http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Cyganie w wielkim mieście

Marcin Kącki
30.08.2010 , aktualizacja: 26.08.2010 17:28
A A A Drukuj
Nożycami ogoliła córce głowę prawie na zero i wysłała do szkoły. Już bez obawy, że wciągną młodą do samochodu i wywiozą. Bo gdy Rom upatrzy sobie dziewczynę, choćby była jeszcze 13-latką, to może ją nawet z ulicy zabrać do domu na żonę
Giselle Estera i Miłosz Czureja
Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja
Giselle Estera i Miłosz Czureja
ZOBACZ TAKŻE
Nie da się spokojnie porozmawiać, bo co rusz wchodzi któryś z Cyganów i Anna się wtedy wycisza, wzrok spuszcza, a jak mówi, to niechcący. Żeby się jej Cyganie nie obruszali, że burzy zwyczaje. Albo całkiem milknie, gdy któryś się nagle podnosi zza stołu, bo mu się przypomniał kawał, albo się wydrze na cały dom, że jak Boga kocha, kobiety nie uderzył, by za chwilę Boga obrazić, że może i lał po gębie, ale powód był. Tyle że Anna, półkrwi Cyganka, jest w swoim domu. To jedno. A drugie, że szefuje fundacji, by emancypować poznańskie Cyganki, oderwać je od mężów. A gdy chcę ją zabrać z domu choć na chwilę, to że nie, bo się jej Cygan obrazi. - No to jak to? - pytam. Anna: - A bo to wszystko nie takie proste. No to goszczę u niej trzy dni, by to sobie wyprostować. Ale wychodzę zakręcony i blady.

Kto czyta, ten błądzi

Dom jest otwarty. W środku. Przestrzenne pokoje bez drzwi albo z pootwieranymi szeroko, bo nikt tu nie ma przed sobą tajemnic. Zdobiony starym drewnem, plakatami skrzypka Miklosza, gdzie już tylko wspomnieniem jest jego córka w cygańskim stroju, którą porwał Cygan ze Szczecina. Na środku salonu fotel wielki jak tron, na którym Miklosz pozuje do zdjęć, a te zdobią okładki jego płyt. Miklosz z kapelą czardaską objeżdża świat, a Anna Markowska, jego partnerka życiowa, prowadzi fundację Bahtałe Roma, czyli Szczęśliwi Cyganie, by Cyganie byli szczęśliwi. - A są? - pytam, a Anna kiwa głową, ale tak, że nie wiem, czy dostałem odpowiedź. Od ośmiu lat próbuje ogarniać cygański Poznań. Zaciągnie dzieciaki do przedszkola, które prowadzi fundacja, albo matki tych dzieciaków na kurs szycia, języków i przedsiębiorczości. O ile umieją czytać. Bo dla 90 proc. polskich Cyganów abecadło to tajemnica.

Romowie przez setki lat toczyli tabory wyładowane dzieciakami. Z czytania nikomu nic nie przyszło, bo do handlu, tańca, śpiewu nikomu książki nie trzeba. Tylko sprytu i zdolności negocjacyjnych. Kto to umiał, znaczy, że mądry, przedsiębiorczy. Kto nie, to beztalencie głupie jakieś. I nawet dzisiaj nieważne, czy Cygan oczytany, ale czy umie pokazać się przed rodziną. Miklosz opisał to w swojej biografii. Że muzyka zawsze u niego w domu rządziła, a nie szkoła. I że jak go ojciec katował za fałszywe nuty, to do dzisiaj syn słyszy echo ojcowskiego ryku: 'Źle! Źle! Źle!'. Strasznie się w tej książce rozprawia z matką, która okradła dziadka, a przyłapana przez smarkacza Miklosza lała go tak długo, aż krew poszła uszami. I zabiłaby, gdyby dziadek z siekierą nie wyszedł dla strachu. Miklosz wbrew temu postawił na swoim i grał, ale i czytał. I żyje dziś godnie - tak, że jak ma kaprys, to stać go, by postawić pod domem fundacji zabytkowy cygański tabor. Ale, mówi Anna, weźmy jedną z romskich rodzin, jakich wiele mamy w Poznaniu [Miklosz mówi 'Cyganie', bo mu ta poprawność zalatuje fałszem, a Anna - 'Romowie', bo to jednak ładne słowo i kruszy rasizm]. Nikt w takiej rodzinie nie pracuje, nie czyta, nie pisze, często z brygadą dzieciaków na karku, a chcą zapewnić sobie byt. A na utrzymaniu jeszcze starzy rodzice i starsi dziadkowie, którzy nie mają emerytury, renty, bo nigdy nie pracowali.

I Markowska tu wkracza ze swoją fundacją. By zmieniać już od tych dzieci. Nauczyć czytać i pisać, żeby w życiu poszły inną drogą. Ale, mówi zaraz, nie wygramy od razu z latami tradycji wygodnej dla Cygana, który trzyma kobietę w domu z dzieciakami i tylko chce, by mu pieniądze dawać. Markowska założyła przy fundacji podstawówkę, gimnazjum i liceum. Chodzi tam dwustu dorosłych Romów, by uczyć się wspólnie z Polakami. Do przedszkola fundacji chodzi dziesiątka dzieci tych Romów. A czemu tak mało? Bo więzi rodzinne u Romów są tak silne, że nie daje się małych dzieci obcym na wychowanie. No to Markowska miała pomysł, by uczyć na odległość. Kupiła laptopy, założyła stronę edukacyjną w internecie i ogłasza w środowisku, że będzie robić e-learning. Ale Romowie słyszą tylko, że jest na to 300 tys. zł dotacji. I zaraz pod drzwiami fundacji stoi sąsiad z pytaniem, a co to za nauka, a po co, a jakby mu dali parę złotych z tych tysięcy, to on dzieciakom coś kupi. A za sąsiadem następni, ale już groźniej, z pretensjami, że marnują pieniądze na jakieś uczenie, że bez sensu, bo pieniądz przepadnie. I już Markowskiej nie jest tak bahtałe, gdy musi tłumaczyć, że tych pieniędzy nikt nie przyniesie w walizce, że trzeba wydać, faktury zbierać, a potem się rozliczyć z każdej złotówki. A im bardziej tłumaczy, tym bardziej Romowie podejrzliwi, że jednak te pieniądze chce przed nimi ukryć. A Markowska, że jak możecie, przecież to dobro wspólne dla Romów, no to oni, że jak wspólne, to tym bardziej niech odda.

Romanipen rządzi

Jest taka rodzina w Poznaniu, gdzie dwoje dziadków wychowuje 25 wnuków, bo rodzice tych dzieci jeżdżą za pracą po całej Europie. Nikt tam nie pisze, nie czyta, nie ma zawodu, pracy, ubezpieczenia. Markowska odbija się tam od drzwi, bo dziadkowie nie widzą powodu, by dzieciaki się uczyły, a poza tym nie ma komu tej dwudziestki prowadzić do szkoły. Elżbieta Przybylak z poznańskiego magistratu, która zajmuje się mniejszościami narodowymi, nie wie, o kim mowa, bo takich rodzin jest w Poznaniu na pęczki. I żaden urzędnik nie wie, gdzie te romskie dzieciaki mieszkają. Raz tu, raz tam albo wyjeżdżają za granicę. Tego się nie da kontrolować, Przybylak rozkłada ręce. A jak już się urzędnicy pokapują albo Markowska wkroczy, by wziąć dzieci do szkoły, to się dopiero zaczyna niezła górka.

Ale trzeba sobie jedno wyjaśnić - mówi Miklosz. Romowie dzielą Polskę według klanów. Po twarzy się nie pozna, ale gdy kobieta ma długą spódnicę, to może być w niej więcej z grupy Polska Roma niż Bergitki czy Kełderaszów i Lowarów. Dla pierwszych kodeks romanipen wyznaczający paternalistyczną pozycję kobiety w klanie to świętość. Dla drugich - coraz częściej uciążliwa tradycja. Miklosz jest z Bergitków, którzy najszybciej przesiedli się z taborów do samochodów, gdy zakazano w Polsce koczowniczych objazdów w latach 60., i o romanipenie mówi z szacunkiem, ale nie na klęczkach. To właśnie kodeks romanipen powoduje, że dzieciaki romskie do szkoły prawie w ogóle nie chodzą. Dziewczynki, gdy mają kilka lat, dostają do wypełnienia pielęgnowaną od setek lat funkcję gotującej, sprzątającej i siedzącej między starymi babami, którym należy się posłuch. Chłopcom łatwiej, ale też się ich wpycha za stół z mężczyznami, gdzie mają słuchać, jak się robi interesy. A potem latają takie maluchy z tobołami na stragany.

Zakazany wf.

A co z tymi dziewczynami, dlaczego trudniej zabrać je do szkoły? - pytam Annę. A bo co rusz przychodzi jakaś matka, że choć rozumie, że trzeba, to córy do szkoły nie puści. Bo nie będzie się jej młoda obnażać przed obcymi. To raz. A dwa, że jak urodziwa nastolatka, to może zniknąć. Z obnażaniem jest tak, że romanipen nakazuje romskiej dziewczynie ukrywać swoje wdzięki. A w szkole jest wf. Czyli szatnia i przebieranka. Jak podstawówka, niższa klasa, to pal licho, ale gdy to już dojrzała dziewczyna, to w ojcu i matce grają emocje. Markowska idzie wtedy do szkoły na negocjacje. Jak się dyrekcja zgodzi, to dziewczynę zwalniają z wf. Jak nie, to nieprzejednani rodzice zabierają latorośl ze szkoły. Markowska przekonuje, by myśleli o kręgosłupie córki, która bez ruchu będzie kaleką. Ale gdy rodzice twardo 'nie', znaczy, że bardziej niż córki kaleki boją się utraty wizerunku w swojej społeczności. Bo komunikat, że dziewczyna chodzi na wf. i ściąga spódnicę, idzie raz-dwa w środowisko. I u bardziej ortodoksyjnych grup może się skończyć nawet skalaniem rodziny, czyli środowiskową klątwą. A gdy Markowska jest bahtałe, że jednak kolejną dziewczynę uda się wyciągnąć do szkoły, a jeszcze z wf., to za chwilę szkoła dzwoni, że dziewczyna zniknęła. Co tym razem? A bo matka dziewczyny słyszała, że jakiś cygański młokos ostrzy sobie na jej córkę zęby i obmyśla, jak by tu porwać dziewczynę. I nie puszcza z domu. Ale to nie żaden gang, to znów romanipen. Bo gdy Rom upatrzy sobie dziewczynę, choćby była jeszcze 13-, 14-latką, to może ją nawet z ulicy zabrać do domu na żonę.

Cygan żonę porywa

I zaraz słyszę o przypadkach, po których tracę oddech, jak po wykwintnych papryczkach na stole Anny i Miklosza kupionych w arabskim salonie z żywnością. Tyle tylko że dzisiaj rzadziej porwanie jest wbrew dziewczynie, mówi Anna. Jest gorzej, mówi Miklosz, bo uciekają córki, wobec których są plany, by szły na studia, by nie tkwiły w niepiśmiennej tradycji.

Irma, 24-latka, którą widzę przez szybę studia nagraniowego w piwnicy fundacji, pięć lat temu wskoczyła do samochodu pięknego Cygana. Ze strachu. By nie czekać, aż się ojciec dowie, że romansuje bez jego wiedzy. I z Cyganem siedziała trzy dni w hotelu, by się w rodzicach wytłumiły emocje, a Cygan mógł skonsumować związek. I społeczność cygańska Irmę i chłopaka uznała za małżeństwo, bo to wystarcza, jak mówią cygańskie zwyczaje, choć żadnego oficjalnego ślubu nie było. Irma, śliczna, z szokującą tu spódniczką ledwo za kolana i zgrabnymi łydkami, zakłada nogę na nogę. Nagrywa płytę z kuzynką i synem Miklosza. Irma ma 24 lata, ale skończyła w Polsce tylko trzy klasy szkoły podstawowej. Potem wyjechała z rodziną do babci do Niemiec. Siedziała w domu z kobietami, a gdy wróciła do Polski jako nastolatka, miała takie zaległości, że do żadnej szkoły już jej nie chcieli.

Lecę na górę i mówię Annie, że na dole jest dziewczyna, która uciekła od ojca. No tak, mówi, dlatego matki obcinają nawet córkom włosy, by szpetotą odpychać zalotników. Anna zaczyna thriller i to nie jest żadna miejska legenda. Gdy jej córka Gabriela miała 13 lat, zaczął się kręcić koło niej absztyfikant. Gabriela chodziła do podstawówki muzycznej w Poznaniu. Markowska bała się, że straci córkę, więc wzięła nożyczki i przycięła jej włosy tak krótko, że nie wiadomo było, czy to dziewczyna, czy chłopak. Córka długo nie przestawała płakać, choć mama tuliła, że tak trzeba, córuś, to dla twojego dobra. A gdy tylko włosy wyszły grzywką na oczy, znowu nożyce i ciach, znów płacz. Tak parę lat. I Anna mi tłumaczy, że nie było innego sposobu, bo krótkie włosy uchodzą u Cyganów za szpetotę niegodną zalotów.

A Miklosz córkę Sarę może już zobaczyć tylko na nagraniach wideo, gdy zasuwa na cymbałach w kapeli z ojcem i bratem. Minionej zimy, gdy miała 18 lat, szykowali się do koncertu, kolejnej płyty, a dziewczyna tuż przed maturą nagle zniknęła. Gdy Miklosz odebrał telefon, że jest na Pomorzu, w domu jakiegoś Cygana, to chciał zdemolować dom. Dopiero po kilku tygodniach Sara przyjechała pokazać męża. Miklosz ma drzazgę w sercu, że mogła przecież przyjść, powiedzieć. Wściekły, że za jego plecami wszystko się odbyło. Jak Boga kocha, dałby błogosławieństwo córce. Ale sam się chyba okłamuje, bo wie, że gdyby mu córka przyszła powiedzieć, że odchodzi, toby jej te cymbały, na których tak pięknie gra, połamał na głowie. I szlag by te porwania trafił, bo mieli jeszcze w fundacji pracownicę, którą nauczyli pisać, czytać, żyć normalnie, ale też porwał ją jakiś Cygan i zniknęła. Przybylak z magistratu znów rozkłada ręce, że dziewczyny ze szkół rzeczywiście znikają, bo gdy się robią atrakcyjne, to na rodziny pada strach, że zaraz je ktoś porwie.

Za kółkiem kieckę sobie podwinie

Jeśli Cyganka jednak skończy szkołę, to za aprobatą męża może poszukać pracy. A czego my nie robimy - mówi Miller, szef poznańskiego stowarzyszenia Polska Roma - żeby zatrudniać naszych ludzi. I nie ma różnicy, czy to kobieta, czy mężczyzna. Raz Miller znalazł w gazecie dobrą posadę. Dzwoni, słyszy, że jest etat. No to idzie młody Rom, ale zaraz wraca, że pracy nie ma. Miller dzwoni znów i słyszy, że jednak praca jest. Bo gdy chłopak pokazał na miejscu swoją gębę, to o pracy mógł zapomnieć. A kobiety? Dla Millera problemu nie ma. Jak kobieta chce pracować, to proszę bardzo. - Ale tylko tam, gdzie może nosić długą spódnicę, bo u was przecież to nakaz - mówię. Miller: - A gdzie nie można? - Trudno choćby za kierownicą, bo się to majta niebezpiecznie. Miller: - Skądże. Rok temu robiliśmy kursy prawa jazdy. Jedna z naszych pań zdała i szukamy dla niej pracy kuriera. Może przecież włożyć na spodnie spódnicę i za kierownicą sobie podwinąć.

Krystyna Gil, Romka, szefowa Stowarzyszenia Kobiet Romskich, przyznaje, że dyskryminacja zawodowa jest. Z twarzą Cygana, mówi, w większości firm nie ma się co pokazywać, a jak już się dostanie pracę, to najgorszą, najmniej płatną. A Cygan na śmieciarce na przykład jeździł nie będzie, bo śmieci to skalanie, klątwa, a jeszcze za grosze. Tyle że Gilowa już cała głupieje, o co tu chodzi, bo niby te kobiety chcą pracować, ale gdy miała spółdzielnię, a tam szycie, to kilka tygodni nie minęło, gdy trzy pracownice poszły jej na zwolnienia, że niby chore. A co naobiecywały wcześniej, że zaczną same o sobie myśleć, że wyrwą się z domu.

Geny nam się nie mieszają

Gabriela pracuje w fundacji mamy, uczy śpiewu, gry na instrumentach. Ma 27 lat. A wykształcenie jak na cygańskie pochodzenie bajeczne: muzyczna szkoła średnia, akademia muzyczna, pedagogika podyplomowa. Otwarta, inteligentna, raz po raz wtrąca się w dyskusję, coś o romanipenie rzuci, aż mama się rumieni, albo o młodych Cygankach, które się w tym patriarchacie nie szanują. Markowska ma żal, że mówią o córce, że głupia, bo marnowała czas w tylu szkołach. A jak włożyła okulary, bo ma słaby wzrok od książek, no to już kaleka. Bo dla wielu Romów, mówi Anna, wada wzroku to ułomność kładąca się cieniem na wizerunku rodziny. Ma Anna wśród Romów znajomą kobietę, staruszkę, co pięknie maluje, lecz ma wadę wzroku tak poważną, że gdyby poszła do okulisty, dostałaby rentę. Ale staruszka okularów nie włoży za nic, bo przed środowiskiem wstyd jej z tą ułomnością. Jednak rodzina i tak ją gorzej traktuje, bo się babcia co rusz potyka, chodząc jak kret. I traci wzrok do reszty.

Podziel się