Mówi się: urodzisz - pokochasz. Czasem tak się jednak nie dzieje. Matka rodzi dziecko, a miłość się nie pojawia. Dlaczego? Powody mogą być różne. Na pewno takim czynnikiem, który może przyczynić się do niechętnej postawy wobec własnego dziecka, bywa nieplanowana i niechciana
ciąża. Jeśli
kobieta w dodatku jest bardzo młoda i zostaje sama, może nie wiedzieć, co z tym fantem zrobić. Może się pojawić poczucie krzywdy, niezgody, a jednocześnie przymus - że to dziecko trzeba urodzić (w naszym kraju często nie ma przecież innego wyjścia). I mimo że taka kobieta na poziomie racjonalnym rozumie, że to nie dziecko jest winne, to emocjonalnie swoją niechęć kieruje na nie. Bo to ono jest bezpośrednią przyczyną, że jej wolność została ograniczona.
Czytałam taką wstrząsającą wypowiedź matki na forum: ''Planowałam to dziecko, czekaliśmy na nie z mężem. Córka ma dzisiaj kilka lat i nie jestem w stanie być z nią w jednym pokoju. Wszystko mnie w niej drażni''. To może być kolejna przyczyna. Konfrontacja wyobrażenia z rzeczywistością. Zdarza się, że młoda kobieta decyduje się na dziecko, bo chce mieć kogoś, kto będzie ją kochał lub kogoś do kochania. Ono się rodzi, ale ona nie była przygotowana na to, jak jej życie się zmieni. Nie spodziewała się, że będzie tak uwiązana, że nie będzie mogła pójść do klubu, że będzie tak strasznie zmęczona. Porównuje się z rówieśniczkami i widzi, że nikt nie ma tak źle i tak ciężko, a swoją niechęć kieruje na dziecko. Tutaj można mówić o niedojrzałości emocjonalnej, ale tak się może zdarzyć też w przypadku dojrzałej matki, która - tak jak pani powiedziała - czeka na to wymarzone, wyidealizowane dziecko, a kiedy ono się rodzi i jest inne, niż miało być, pojawia się rozczarowanie.
Tak jak w przypadku innej wypowiedzi z forum: ''Wszyscy mówią, że ta moja córka jest taka pocieszna, ładnie rysuje, ładnie śpiewa - może i jest pocieszna, może i ładnie rysuje i śpiewa. Ja tego nie widzę. Jedyne, co widzę, to glut wiszący do pasa, majtki wystające z rajstop, jej nieporadność''. No właśnie. Matka stworzyła sobie w głowie obraz tej córki, zanim ona się pojawiła na świecie. Miała wobec niej sprecyzowane oczekiwania, a córka ich nie spełniła.
Nie mogła ich spełnić, bo dzieci są różne i nigdy nie będą pasować do konkretnej wizji. A jak dziecko nie pasuje, jak już nas rozczaruje, to zaczynamy zwracać uwagę tylko na to, co jest negatywne: że siusia w majtki, chociaż już nie powinno, że nie wchodzi na drabinki tak wysoko jak inne dzieci, że nie umie się ubrać, że ten glut wisi. A przecież jest tak, że zawsze znajdą się dzieci, które umieją robić coś lepiej od naszego dziecka, i takie, które robią coś gorzej. Takie, które szybciej się rozwijają, szybciej usamodzielniają, i takie, które robią to wolniej. Jeśli będę porównywać swoje dziecko tylko do tych szybszych i lepszych, będę widzieć tylko te opadające majtki, zawsze będę z niego niezadowolona.
W filmie ''Musimy porozmawiać o Kevinie'' matka jest dorosła, ma dobre warunki bytowe, kochającego męża, ale nie cieszy się, kiedy zachodzi w ciążę. Synek okazuje się tzw. trudnym dzieckiem. Między nimi jest wieczne napięcie, brak zrozumienia. W miarę jak rośnie, problemy robią się coraz większe. Zastanawiałam się, oglądając ten film, co było pierwsze - czy Kevin był z gruntu zły, czy jej odrzucenie tak go ukształtowało? Ciężko zawyrokować, co było pierwsze. Zły nie był, ale mógł być od początku trudny. Kiedyś psychologowie byli zdania, że to, jak rozwijają się stosunki między dzieckiem a matką, zależy wyłącznie od matki. Teraz wiemy, że to zależy od obojga. Żeby między matką a dzieckiem powstała tzw. bezpieczna więź, musi zachodzić taki taniec interakcyjny. To jest rozmowa, która się bez przerwy toczy. Matka uśmiecha się do dziecka, dziecko uśmiecha się do matki. Ono coś gaworzy, ona odpowiada. Natura tak nas stworzyła, że to budzi coraz większe uczucie. Natomiast jeśli mamy dziecko, które nie odpowiada na nasz uśmiech, albo dziecko, które nas odpycha, kiedy bierzemy je na ręce, nie utrzymuje kontaktu wzrokowego, ciągle płacze, to stworzenie więzi jest utrudnione. Dziecko robi się coraz bardziej uciążliwe, a w nas rośnie niechęć do niego. Wzajemne odpowiadanie na uśmiechy czy wokalizacje jest nagradzające i dla matki, i dla dziecka.
Te tzw. trudne dzieci, które dużo płaczą albo mają cechy autystyczne, albo są chore, są trudne do opieki, bo nie reagują na sygnały płynące od matki, więc jej nie nagradzają.
W filmie jest taka scena, kiedy ten malutki synek płacze, a w zasadzie wrzeszczy, matka bierze go na ręce, próbuje się uśmiechać, ale ten uśmiech jest strasznym, wymuszonym grymasem. Dziecko czuje, że to nie jest szczere? Nie wiem, czy akurat w tym momencie to czuje, ale w takich chwilach ta komunikacja niewerbalna się załamuje. To, że matka zmusi się do uśmiechu, niczego nie da, taka wymuszona ''rozmowa'' szybko się urywa, a ona jest bardzo ważna, żeby dziecko mogło się rozwijać. Tzw. łatwe dzieci płaczą, kiedy coś im dolega, i matka szybko uczy się odczytywać te sygnały. Ona wie, że ten płacz np. oznacza, że dziecko jest głodne, a inny, że jest śpiące. Matka rozumie sygnały dziecka i może zaspokajać jego potrzeby, dziecko się robi zadowolone i jakoś to się toczy. Natomiast jeżeli mamy dziecko, które płacze cały czas, ten płacz jest monotonny, stały, to matka nie rozumie tego dziecka, robi się coraz bardziej zmęczona, również dlatego, że nawet jeśli stara się zaspokoić jego potrzeby, to często się jej to nie udaje. Nawet jeśli je kocha i chce spełnić jego życzenia, to te próby są chaotyczne, czuje się winna, coraz bardziej zmęczona i często w rezultacie relacja się pogarsza.
Jakie jest wyjście z tej sytuacji? Bardzo trudno jest się w tej sytuacji odnaleźć. Jeśli matka ma cierpliwość, nie ma depresji, jest w dobrym stanie psychicznym i fizycznym, ma dobre warunki mieszkaniowo-finansowe, wsparcie męża, to zwykle robi tak, że opiekuje się dzieckiem przez jakiś czas, a jak widzi, że zbliża się do granic swojej wytrzymałości, to bez poczucia winy oddaje je mężowi, potem babci, tak żeby to dziecko nie doprowadziło jej do stanu, w którym już ją tylko denerwuje, a ona już nie może. Jeśli ma taką grupę wsparcia, to wszyscy skupiają się na tym, żeby dowiedzieć się, co się z tym dzieckiem dzieje, a nie na tym, żeby matka siebie obwiniała. Bo jeśli jest stale sama z tym trudnym dzieckiem, to zaczyna się czuć nieadekwatną matką i znowu ta spirala zaczyna się nakręcać w dół, a wraz z nią pogarsza się ich relacja. Jest jeszcze jedna sytuacja, kiedy ten taniec się nie odbywa. Myślę o depresji poporodowej.
Dziecko uśmiecha się do matki... ...a matka do niego nie. Dziecko wyciąga rączki, ale matka nie bierze go na ręce, bo nie ma siły. Nie jest w stanie pokazać dziecku, że je kocha. Dziecko zaczyna się wycofywać, więź się nie tworzy, a jeśli się nie wytworzy, to rozwój dziecka w różnych zakresach będzie słabszy. Takie dzieci mają zwykle trudniejszy start w przedszkolu, są niepewne, ich kompetencje społeczne szwankują.
Czy coś się może wydarzyć w procesie wychowania, że możemy przestać nasze dziecko lubić? Jest tak, że dzieci wychowywane bez ustalenia pewnych granic są dziećmi trudniejszymi. Najpierw nam jest łatwiej, bo nie musimy się zastanawiać, gdzie postawić granice, jak konsekwentnie egzekwować zadania, ale potem nam jest trudniej, bo dziecko zaczyna testować, jak daleko może się posunąć. Ono nie wie, gdzie ta granica przebiega, i zwykle posuwa się za daleko. A jeśli dziecko dorosło już do takiego wieku, że uważamy, że powinno być samodzielne, a myśmy go tego nie nauczyli, to zaczynamy się na nie złościć i go nie lubić, i mamy poczucie, że o wszystko trzeba z nim walczyć. Owszem, są takie dzieci, które się takie rodzą, taki mają temperament. Ale są takie, u których można to było przeprowadzić z łatwością, a myśmy tego nie zrobili. Każda mała rzecz jest dyskutowana. Ciągle pytamy: ''A chciałbyś...?'', ''A może...?'', ''Czy mógłbyś...?'', i się tłumaczymy, zamiast powiedzieć: ''Masz zrobić to i to''. Koniec. Kropka. Są takie sprawy, w których dziecko ma wybór, i takie, w których nie powinno być dyskusji.
Przeczytaj: Sfrustrowane wariatki. Czemu winne są trzydziestki?">>