http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Kiedy potwór znika

rozmawiała Katarzyna Surmiak-Domańska
2009-06-14, ostatnia aktualizacja 2009-06-10 10:01

Ten kubek! Z niego piłam ocet, żeby się ciebie pozbyć, kiedy byłam z tobą w ciąży! - rozmowa z psychoterapeutką Anną Dodziuk


Fot. Tim Tadder Tim Tadder/Corbis
ZOBACZ TAKŻE
GALERIA ZDJĘĆ
SERWISY
Czy można wybaczyć komuś, kto wcale nie czuje się winny?

Oczywiście. Wybaczam dla siebie, a nie dla osoby, która mnie skrzywdziła. Jeżeli nie jestem w stanie czegoś przebaczyć, mnie samą to gryzie i drąży, ja ponoszę koszty emocjonalne. Wybaczenie przynosi niebywałą ulgę, jeżeli nie jest tylko powierzchowną deklaracją i rzeczywiście udaje nam się być w kontakcie ze swoimi uczuciami. Niezależnie od tego, czy ten, komu wybaczamy, o tym wie, czy w ogóle żyje. Wyczerpująco opisuje to Jerzy Melibruda w swojej książce 'Pułapka nie wybaczonej krzywdy'.

Dlaczego tak trudno jest wybaczyć własnej matce?

Bo matki zajmują w życiu córek pozycję, która daje im ogromną moc, a przez to mnóstwo różnych możliwości, żeby uszkodzić córkę. Zwykle matka nie zdaje sobie z tego sprawy. Sądzi, że ukłuła szpileczką, a dla córki to nóż i rana latami nie chce się zagoić. Niczyja krytyka tak nie boli i nie zostaje tak długo w pamięci, nikt nie ma nad nami takiej władzy jak matka. Często słucham opowieści dorosłych córek: 'Jadę do matki i boję się, że ona mnie znowu skasuje, znowu mi będzie mówić, że nie tak żyję i jestem do niczego. Ale jadę... Pierwszy dzień fantastyczny, siedzimy w kuchni, rozmawiamy, ona coś dobrego gotuje. Na drugi dzień się zaczyna, a na trzeci to już tylko uciekać. Wkręcamy się w ten sam układ: ona mnie krytykuje, chce układać mi życie, ja znowu się wściekam'.

Pracowałam kiedyś z kobietą po czterdziestce, niepijącą alkoholiczką, która mieszkała w jednym domu ze swoją matką, ona na dole, a matka na piętrze. Wołała ją z góry: 'Chodź, napijemy się herbaty'. Córka biegła, krzątała się po kuchni uszczęśliwiona, że mama wychodzi z inicjatywą. A ona siadała przy stole i podnosząc kubek, oświadczała: 'Ten kubek! Z niego piłam ocet, żeby się ciebie pozbyć, kiedy byłam z tobą w ciąży!'. Po czymś takim kobieta przez parę miesięcy była rozbita, ogromnie cierpiała. A kiedy mama znowu wołała ją na górę, ta znowu szła jak w dym.

Bo zawsze jest nadzieja, że tym razem będzie inaczej.

Tak. Chociaż doświadczenie podpowiada, że będzie tak samo.

Dlaczego matki nas tak ranią, skoro nas kochają?

Pracuję najczęściej z kobietami w wieku 30-55 lat. Ich matki to w większości kobiety pokolenia wojennego lub bezpośrednio powojennego. Ich mentalność formowała się w czasach, kiedy najważniejszym życiowym zadaniem było przetrwanie. Musiały wydorośleć bardzo szybko. Ukształtowały je także czasy PRL-u. Wedle ówczesnej pedagogiki dziecko było traktowane jak maszyna: nakarmić, przewinąć, żeby miało czysto i sucho, ulokować w bezpiecznym miejscu - nikt się nie interesował jego potrzebami emocjonalnymi. Najlepszy przykład to karmienie o ustalonych godzinach. Można tylko próbować sobie wyobrazić cierpienia niemowlęcia, któremu czas pozostający do niewzruszonej pory karmienia musiał wydawać się wiecznością. Matki z czasów PRL-u z łatwością przyjmowały tę ideologię, ponieważ ich potrzebami też się specjalnie nikt nie przejmował: ich matki - zresztą ojcowie tym bardziej - nie miały dla nich zbyt wielu uczuć, uwagi i troski, wojna pozbawiła je dzieciństwa. Zresztą cały autorytet naukowej wiedzy popierał przekonanie, że właśnie taki rygor jest dla dziecka najlepszy. Dziecku przypisywano posiadanie jakichś uczuć dopiero w wieku, kiedy już dawno było przez rodziców stłamszone i zdołowane. Mam wrażenie, że w Polsce do dziś pokutuje model, w którym dziecko się pielęgnuje, a nie wychowuje. I około najdalej siódmego roku życia, kiedy idzie do szkoły, a czasem już wcześniej, okres ochronny się kończy. Zaczyna się krytyka, wtłaczanie dziecka w wyobrażenia, które mają rodzice i szkoła, pretensje o to, że córka czy syn nie pasuje do naszego ideału.

Czy matki nie czują się winne?

Oczywiście, że czują się winne. I poczucie krzywdy, i winy jest wbudowane w relację matka - córka. Córki też czują się skrzywdzone, a jednocześnie trochę winne, kiedy występują przeciwko matkom, kiedy nie spełniają ich oczekiwań. Nasza kultura jest podobno patriarchalna, ale kult matki ma ogromną siłę.

Problem w tym, że poczucie winy jednej strony i poczucie krzywdy drugiej się nie spotykają.

Za co innego ktoś czuje się winny, a z innego powodu ten drugi skrzywdzony?

Tak. Możemy być prawie pewni, że te uczucia się spotkają jedynie w sytuacjach oczywistych, na przykład kiedy pijana matka podpaliła dom. Natomiast w sytuacjach mniej jednoznacznych matki i córki mają zwykle zupełnie inny punkt widzenia. Znam matkę, która przygotowywała się latami, żeby przeprosić córkę za krzywdę, którą jej - w swoim odczuciu - wyrządziła. W końcu zdobyła się na to, wyznała winę. I co? Okazało się, że córka nawet tamtego zdarzenia nie pamięta. Z kolei córki często mają bolesne wspomnienia związane z tym, że matka ograniczała ich wolność, a ona w tej sprawie nie ma żadnego poczucia winy. Jest przekonana, że postępowała słusznie.

Nie ma pozytywnych relacji?

Bywają, chociaż rzadziej, niż się to wydaje. Chociaż z drugiej strony mam też poczucie, że niekiedy te relacje są postrzegane gorzej, niż na to zasługują, z powodu stereotypu toksyczności ukształtowanego przez literaturę psychologiczną. Wiele osób, które trochę jej liznęło, natychmiast zaczyna tropić toksyczność u swoich rodziców. Za symptomatyczną uważam sytuację, która zdarzyła się kiedyś w prowadzonej przeze mnie grupie. Panie narzekały na swoje matki, do czego rzeczywiście miały powody, ale była wśród nich jedna, której wspomnienia związane z matką były dobre. Czuła się nieswojo, jakby nie miała do tego prawa. Musiała dostać ode mnie specjalne pozwolenie, żeby o tym opowiedzieć. Pamiętam też, jak niedawno w grupie słuchałyśmy z zazdrością, kiedy czterdziestoparoletnia kobieta z bardzo trudną sytuacją małżeńską mówiła o swojej matce: 'Kiedy mam kryzys, jadę do mamy i mówię: » Mamo, ja bym chciała spać razem z tobą «. Mama na to: » Przecież masz osobne łóżko, idź spać tam «. A ja: » Nie, bo ja bym się chciała do ciebie przytulić «. I mama mówi: » No dobra, chodź «'. To mi się wydaje zupełnie naturalne. Ludzie potrzebują być blisko. Matki i córki potrzebują być blisko.

Jeśli matka nas przez lata raniła, to czy takie zbliżenie jest w ogóle możliwe?

Bardzo ciekawe są opowieści, jak to niekiedy wygląda po terapii. Kobieta uzyskuje więcej autonomii i zaczyna mieć ochotę na sprawdzian. Jedzie do matki i potem opowiada: 'Tyle lat się jej bałam, tyle przepłakałam z jej powodu, a tu przyjeżdżam i widzę, że ona ma tyle zmarszczek, jest taka malutka, że tylko chciałoby się ją przytulić'. Ale taka zmiana sposobu widzenia jest możliwa dopiero wtedy, kiedy znika ten wszechwładny potwór, którego mamy w głowie i który nam popsuł całe życie. Kiedy udaje nam się od takiej wizji matki uwolnić.

Jak?

Cudownie by było, gdybyśmy mieli skalpel do odcinania przeszłości albo różdżkę, która zamieniałaby nakręcony już kawałek filmu z naszego życia na lepszy - z czarnego na bardziej kolorowy.

Źródło: Wysokie Obcasy

Zobacz więcej na temat:

  • Kiedy potwór znika strzykwa 16.06.09, 17:41

    Chciałabym, żeby moja Mama przeczytała ten artykuł.»

  • Kiedy potwór znika mrumru81 17.06.09, 11:33

    Popłakałam się. Moja sadystka ma 84 lata i nie traci inwencji. Nikomu tego nie życzę.»

  • Kiedy potwór znika potarganyzyciem 17.06.09, 20:03

    A moja kochana mamusia, oprocz wszystkich drobnych gówien, które mi zrobiła,odwaliła jeden na prawdę niezły numer. Przylazła do mnie w nocy do sypialni ipocałowała, tak, że poczułem nagle »

W numerze z 28 sierpnia