Święta. Czy ten czas jest dobry dla wszystkich?
Anna Dodziuk
2004-03-03, ostatnia aktualizacja 2001-12-07 11:45
Są rodziny, w których w te dni jest dobrze, ciepło i radośnie. Ale są też inne, i o nich właśnie chcę napisać
Tym, którzy się w rodzinnym gronie lubią, kochają, przyjaźnią - święta służą. Dla nich może to być jedna z nielicznych okazji w roku, żeby na siebie spojrzeć, pomówić, pobyć ze sobą bez pośpiechu i przypomnieć sobie, jak ważni są dla siebie nawzajem. Ludzie lubią Boże Narodzenie właśnie dlatego, że zbierają wtedy ciepło i radość, które pomagają przetrwać w zimnej rzeczywistości następnych miesięcy.
Ale nie każdy ma szczęście znaleźć się podczas świąt w tej bajce, niektórzy stają przed koniecznością przetrwania pustego czasu, w którym nie ma interesów, znajomych ani rozrywek innych niż domowe.
Żal mi tych, którzy się w święta ze swoją rodziną nudzą. Żal, że czują się zmuszeni udawać: niby wszystko jest w porządku, kochana rodzinka, kochane dzieciaki - tylko nie wiadomo dlaczego mają poczucie, że jeśli jeszcze dwa dni posiedzą w domu, to chyba zwariują.
Właśnie coś takiego mówił mi ostatnio Piotr, kiedy się zastanawiał, czy już w pierwsze święto nie wyjechać. Normalnie ten mężczyzna po trzydziestce żyje sprawami pracy i niespecjalnie interesuje się domem, a jego Hania - obciążona dwójką dzieci, rozżalona wieczną nieobecnością męża - kojarzy mu się z narzekaniem i wyrzutami sumienia. Nie solidaryzuję się z nim i niezbyt mi się podoba jego sposób życia, ale też nie dziwię się, że przy takich skojarzeniach nie czeka niecierpliwie na Boże Narodzenie.
Podobnie jest u Marty, gdzie jej syn Łukasz nudzi się z rodzicami i młodszym rodzeństwem. Chyba czuje się podobnie jak Piotr: dłuższa obecność w domu wystawia go na pretensje i żale matki. W zwyczajne dni udaje się umknąć do kolegów, do kina, do kawiarenki internetowej. A w święta trzeba siedzieć w domu i - chciał nie chciał - kontaktować się z rodziną.
Można powiedzieć, że to nie jest taka zwykła nuda: to nuda zaczepno-odporna, pełna napięcia, a czasem nawet wrogości. Trudno powiedzieć, kiedy zaczął się taki układ, ale zaczynamy go zauważać, kiedy już utrwalił się na dobre: ktoś czuje się zawiedziony i rozczarowany, ktoś inny - osaczony przez oczekiwania, których nie może spełnić, i przez poczucie winy. Rozmawiając z Piotrem, patrząc na minę Łukasza, mam wrażenie, że sytuacja jest nie do ruszenia. A to oznacza, że czekają ich święta dużo gorsze niż powszednie dni.
W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że skoro mnie - nieuwikłanej w te sytuacje, urodzonej optymistce - tak łatwo poczuć tutaj beznadzieję, to już na pewno ani Piotr, ani Hania, ani Marta, ani Łukasz nie potrafią zobaczyć dobrych szans w świątecznych dniach. Może dlatego niewiele się udaje, nawet jeśli inni członkowie rodziny próbują poprawić sytuację.
Zakładając, że jednak coś można zrobić, stajemy wobec pytania: kto i co? Mógłby każdy, także dzieci, tyle że one potrzebują poparcia.
A co? Pomysłów jest sporo. Zanim się nimi podzielę, chcę poczynić dwie sugestie: po pierwsze - warto inwestować energię w pomysły, w których wezmą udział wszyscy domownicy, a jeśli spodziewacie się kogoś na święta - również goście. Najlepiej zacząć już od przygotowań, wciągając w nie wszystkich. W porządkach, zakupach, szykowaniu potraw, dekorowaniu znajdzie się zajęcie dla każdego (koniecznie trzeba wciągnąć w te przygotowania także maluchy) - może uda się uczynić obchodzenie świąt wspólną sprawą. Najmłodsi są świetnymi ambasadorami takiej idei, starsi (od nastolatków poczynając) lubią się ociągać, ale współdziałanie - nawet lekko wymuszone - wciąga i angażuje, a dzięki temu zwiększa szanse weselszego przeżywania razem świąt.
I druga sugestia - warto zaplanować rozmaite wspólne aktywności, żeby sporo się działo: może wybierzecie się gdzieś razem albo będziecie całą rodziną coś robić. Bardzo zmienia sytuację choćby pogranie w jakąś grę, najlepiej z elementami współzawodnictwa. Dobrze jest przekazać inicjatywę małym i pozwolić im wybrać, w co chcą grać, albo przynajmniej uzgodnić to z nimi. Specjalna wskazówka dla inicjatora: od rozżalonych i zawiedzionych oraz pełnych poczucia winy trudno spodziewać się entuzjazmu, dlatego wystarczy, żeby ktoś, kto tak przeżywa święta, łaskawie się zgodził wziąć udział we wspólnej rozrywce. Może się wciągnie?
Postanowiłam wykorzystać Piotra jako eksperta i zapytałam, co myśli o tej sugestii. Najpierw się wahał, czy to w ogóle ma sens, a potem jakby coś mu w głowie "zaskoczyło" i pojawiły się własne pomysły, na przykład, że będzie z dziewczynkami i z Hanią układał puzzle, bo to wszyscy lubią, a potem zrobią sobie konkurs na "wydzieranki" (dla tych, co nie wiedzą - wycinanki, tylko robione nie nożyczkami, ale palcami).
Z kolei Piotr chciał się czegoś dowiedzieć ode mnie. Zna mój sposób myślenia i wie, że za jedno z głównych narzędzi naprawiania kontaktów między ludźmi uważam rozmowę, dlatego zapytał, czy nie lepiej byłoby w czasie świąt porozmawiać z Hanią o ich sytuacji. Uważam, że w ogóle miałoby to duży sens, ale przecież nie wtedy. Na świąteczny czas wskazanie jest odwrotne niż zazwyczaj: nie rozmawiajcie o kłopotach, nie wyjaśniajcie sytuacji, tylko zróbcie coś, co ją rozjaśni. Zwłaszcza Boże Narodzenie - z życzeniami, prezentami, wspólnymi posiłkami i śpiewaniem kolęd - to święta nastawione na odkładanie na bok uraz i żalów i na okazywanie sobie ciepła i życzliwości. Wyjaśnianie relacji wymaga czegoś innego: ujawnienia pretensji, okazania goryczy i złości, czasem sporu i gwałtownego bronienia swoich racji. Te dwa procesy są emocjonalnie nie do pogodzenia, oddajmy więc w święta pole temu cieplejszemu. Postępowanie, jakie umożliwia uruchomienie tego procesu, jest może nieco sztuczne, ale kto powiedział, że dobre samopoczucie zawsze musi być wywołane spontanicznie? Jeśli ktoś woli w sposób naturalny nudzić się i być sfrustrowany - to jego sprawa. Ja wolę coś przedsięwziąć, z początku nawet sztucznego, i być w święta w dobrym humorze.
A teraz obiecane pomysły, sugestie do twórczego rozwijania. Na przykład pomysł sprzed I wojny światowej, kiedy to w dworkach bawiono się w żywe obrazy, czyli krótkie scenki teatralne. Moi znajomi robią to w ten sposób: kolejno przedstawiają przysłowia i porzekadła, przy czym każdy może dobrać sobie kogoś jako pomocnika czy drugiego aktora. Moja córka urządza pokazy mody, przebierając się i zachęcając innych, by wymyślili dla siebie chociaż jedną niecodzienną kreację i zaprezentowali ją (chętnie służy pomocą, od dzieciństwa ma półkę z chustkami, szalami i kawałkami materiałów, z których można robić "przebióry"). Pewne małżeństwo ze swoimi prawie dorosłymi dziećmi niestrudzenie gra w kanastę.
Mistrzowie w uprawianiu świątecznej rodzinnej rozrywki to zaprzyjaźnieni ze mną rówieśnicy Hanki i Piotra - małżeństwo, które korzysta z podręcznika wydanego w 1900 roku o nazwie "Gry i zabawy towarzyskie. Wskazówki dla przyjemnego i użytecznego spędzenia czasu w domu i po za domem" autorstwa Mieczysława Rościszewskiego. W rozdziale "Gry i zabawy salonowe" są propozycje proste i rewelacyjne.
Na przykład: każdy na kartce zapisuje pytanie, wszyscy wrzucają je do kapelusza i kolejno losują, żeby odpowiedzieć na tej samej kartce i wrzucić z powrotem. Wybrana osoba czyta odpowiedzi i gra toczy się dalej. Można oczywiście - to już modyfikacja dzisiejszych użytkowników książki - ograniczyć temat pytań, na przykład tylko skierowane do siebie nawzajem. Zabawa w rymy polega na tym, że u góry kartki rozpoczynający wpisuje zdanie, ogłasza ostatnie słowo i ilość sylab w zdaniu, a następnie niewidoczne, bo zasłonięte zagiętym brzeżkiem kartki, daje kolejnej osobie do zrymowania. Kiedy każdorazowo zrymowane i zasłonięte zdania dotrą do osoby, która zaczynała, można powtórzyć zadanie od nowa, nawet kilka razy, żeby utwór był dłuższy. "Gdy wszyscy stworzą tym sposobem cudaczną banialukę, odczytuje się ją głośno ku ogólnej uciesze" - dowiadujemy się z podręcznika (strona 9). Jest tych pomysłów 50 tylko na salony, a oprócz tego gry z piłką i kulą, gry umysłowe, zabawy wróżbiarskie.
Zaś autor deklaruje cel podobny do tego, jaki mnie w tych przedświątecznych sugestiach przyświecał: "W przeświadczeniu, że wszyscy jesteśmy dużemi dziećmi i że tam, gdzie idzie o zabawę, chętnie stajemy do apelu, że wrodzonego upodobania do rozrywki i uciechy nie wyrugowały z nas żadne prądy ani hasła głoszące powagę bezwzględną, a więc nudę - wychodząc z tego punktu widzenia rzeczy ułożyliśmy poradnik zabaw tak dobrze dla młodzieży, jak i dla dorosłych, którzy, bez żadnego wyrzutu sumienia mogą i powinni szukać ulgi w ciężkich strapieniach i gorączce walki o chleb powszedni".
Życzę wszystkim, żeby tegoroczne święta udały się jak najlepiej.
Ale nie każdy ma szczęście znaleźć się podczas świąt w tej bajce, niektórzy stają przed koniecznością przetrwania pustego czasu, w którym nie ma interesów, znajomych ani rozrywek innych niż domowe.
Żal mi tych, którzy się w święta ze swoją rodziną nudzą. Żal, że czują się zmuszeni udawać: niby wszystko jest w porządku, kochana rodzinka, kochane dzieciaki - tylko nie wiadomo dlaczego mają poczucie, że jeśli jeszcze dwa dni posiedzą w domu, to chyba zwariują.
Właśnie coś takiego mówił mi ostatnio Piotr, kiedy się zastanawiał, czy już w pierwsze święto nie wyjechać. Normalnie ten mężczyzna po trzydziestce żyje sprawami pracy i niespecjalnie interesuje się domem, a jego Hania - obciążona dwójką dzieci, rozżalona wieczną nieobecnością męża - kojarzy mu się z narzekaniem i wyrzutami sumienia. Nie solidaryzuję się z nim i niezbyt mi się podoba jego sposób życia, ale też nie dziwię się, że przy takich skojarzeniach nie czeka niecierpliwie na Boże Narodzenie.
Podobnie jest u Marty, gdzie jej syn Łukasz nudzi się z rodzicami i młodszym rodzeństwem. Chyba czuje się podobnie jak Piotr: dłuższa obecność w domu wystawia go na pretensje i żale matki. W zwyczajne dni udaje się umknąć do kolegów, do kina, do kawiarenki internetowej. A w święta trzeba siedzieć w domu i - chciał nie chciał - kontaktować się z rodziną.
Można powiedzieć, że to nie jest taka zwykła nuda: to nuda zaczepno-odporna, pełna napięcia, a czasem nawet wrogości. Trudno powiedzieć, kiedy zaczął się taki układ, ale zaczynamy go zauważać, kiedy już utrwalił się na dobre: ktoś czuje się zawiedziony i rozczarowany, ktoś inny - osaczony przez oczekiwania, których nie może spełnić, i przez poczucie winy. Rozmawiając z Piotrem, patrząc na minę Łukasza, mam wrażenie, że sytuacja jest nie do ruszenia. A to oznacza, że czekają ich święta dużo gorsze niż powszednie dni.
W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że skoro mnie - nieuwikłanej w te sytuacje, urodzonej optymistce - tak łatwo poczuć tutaj beznadzieję, to już na pewno ani Piotr, ani Hania, ani Marta, ani Łukasz nie potrafią zobaczyć dobrych szans w świątecznych dniach. Może dlatego niewiele się udaje, nawet jeśli inni członkowie rodziny próbują poprawić sytuację.
Zakładając, że jednak coś można zrobić, stajemy wobec pytania: kto i co? Mógłby każdy, także dzieci, tyle że one potrzebują poparcia.
A co? Pomysłów jest sporo. Zanim się nimi podzielę, chcę poczynić dwie sugestie: po pierwsze - warto inwestować energię w pomysły, w których wezmą udział wszyscy domownicy, a jeśli spodziewacie się kogoś na święta - również goście. Najlepiej zacząć już od przygotowań, wciągając w nie wszystkich. W porządkach, zakupach, szykowaniu potraw, dekorowaniu znajdzie się zajęcie dla każdego (koniecznie trzeba wciągnąć w te przygotowania także maluchy) - może uda się uczynić obchodzenie świąt wspólną sprawą. Najmłodsi są świetnymi ambasadorami takiej idei, starsi (od nastolatków poczynając) lubią się ociągać, ale współdziałanie - nawet lekko wymuszone - wciąga i angażuje, a dzięki temu zwiększa szanse weselszego przeżywania razem świąt.
I druga sugestia - warto zaplanować rozmaite wspólne aktywności, żeby sporo się działo: może wybierzecie się gdzieś razem albo będziecie całą rodziną coś robić. Bardzo zmienia sytuację choćby pogranie w jakąś grę, najlepiej z elementami współzawodnictwa. Dobrze jest przekazać inicjatywę małym i pozwolić im wybrać, w co chcą grać, albo przynajmniej uzgodnić to z nimi. Specjalna wskazówka dla inicjatora: od rozżalonych i zawiedzionych oraz pełnych poczucia winy trudno spodziewać się entuzjazmu, dlatego wystarczy, żeby ktoś, kto tak przeżywa święta, łaskawie się zgodził wziąć udział we wspólnej rozrywce. Może się wciągnie?
Postanowiłam wykorzystać Piotra jako eksperta i zapytałam, co myśli o tej sugestii. Najpierw się wahał, czy to w ogóle ma sens, a potem jakby coś mu w głowie "zaskoczyło" i pojawiły się własne pomysły, na przykład, że będzie z dziewczynkami i z Hanią układał puzzle, bo to wszyscy lubią, a potem zrobią sobie konkurs na "wydzieranki" (dla tych, co nie wiedzą - wycinanki, tylko robione nie nożyczkami, ale palcami).
Z kolei Piotr chciał się czegoś dowiedzieć ode mnie. Zna mój sposób myślenia i wie, że za jedno z głównych narzędzi naprawiania kontaktów między ludźmi uważam rozmowę, dlatego zapytał, czy nie lepiej byłoby w czasie świąt porozmawiać z Hanią o ich sytuacji. Uważam, że w ogóle miałoby to duży sens, ale przecież nie wtedy. Na świąteczny czas wskazanie jest odwrotne niż zazwyczaj: nie rozmawiajcie o kłopotach, nie wyjaśniajcie sytuacji, tylko zróbcie coś, co ją rozjaśni. Zwłaszcza Boże Narodzenie - z życzeniami, prezentami, wspólnymi posiłkami i śpiewaniem kolęd - to święta nastawione na odkładanie na bok uraz i żalów i na okazywanie sobie ciepła i życzliwości. Wyjaśnianie relacji wymaga czegoś innego: ujawnienia pretensji, okazania goryczy i złości, czasem sporu i gwałtownego bronienia swoich racji. Te dwa procesy są emocjonalnie nie do pogodzenia, oddajmy więc w święta pole temu cieplejszemu. Postępowanie, jakie umożliwia uruchomienie tego procesu, jest może nieco sztuczne, ale kto powiedział, że dobre samopoczucie zawsze musi być wywołane spontanicznie? Jeśli ktoś woli w sposób naturalny nudzić się i być sfrustrowany - to jego sprawa. Ja wolę coś przedsięwziąć, z początku nawet sztucznego, i być w święta w dobrym humorze.
A teraz obiecane pomysły, sugestie do twórczego rozwijania. Na przykład pomysł sprzed I wojny światowej, kiedy to w dworkach bawiono się w żywe obrazy, czyli krótkie scenki teatralne. Moi znajomi robią to w ten sposób: kolejno przedstawiają przysłowia i porzekadła, przy czym każdy może dobrać sobie kogoś jako pomocnika czy drugiego aktora. Moja córka urządza pokazy mody, przebierając się i zachęcając innych, by wymyślili dla siebie chociaż jedną niecodzienną kreację i zaprezentowali ją (chętnie służy pomocą, od dzieciństwa ma półkę z chustkami, szalami i kawałkami materiałów, z których można robić "przebióry"). Pewne małżeństwo ze swoimi prawie dorosłymi dziećmi niestrudzenie gra w kanastę.
Mistrzowie w uprawianiu świątecznej rodzinnej rozrywki to zaprzyjaźnieni ze mną rówieśnicy Hanki i Piotra - małżeństwo, które korzysta z podręcznika wydanego w 1900 roku o nazwie "Gry i zabawy towarzyskie. Wskazówki dla przyjemnego i użytecznego spędzenia czasu w domu i po za domem" autorstwa Mieczysława Rościszewskiego. W rozdziale "Gry i zabawy salonowe" są propozycje proste i rewelacyjne.
Na przykład: każdy na kartce zapisuje pytanie, wszyscy wrzucają je do kapelusza i kolejno losują, żeby odpowiedzieć na tej samej kartce i wrzucić z powrotem. Wybrana osoba czyta odpowiedzi i gra toczy się dalej. Można oczywiście - to już modyfikacja dzisiejszych użytkowników książki - ograniczyć temat pytań, na przykład tylko skierowane do siebie nawzajem. Zabawa w rymy polega na tym, że u góry kartki rozpoczynający wpisuje zdanie, ogłasza ostatnie słowo i ilość sylab w zdaniu, a następnie niewidoczne, bo zasłonięte zagiętym brzeżkiem kartki, daje kolejnej osobie do zrymowania. Kiedy każdorazowo zrymowane i zasłonięte zdania dotrą do osoby, która zaczynała, można powtórzyć zadanie od nowa, nawet kilka razy, żeby utwór był dłuższy. "Gdy wszyscy stworzą tym sposobem cudaczną banialukę, odczytuje się ją głośno ku ogólnej uciesze" - dowiadujemy się z podręcznika (strona 9). Jest tych pomysłów 50 tylko na salony, a oprócz tego gry z piłką i kulą, gry umysłowe, zabawy wróżbiarskie.
Zaś autor deklaruje cel podobny do tego, jaki mnie w tych przedświątecznych sugestiach przyświecał: "W przeświadczeniu, że wszyscy jesteśmy dużemi dziećmi i że tam, gdzie idzie o zabawę, chętnie stajemy do apelu, że wrodzonego upodobania do rozrywki i uciechy nie wyrugowały z nas żadne prądy ani hasła głoszące powagę bezwzględną, a więc nudę - wychodząc z tego punktu widzenia rzeczy ułożyliśmy poradnik zabaw tak dobrze dla młodzieży, jak i dla dorosłych, którzy, bez żadnego wyrzutu sumienia mogą i powinni szukać ulgi w ciężkich strapieniach i gorączce walki o chleb powszedni".
Życzę wszystkim, żeby tegoroczne święta udały się jak najlepiej.
W numerze z 28 sierpnia
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień









