http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Siedem życzeń

Małgorzata Siuta
31.05.2011 , aktualizacja: 26.05.2011 16:25
A A A Drukuj
Łukasz Fot. Piotr Augustyniak Łukasz
Ponad 40 dzieci, podopiecznych płockiego stowarzyszenia Silni Razem, opowiedziało o swoich marzeniach. Wszystkie udało się spełnić
Radosław
Fot. Piotr Augustyniak
Radosław
Julia
Fot. Piotr Augustyniak
Julia
Uczniowie, którzy pojadą na wycieczkę w ramach akcji 'Gazety' i Toyoty Poland
Fot. Piotr Augustyniak
Uczniowie, którzy pojadą na wycieczkę w ramach akcji 'Gazety' i Toyoty Poland
ZOBACZ TAKŻE
Paweł

Paweł Naguszewski ma 13 lat. Mieszka z rodzicami i jedenaściorgiem rodzeństwa na wsi pod Płockiem. Kiedy powitał mnie przed domem, miałam wrażenie, że zaraz wsiądzie na rower i pojedzie do kolegów. Niestety, o jeździe na rowerze nie ma mowy. Ale najgorsze, jak mówi, jest to, że może pić tylko szklankę płynów dziennie. A to wszystko przez nerki, które odmówiły posłuszeństwa. Teraz Paweł czeka na przeszczep. - Myśleliśmy o przeszczepie rodzinnym - mówi mama Pawła - ale ci, którzy mają taką samą jak on grupę krwi, nie mogą być dawcami, bo chorowali na żółtaczkę. Trzy razy w tygodniu Paweł jeździ na dializy. W Centrum Zdrowia Dziecka czuje się już jak w domu. - Pielęgniarki mówią na mnie 'Dzielny Paweł', bo nie boję się niczego - mówi. A w dni wolne od dializ przyjeżdżają do Pawła nauczyciele i ma szkołę w domu.

Marzenie Pawła? Laptop. - Wszystkie dzieci na dializach je mają - mówi. - Mnie też by się przydał. Żeby odrobić lekcje i żeby się nie nudzić, gdy trzeba leżeć kilka godzin.

Julka

Julka Pietrzak ma dziewięć lat. Mieszka w Płocku z mamą. Cierpi na nieuleczalną chorobę genetyczną. Jej skóra pęka, tworząc bolesne rany. Każdy dotyk sprawia jej ból. Porusza się na wózku, żeby nie ranić stóp. Nigdy nie miała prawdziwych butów, bo urażałyby delikatne ciało. Julka jest radosna i bardzo rezolutna. - We wrześniu poszła do pierwszej klasy - opowiada jej mama. - To, że zaczęła przebywać z dziećmi, bardzo pozytywnie na nią wpłynęło. Ale od grudnia znowu jest tylko w domu, bo stan jej skóry bardzo się wtedy pogorszył. Od tego czasu była na świeżym powietrzu tylko dwa razy.

Marzenie Julki? Wyjazd nad Bałtyk. Dlatego pojedzie z mamą na trzy tygodnie do Kołobrzegu. W ubiegłym roku była tam dwa tygodnie, klimat rewelacyjnie podziałał na jej skórę. Julka robiła to, czego nie mogłaby robić w domu. Calutkie dnie spędzała na dworze. Nawet moczyła nogi w morzu. Julka opowiada, jak chodziła na molo, spacerowała po plaży, pływała statkiem. Wspomina, jak były z mamą na karuzeli i jak mama bała się wysokości. - A jak dorosnę, zostanę pielęgniarką - dodaje. - Bo ja się niczego nie boję.

Marcin

Marcin Zaleski, 13-latek, mieszka z rodzicami i siostrą pod Płockiem. Jest dzieckiem autystycznym. Opowiadała mi o nim jego mama. Ale Marcin cały czas był z nami. Rysował, słuchał muzyki. - Kiedy był mały, myślałam, że nie słyszy - przyznaje. - Później okazało się, że dziwne zachowanie było spowodowane autyzmem. Marcin do 10. roku życia chodził do przedszkola z oddziałem dla dzieci autystycznych. Dzień w dzień odwoziłam go autobusem do Płocka. Musiał siedzieć, bo miał problemy z utrzymaniem równowagi. Ile ja się wtedy nasłuchałam! - opowiada. Marcin ostatnio zaczął robić ogromne postępy. - Teraz chodzi do szkoły podstawowej - tłumaczy mama. - Ma zajęcia indywidualne. Ale uczestniczy też w życiu klasy. To mała szkoła, wszyscy się znają, a syn czuje, że jest akceptowany. Niedawno jeździliśmy do Warszawy na spotkania, podczas których Marcin w słuchawkach słuchał muzyki poważnej. Bardzo mu to pomogło. Po terapii zaczął mówić. Pojedyncze słowa, ale jednak. To wszystko dodało nam skrzydeł. Skoro są takie efekty, to trzeba działać. Lekarka poleciła dla Marcina terapię metodą biofeedback (uczy panowania nad własnymi reakcjami, pomaga odpowiednio się relaksować). Jednak jego rodziców nie było na nią stać. I ta terapia jest prezentem dla Marcina.

Łukasz

Łukasz Ferszt ma 16 lat, kończy gimnazjum. Mieszka w Płocku z mamą i młodszą siostrą. Urodził się z rozszczepem kręgosłupa i wodogłowiem. Nie chodzi, ale sprawnie porusza się na wózku inwalidzkim. Łukasza poznałam teraz, ale już wcześniej słyszałam o nim. Ponad dwa lata temu, gdy w wypadku zginął jego tata, 'Gazeta' pomagała chłopcu w ramach jednej z akcji charytatywnych. Wtedy ze zdjęć spoglądało dziecko. Teraz spotkałam dojrzałego człowieka. W styczniu Łukasz miał operację kręgosłupa. - Przez pół roku muszę nosić gorset, ale dzięki niemu mogę prosto siedzieć - wyjaśnia. - Jest mi w końcu wygodniej. Wózek, którym porusza się do tej pory Łukasz, jest już za mały. Potrzebny jest dostosowany do jego potrzeb wózek aktywny. Mama nie byłaby w stanie go kupić. Część pieniędzy udało się już zdobyć, resztę Łukasz dostanie na Dzień Dziecka.

Wiktoria

Wiktoria Dubielak ma 14 lat. Jest niewidoma. Ma tylko poczucie światła i wie, kiedy jest noc, a kiedy dzień. Sprawia wrażenie starszej, jest pogodna i ciekawa świata. Mieszkają we dwie z mamą i są bardzo zżyte. Mama odprowadza Wiktorię do szkoły. Razem odrabiają lekcje. Mama musi jej najpierw 'przetworzyć' fragmenty z podręcznika. - Tabelki czy wykresy przerabiam na zwykły tekst, a potem drukuję go na drukarce brajlowskiej - tłumaczy. - Wtedy córka może je sobie przeczytać. Wiktoria uczy się w normalnym gimnazjum. - Notatki robię na maszynie brajlowskiej - opowiada. - Piszę na niej klasówki, sprawdziany. Później 'tłumaczy' je dla nauczycieli pani tyflopedagog. Poza tym Wiktoria uczy się jeszcze gry na pianinie. W soboty ma zajęcia z angielskiego i niemieckiego. Po tak intensywnym roku szkolnym Wiktoria marzy o wakacjach nad morzem. I taki wyjazd dostanie w prezencie.

Artyści

To spotkanie było wesołe. 40 uczniów Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego nr 1 w Płocku dostanie na Dzień Dziecka czterodniową wycieczkę do Karpacza. W podstawówce i gimnazjum wchodzących w skład ośrodka uczą się dzieci niepełnosprawne intelektualnie. Uczniowie, z którymi się spotkałam, w większości mieszkają w internacie. - Wstajemy o siódmej, sprzątamy pokoje, jemy śniadanie i idziemy do szkoły - opowiadają. Oni nie mają czasu na nudę. - Są kółka zainteresowań: sportowe, plastyczne, muzyczne, informatyczne. Występujemy w teatrze integracyjnym. Wystawiamy 'Kota w butach'. Występowaliśmy nawet w Wilnie - opowiadają jedno przez drugie. Sportowcy też mają sukcesy. Zajęli trzecie miejsce w ogólnopolskim biegu przełajowym w Lesznie. Na mistrzostwach województwa w piłce nożnej chłopcy zdobyli pierwsze miejsce, dziewczyny - trzecie. Co pewien czas organizowane są wycieczki. - Widzieli góry, morze, byli w Pradze - mówi dyrektor szkoły. - Nasze dzieci mają problemy z myśleniem abstrakcyjnym. Żeby się o czymś nauczyć, muszą to zobaczyć na własne oczy, poczuć wszystkimi zmysłami. Wiele z nich po zakończeniu nauki być może nigdy już nie będzie miało okazji wyjechać.

Radek

Radek mieszka w wiosce niedaleko Płocka. Nie mogłam się zapowiedzieć telefonicznie, bo rodzice Radka nie mają telefonu. Miałam tylko adres. Zanim udało mi się znaleźć właściwy dom, musiałam pokonać kilka kilometrów polnych dróg.

Radek mieszka z rodzicami i bratem. W maleńkim domku, w którym jest tylko kuchnia i pokój. Ten pokój to cały świat Radka. 20 maja skończył 18 lat. Wygląda na o połowę mniej. Nie widzi, nie mówi, nie chodzi. Jest całkowicie uzależniony od rodziny. Trzeba go nakarmić, napoić, zmienić pieluchę. Radek słyszy. Gdy zaczęłam rozmawiać z jego mamą, zaniepokoił go obcy głos i zaczął pokrzykiwać. Uspokoił się, dopiero gdy wyszłyśmy do kuchni. - Urodził się zdrowy - opowiada jego mama. - Gdy miał dwa tygodnie, zachorował. Lekarka nic nie stwierdziła. Powiedziała nawet, że jest bardzo silnym chłopcem, bo mocno dźwiga głowę. Wróciliśmy do domu, a w nocy syn dostał drgawek. Okazało się, że to zapalenie opon mózgowych.

Jedyny kontakt Radka ze światem to wizyty rehabilitantek. Przyjeżdżają trzy razy w tygodniu. Prośba mamy Radka o prezent była bardzo skromna. Chciała dostać magnetofon, który byłby pomocny w ćwiczeniach z chłopcem. - Mamy taki stary, który lada dzień się zepsuje - tłumaczy. - Włączamy kasetę z nagranymi poleceniami i wiadomo, co po kolei robić. Przydałby się też materac do ćwiczeń. Taki, który można by wytrzeć na mokro. Bo ten, na którym teraz ćwiczymy, to taki stary, z łóżka.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się