo od dziecka lubiła z nerwów jeść. Bo powinna kupować żywność ekologiczną, która choć droga, jest zdrowsza i bardziej wartościowa, a kupuje te kurczaki w Carrefourze, bo nie ma siły myśleć. Bo powinna oszczędzać, jako że jest już po trzydziestce, a na emeryturę płaci sobie według najniższych stawek, a nie oszczędza, bo nie ma z czego. Bo powinna uczyć dzieci angielskiego, a nie uczy. Bo z mężem powinna co tydzień chodzić na randki i uprawiać seks z dildo, a ona nie ma siły, bo woli spać. Bo...
B. mówi, że feministki nie mają dzieci ani mężów i z tego powodu zajmują się głównie aborcją, którą ona sama ma gdzieś. I że raz, jeden raz, trafiła na nazwisko kobiety, która miała inne podejście. Uwzględniała, pisząc z perspektywy feministycznej, to, że doświadczenie kobiece może zawierać w sobie także macierzyństwo i małżeństwo. I pisząc o problemach i dylematach kobiet, pisała z perspektywy pragmatycznej codzienności pracujących matek i żon. Niestety, B., która nigdy nie planowała, że zostanie feministką, już od dawna nie może znaleźć tej książki, nie dowiemy się więc, kim była autorka.
Odkąd zdiagnozowano u niej depresję, A. zaczęła oglądać amerykańskie seriale. Szczególnie lubi 'Gotowe na wszystko', a jej ulubienicą jest Lynette. A. lubi wspominać odcinek, w którym Lynette dostała od matki kolegów z klasy jej dzieci narkotyki, dzięki którym mogła pracować, gotować, piec, nie spać i szyć całą noc, jak w transie, kostiumy na szkolne przedstawienie. Wreszcie zrozumiała, jak inne matki dają sobie radę. A. czuje się już zdrowa, ale oboje z mężem wiedzą, że nie ma powrotu do tego, co było. Już nigdy nie będzie jeździć 80 km dziennie.
Niedawno A. obejrzała niemiecki film 'Obcy we mnie' opowiadający o kobiecie, która po urodzeniu wyczekiwanego dziecka zapada na depresję poporodową. Jak zahipnotyzowana patrzyła na bohaterkę, która w nocy wymyka się z łóżka, cicho, żeby nie obudzić męża, i ucieka do lasu. Przełykała ślinę, gdy Niemka kuliła się w sobie, bo mąż po całym dniu w pracy pragnął czułości, a ona po całym dniu z niemowlakiem, sobą samą i pustką wokół pragnęła tylko tego, żeby nikt nic od niej nie chciał. A. mówi, że gdyby ten film obejrzała parę lat wcześniej, nie wpadłaby w depresję. Zwłaszcza gdyby obejrzał go jej mąż i cała reszta świata.
USA, rok 1981, krótko przed nadejściem trzeciej fali feminizmu Betty Friedan, rozwódka, uznana amerykańska pisarka feministyczna, wydała do dziś nieprzetłumaczoną na polski książkę pt. 'The Second Stage'. Pisze w niej o milczeniu, także w środowisku feministycznym, o codzienności pracujących matek i żon. O tym, jak trudno jest łączyć pracę zawodową z wychowywaniem dzieci i prowadzeniem domu. Betty Friedan umarła w 2006 r. Przed śmiercią uznała, że postulat aktywizacji zawodowej gospodyń domowych nie przyniósł efektów, jakich oczekiwała. Kobiety nie pozbyły się swojej frustracji, przybyły im jedynie nowe do niej powody.