23 lutego prezydent podpisał ustawę żłobkową. Umożliwia ona zakładanie małych, zróżnicowanych placówek opiekuńczych, takich jak żłobki i kluby dziecięce, jak również dofinansowanie pracy niań. Dzięki ułatwieniom, które wprowadza ustawa, do końca roku 2013 liczba miejsc w żłobkach zwiększy się o 40 tys. Cieszą się rodzice, którzy chcą lub muszą pracować i miesiącami czekają na miejsce w żłobkach, i pracodawcy, którzy nie będą tracili pracowników, a będą mogli też organizować przyzakładowe żłobki. Protestują środowiska prawicowe, niektóre organizacje pozarządowe, katolickie media, część pedagogów i psychologów. 'Debata żłobkowa' odkryła głębokie społeczne kontrowersje związane z istotą i funkcjami rodziny w Polsce, jak również konflikt między obrońcami rodziny tradycyjnej i nowoczesnej.
Wara od domu!
Dzisiejsze dyskusje wokół ustawy żłobkowej bardzo przypominają te sprzed kilku lat wokół ustawy dotyczącej przemocy domowej. 'Rodzina jest zagrożona!', 'Państwo wkracza w domowy mir!!!' - krzyczą obrońcy 'tradycyjnej rodziny'.
Pamiętam, jak przed laty 'Super Express' zorganizował akcję wysyłania do rządu listów z żądaniem wycofania z ustawy artykułu dotyczącego zakazu bicia dzieci. W parlamencie wrzało. Posłowie już to popisywali się - z trybun sejmowych - wspomnieniami, jak byli bici (i że fajnie było), już to biadolili nad losem męskich agresorów, którzy - w wyniku działania ustawy - będą musieli opuścić swoje domy i swoje bite kobiety. No i nie będą mieli gdzie się podziać. Siostra Maksymiliana, główna prawniczka Episkopatu, twierdziła, że rodzina jest świętością i państwu wara od regulowania spraw w jej obrębie. Gdy zapytałam ją, co robić, gdy kobieta jest bita i dzieci nieszczęśliwe, odpowiedziała, że dzięki modlitwom i pokucie można rodzinę przywrócić zdrowiu. Rodzinę - może tak, kobietę i dzieci będzie trudniej.
Dziś pisma katolickie i organizacje pozarządowe stojące na straży tradycyjnej rodziny (np. stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców, fundacja ABCXXI - Cała Polska Czyta Dzieciom) piszą petycje i zbierają podpisy przeciwko ustawie żłobkowej, bo nie ma to jak dom i rodzinne kształtowanie więzi. Tradycjonalistów wspiera Kościół, zgodnie z którym 'mama powinna być zawsze w domu', bo tak postanowił Bóg. Dziecku nic jej nie zastąpi. Nawet senator Cimoszewicz, skądinąd kiedyś lewicowych przekonań, tak bardzo zaniepokoił się losem dzieci w żłobku, że domagał się, aby 'podjęcie decyzji o przyjęciu dziecka do żłobka lub klubu dziecięcego było poprzedzone udzieleniem rodzicom pełnej informacji o potwierdzonych przez ekspertów skutkach takiej decyzji'. No bo żłobek - jak powszechnie wiadomo - jest miejscem kaźni i matka, która decyduje się na nierozważny krok umieszczenia w nim dziecka, powinna być przynajmniej poinformowana o strasznych skutkach swojej decyzji, by móc się potem mieć z czego wyspowiadać. Przecież nic nie zastąpi dziecku matki i rodzinnych więzi. Czy rzeczywiście?
Rodzina jako worek mitów
W Polsce rodzina występuje jako mit i tak zwana polityka prorodzinna ma za zadanie głównie go wzmocnić. Mit, nie rodzinę.
Polski mit rodzinny wspiera się na kilku wątpliwych, choć mocno ugruntowanych przekonaniach promowanych przede wszystkim przez tych, którzy rodziny nie zamierzają założyć, bo żyją w celibacie, albo którzy cieszą się życiem w rodzinie bogobojnej, zasobnej i szczęśliwej. Co nie jest takie częste. Tak się jakoś dzieje, że w krajach katolickich deklarujących "świętość rodziny" i jej tradycyjny kształt trwałość związków małżeńskich jest mniej więcej taka sama jak w krajach promujących wartości i związki posttradycyjne.
Jeśli chodzi o dzietność, to - paradoksalnie - zwiększa się ona tam, gdzie państwo i obywatele odchodzą od tradycji na rzecz rodziny partnerskiej i takiego zorganizowania rynków pracy i sfery opieki, które uznaje prawo kobiet do samostanowienia i egzekwuje prawo ojców do współwychowywania dzieci (obowiązkowe urlopy rodzicielskie). W Europie o polityce demograficznej decydują fakty, w Polsce - mity. Jakie to są mity? Że tradycyjna rodzina jest czymś zgodnym z naturą, świętym oraz że stanowi szkołę życia moralnego i społecznego. W związku z tym jakiekolwiek osłabianie więzi rodzinnych poprzez zinstytucjonalizowaną opiekę nad potomstwem naraża i dzieci, i nasze społeczeństwo na degradację. Przyjrzyjmy się tym mitom.
Naturalność, świętość
Rodzina - mówi się - jest czymś naturalnym. Czy to znaczy, że jest faktem przyrodniczym? W świetle badań czymś znacznie bardziej naturalnym jest raczej konkubinat czy związek partnerski. W naturze zaledwie 3 proc. ssaków łączy się na dłużej z jednym partnerem (należą do nich piżmoszczury, nietoperze, azjatyckie wydry, bobry, koziołki skalne, foki, dzikie psy). Do gatunków monogamicznych (poza ssakami) należą również krokodyl, ropucha, krewetka, kornik, karaluch i chrząszcz. Ale jeśli popatrzymy na związki wokół nas, zauważymy, że ludzie, jeśli pozostają w relacjach monogamicznych, to raczej z powodu kultury niż natury. Być może chodzi tu więc o inne rozumienie natury. Przez 'naturalny' można też rozumieć - i w Polsce takie rozumienie jest przyjęte - 'zgodny z prawem natury', czyli prawem boskim. Tyle że prawo to - od Starego Testamentu po dzień dzisiejszy - wcielało się w rozliczne, bardzo zmienne formy. Dlaczego więc tylko jedna z nich uważana jest za świętą?
Mit świętości rodziny wpajany przez katechetów dzieciom i narzeczonym, a przez prawicowych polityków wszystkim - jest niebezpieczny. Opiera się on na przekonaniu, że rodzina ('tradycyjna') jest wartością tylko dlatego, że jest rodziną, a nie dlatego, że udaje się jej spełniać różne ważne funkcje. Według obrońców 'świętości rodziny' trzeba robić wszystko, by zachować rodzinę, nawet kosztem prawa do bezpieczeństwa i szczęścia jej członków. Mit świętości rodziny nie uznaje praw indywidualnych kobiet i dzieci, bo to oni istnieją dla rodziny, a nie rodzina dla nich.
Mit trzeci to przekonanie, że tylko rodzina może należycie wychować i skutecznie przygotować zarówno do życia społecznego, jak i do przestrzegania standardów moralnych. Nie wydaje mi się to całkiem prawdziwe. Jeśli przyjrzeć się wychowaniu rodzinnemu, to zobaczymy, że ma ono charakter egoistyczny, klanowy i hedonistyczny, a większość treści duchowych zredukowana jest do uczestnictwa w obrządkach religijnych. Wychowanie domowe - śmiem twierdzić - nie ma charakteru prospołecznego, proeuropejskiego czy obywatelskiego. Dzieci uczy się zasad higieny (myj ręce) i bardzo podstawowych norm (nie kradnij, nie kłam), ale niewiele ponadto. Wychowując dzieci, nie uczymy ich szacunku wobec prawa ani zaangażowania na rzecz innych, nie mówimy, by płaciły podatki, rozwijały postawy ekologiczne, były patriotyczne, bezstronne w ocenie etc. W oczywisty sposób wolimy, by nasze dzieci cieszyły się z życia, miały przyjaciół, dobrą pracę, rodzinę, własne dzieci i by były zdrowe. Matka nie doniesie na swoje dziecko, gdy ono kradnie, i nie powstrzyma go od przemocy, gdy jest atakowane.
Im więcej przestrzeni społecznej wypełnia tradycyjna rodzina ze swoim egoistycznym systemem wartości prorodzinnych, tym mniejszy kapitał społeczny i zaangażowanie jednostek na rzecz wspólnoty. I prorodzinna Polska jest doskonałym przykładem.
Niegdysiejszy rodzinny raj
Mit 'tradycyjnej rodziny', która pełni wielorakie funkcje, bardzo często odwołuje się do historii. 'Kiedyś to była rodzina!',A jaki miała autorytet, jakiż ład w niej panował!', 'Jacy porządni ludzie z niej wyrastali, nie to, co dziś!', 'Poślą dzieciaki do żłobka i przedszkola, a potem się dziwią, że na przestępców wyrastają! Nie ma to jak rodzina!' Te powszechne tezy wykrzyczała mi niedawno pewna pani.
Tradycyjna rodzina ukształtowała się wraz z gospodarką kapitalistyczną i radykalnym oddzieleniem sfery publicznej od prywatnej, czyli gdzieś w XVIII w. Mężczyźni funkcjonowali wtedy w obydwu tych sferach jako pełnoprawni uczestnicy, kobiety pełniły funkcje dekoratywno-prokreacyjne w sferze prywatnej. Rodzina tradycyjna wspierała się na prawnej, wychowawczej i autorytarnej władzy ojca.
Dom, jak pisali wówczas męscy teoretycy rodziny (żeńskich nie było, bo kobiety nie miały prawa do edukacji), stanowi podstawę ładu moralnego, pod warunkiem wszelako, że mężczyzna skutecznie poskramia kobietę. Brak silnej męskiej władzy - pisał Kant - powoduje, że 'kobieta staje się dzikim barbarzyńcą, a dziecko - zarażone przez matkę - istotą tchórzliwą i mściwą'. Rodzina poddana bezwzględnej, monarchicznej władzy ojca, gdzie żona i dzieci nie mają żadnych praw, trwa do jego śmierci. 'Kryzys' tak rozumianej rodziny, trwający do dziś, rozpoczął się na początku XX w. wraz z procesami emancypacji kobiet i zdobyciem przez nie praw do rozwodu, edukacji, pracy i głosowania. Epoka praw dziecka (do bezpieczeństwa, prywatności, wiedzy i rozwoju) zaczęła się znacznie później (w latach 60. poprzedniego wieku), co też wyraźnie osłabiło tradycyjną rodzinę, w której rodzice byli wyłącznymi posiadaczami dziecka i dysponentami jego losu.
Tradycyjna rodzina - wbrew mitycznym przekonaniom - nie wspierała się na ścisłych więziach między rodzicami a ich potomstwem. Już rodziny średnio zamożne oddawały niemowlaki mamkom, a opiekę, wychowanie i naukę dzieci powierzały niańkom, guwernantkom i nauczycielom. Rotacja wśród mamek, nianiek i guwernantek była duża. Rodzice widywali dzieci kilka razy w ciągu dnia, gdy były one 'oszlifowane' przez działania opiekunek. Stąd też zapewne wrażenie autorytetu i szacunku rodziców oraz posłuszeństwa i dobrego wychowania dzieci. W rodzinach biednych, które systemu opieki nie posiadały, rodzice najczęściej nie mieli czasu, możliwości ani wiedzy potrzebnej do wychowywania dzieci. Liczne dzieci "wychowywały się" wzajemnie, tak jak to dziś się dzieje w wiejskich licznych a biednych rodzinach. Wystarczy więc przypatrzyć się bliżej relacjom rodzinnym na przestrzeni dziejów, a zwłaszcza w obrębie tak zwanej tradycyjnej rodziny, by obedrzeć ją z sentymentalizmu, którym naładowani są jej dzisiejsi obrońcy.
Od żłobka do psychiatryka?
Prasa katolicka i obrońcy tradycyjnej rodziny są przekonani - i dają temu wyraz, potępiając ustawę żłobkową - że 'układ odpornościowy dziecka protestuje na skutek odseparowania od matki', że dzieci zatracają w żłobkach 'funkcje przywierania, skupiania wzroku na ludzkiej twarzy i inne zdrowe odruchy' (w krajach, gdzie żłobki są normą, rodzice dokonują ponoć specjalnych opłat, prosząc personel żłobka o dotykanie dziecka, by odruchów nie zatraciło). Najważniejsze jednak, że żłobki doprowadzają dzieci do chorób psychicznych, a społeczeństwo - do obniżenia jakości kapitału ludzkiego. 'Czy jako państwo stać nas będzie w nieodległej przeszłości na leczenie psychiatryczne tysięcy dzieci, a następnie dorosłych z takimi zaburzeniami?' - pytają sygnatariusze listu do premiera Donalda Tuska.
Irena Koźmińska z fundacji Cała Polska Czyta Dzieciom twierdzi, że rozwój umiejętności zabawy z rówieśnikami występuje dopiero od trzeciego roku życia. Nie wiem, na jakiej podstawie taki werdykt został wydany, ale jeśli na podstawie obserwacji własnych dzieci, to świadczy to o tym, że dzieci te rzeczywiście nie chodziły do żłobka. Ja widziałam 10-miesięczne dzieci, które na kolegów i koleżanki ze żłobka reagowały radosnym 'żółwikiem' jako jedną z wielu form pozalingwistycznej komunikacji. Pani Koźmińska - jak twierdzi - wizytowała żłobki, w których dzieci mają obowiązek bawić się na gwizdek w kółko graniaste, co nie przynosi im radości. Ja natomiast znam setki domów, w których mamy nie zajmują się w ogóle ani zabawą, ani umiejętnościami komunikacyjnymi dziecka, bo nie tylko nie wiedzą, jak to robić, nie chcą tego robić, ale przede wszystkich nie mają na to czasu. Pedagogicznym wybawieniem jest w wielu domach telewizor, przed którym sadza się dzieci, by mamy mogły posprzątać czy przygotować posiłek. A czasem - by zagłuszał krzyki domowej awantury. Żłobki nie przydadzą się ludziom bogatym, ale tym, którzy nie chcą i nie mogą zrezygnować z pracy zawodowej.
To, co ważne, to świadomość, że żłobki są nie tylko przechowalniami dzieci niegodziwych pracujących mam, ale są też miejscem, gdzie można wyrównać szanse dzieci opóźnionych, z deficytem rozwojowym, wykryć domową przemoc, przede wszystkim jednak - gdzie można zacząć naukę podstawowych umiejętności komunikacyjnych i kooperacyjnych, uczyć społecznych więzi, zabawy, obowiązków i nawyków (zarówno higienicznych, jak i społecznych). Dom tego nie zawsze uczy. A dzieciom i społeczeństwu te umiejętności są potrzebne.
Poza tym nie da się odwrócić biegu historii i procesów emancypacji. Kobiety muszą i chcą pracować, pragną być niezależne, a pragnienie to jest wprost proporcjonalne nie tylko do wiedzy na temat liczby rozwodów, niemożności ściągania alimentów i absolutnej obojętności państwa wobec losu kobiet wychowujących samotnie dzieci, ale też wobec rodzących się aspiracji kobiet do bycia kimś więcej i kimś innym niż tylko matką i opiekunką. Wydaje się również, że dzieci doceniają te zaangażowania, uznając większy autorytet mam, których zakres obowiązków i perspektywy życiowe nie ograniczają się do troski o dom, zwłaszcza że w obliczu modernizacji ten dom nie wymaga już tyle pracy i troski, co w czasach kształtowania się rodziny tradycyjnej.
Ustawa żłobkowa daje szanse i możliwości tworzenia zróżnicowanej i dostosowanej do zindywidualizowanych potrzeb dzieci opieki nad nimi. Jak te możliwości zostaną wykorzystane, to inna sprawa.