Aja ma 10 lat. Za duże dżinsy, brudną zieloną bluzę, a na głowie starannie zawinięty hidżab. Kiedy wychodzi na ulicę, zakłada jeszcze długi czarny płaszcz, mimo że w Kairze jest prawie 40 stopni. - Tak jest przyzwoicie - mówi. Tego, co przyzwoite, nauczyła Aję mama, zanim dwa lata temu znalazła nowego męża i wyrzuciła dwie córeczki z domu. Daleko nie odeszły - wciąż mieszkają w Gizie, kilkaset metrów od miejsca, gdzie codziennie przychodzą tłumy. Aja też lubi piramidy. - Przyjeżdżają tu bogaci ludzie, łatwiej zarobić. No i tutaj jestem bliżej domu i mamy. Aja zarabia żebraniem, turysta prędzej czy później rzuci parę groszy dziecku, jeśli wystarczająco długo będzie się za nim wlokło.
- Wolę przychodzić tu i się uczyć. Tu jest ładnie i nie trzeba się bać.
- Ojciec zawsze mnie tłukł, ale kogo rodzice nie biją? - mówi 11-letni Chalid. - Naprawdę źle zrobiło się dopiero wtedy, kiedy mama się wyprowadziła i przyszła ta druga. Kiedy taty nie było, wypędzała mnie z domu. Za którymś razem nie wróciłem, myślę, że oni się cieszą.
Brzytwy i karaluchy
- Proszę cię, nie pisz tylko o tym, że jest ich tak dużo i że ich życie to koszmar - prosi Seham Ibrahim, założycielka i szefowa egipskiej organizacji pozarządowej Tufulti - Moje Dzieciństwo. - Napisz, że niektórym się udaje, takie małe success stories.
Jednak zacznę od statystyk. Na kairskich ulicach mieszka ponad milion dzieci. Żyją z żebrania, sprzedaży papierosów, mycia szyb w autach, prostytucji. Śpią na dworcach, cmentarzach i wysypiskach. Najwięcej mieszka w dzielnicach: Saida Zejnab, Muhandisin, Szubra, Embaba. Latem część przenosi się do Aleksandrii, gdzie są turyści. Prawie 90 proc. dzieci ulicy to analfabeci. Chorują na gruźlicę i anemię. Wąchają klej i palą trawkę, którą nazywają 'kola', biorą tabletki halucynogenne, czyli 'sarasir' - karaluchy. Ofiarą gwałtów padają najczęściej, kiedy są śpiące albo naćpane. Noszą brzytwy.
Oprócz Ai i Chalida do ośrodka Caritasu w Gizie pod Kairem codziennie rano przychodzi 20 dzieci. Dostają śniadanie, kąpią się, piorą swoje rzeczy. Na piętrze jest 'Przyjazna szkoła'. - Kiedyś pracowałem w zwykłej podstawówce - opowiada mi Hadi, nauczyciel. Tutaj jest trudniej, bo poznajesz te dzieci, zaprzyjaźniasz się z nimi, widzisz, jakie są fajne, mądre. A potem siedzisz wieczorem w domu i myślisz, co robią teraz na tej cholernej ulicy. Po godz. 16 zajęcia się kończą, dzieci wracają na ulicę. Ale jeśli dziecko bardzo się stara - dobrze się uczy i nie rozrabia, może trafić do całodobowego ośrodka.
Na razie mieszka tam 18 chłopców w wieku 9-11 lat. Kiedy wchodzę, siedzą w holu na parterze. Zrywają się, żeby mnie przywitać, każdy chce podsunąć mi krzesło, przynoszą colę i ciastka. W życiu nie widziałam grzeczniejszych dzieci. Obsiadają mnie naokoło, opowiadają jeden przez drugiego. Mansur chce zostać muzykiem, Ahmadowi marzy się warsztat samochodowy, Fathi chce być piłkarzem. Rami, który dwa lata temu nie umiał czytać, a dopiero od pięciu miesięcy nie sypia na ulicy, chce iść na prawo. W całym domu lśni. Chłopcy wszystko robią sami, mają specjalną rozpiskę.
Zjem z policjantem, będzie mnie szanował
Pytam Seham Ibrahim, jak dziecko żyje na kairskiej ulicy.
- Chwilą. Dla niego nie istnieje pojęcie przeszłości ani przyszłości. Teraz musi uciec przed policją, zdobyć jedzenie, zarobić, przespać się, nie dać się zgwałcić, okraść, pobić. Ulica rządzi się własnymi prawami, które trzeba szanować, nie można traktować jej jak wroga. Bo ma też dobre strony. Dzieci ulicy są bardzo odpowiedzialne, dojrzałe. Pogadaj z ośmiolatkiem, który od dwóch lat żyje na ulicy. To specjalista od zarządzania kryzysami. Nie uwierzyłabyś, z jakich problemów potrafi się wykaraskać.
Dzieci łączą się grupy, mają liderów, miejsca spotkań, gdzie mogą skombinować coś do jedzenia. Wędrują z dzielnicy do dzielnicy. To działa trochę jak szkoła - tutaj w Helwan jest podstawówka. Potem przenoszą się do Maadi, tam żyją bogatsi ludzie, łatwiej zarobić, wyżebrać. Kiedy zdobywają większe doświadczenie, idą do Muhandisin, gdzie jest dużo bogatych Arabów z Zatoki. Ty patrzysz na nie z litością, a ja w nie wierzę. Trzeba tylko dać im szansę, skierować w dobrą stronę to, czego nauczyła ich ulica. Jeśli dzieciak jest świetny w manipulowaniu ludźmi, będzie zręcznym szefem. Jeśli małoletnia prostytutka sprawnie załatwiała sobie klientów, będzie dobra w handlu Jeśli ktoś nie dostał od życia nic dobrego, trzeba nauczyć się budować na złym.
Mahmud ma 20 lat, jest wysoki, dobrze zbudowany, ma bystre spojrzenie i bliznę na policzku. Mahmud to jedna z 'success stories', o które prosiła Seham. Pracuje w warsztacie samochodowym, rok temu się ożenił, trzy tygodnie temu urodził mu się synek Jusuf. Kiedy Seham daje mu prezent dla synka i pyta, jak tam 'wnuk', oczy mu wilgotnieją. Seham: - To nie są tylko moi podopieczni, to moi synowie. Moje dzieci mają dopiero 7 i 10 lat, a ja już kilka razy zostałam babcią! Chciałabym powiedzieć każdemu: 'Daj sobie szansę wychować dziecko spoza rodziny. Kiedy możesz powiedzieć: »Zbudowałam życie innego człowieka «, to jest coś'.
Mahmud nie chce mówić o ulicy, opowiada, jak pomaga w Tufulti. - Zacząłem trzy lata temu w ramadanie, wydawaliśmy kolację dla trzystu dzieci z Helwan. Zaprosiliśmy policjantów, tych najniższych rangą, którzy patrolują ulice i zawsze nas aresztują. Pomyślałem, że jeśli taki policjant ze mną zje, będzie mnie później szanował, stanę się dla niego człowiekiem, a nie kryminalistą.
Seham: - Bo zgodnie z egipskim prawem dzieci ulicy to 'potencjalni kryminaliści'. Policja aresztuje je jako włóczęgi, ale lądują w areszcie z dorosłymi bandziorami. Mimo że w Egipcie dzieci żyją na ulicy od lat 40., dopiero w 2003 r. rząd ogłosił narodową strategię w tej sprawie, powstało kilka ośrodków pomocy, a w 2006 r. do kampanii przyłączyła się żona prezydenta Suzane Mubarak. Teraz można przynajmniej głośno mówić, że taki problem istnieje, chociaż władze nie lubią, jak padają liczby.
Rodzina pęka
Seham: - Winna jest bieda, wszystko drożeje, a bezrobocie nie spada. Kiedyś w Egipcie mówiło się, że tutaj nikt nie zasypia bez kolacji. Teraz mało kogo na nią stać. Ale nie można wszystkiego usprawiedliwiać bezrobociem i zacofaniem.
Groźne rzeczy dzieją się z egipską, arabską rodziną. Była bardzo silna. Nowożeńcy mieszkali w domu rodziców, ich rodzeństwo też. Wielka rodzina, której głową była babka, wszystkimi się opiekowała. Dziś niby jest większa niezależność, młodzi ludzie mieszkają sami, ale często kiedy kobiecie jest ciężko i nie ma kto jej pomóc, to zaczyna myśleć, jak uciec od męża drania i tabunu dzieciaków.
A jeszcze częściej drań ją zostawia. Tylko w 2006 r. rozwiodło się 2,5 mln Egipcjan. I zaczyna się problem z dziećmi. Mężczyźni zwykle chcą się ponownie ożenić, a dzieci im w tym przeszkadzają. Kobiety zostają z szóstką i bez środków do życia. Szóstka ląduje na ulicy. Wielki problem to też małżeństwa czasowe - para pobiera się na chwilę, żeby móc uprawiać seks. A jeśli z takiego seksu urodzi się dziecko, nikt go nie zarejestruje, bo małżeństwa też nie rejestrował. I mamy kolejne dziecko ulicy. Trzeba zmienić cały egipski sposób myślenia. Jeśli chcesz się rozwieść, nie ma sprawy, ale nie zostawiaj dzieci. Chcesz ponownie wyjść za mąż, najpierw zadbaj o dzieci z pierwszego małżeństwa. Ale na ulicy lądują też dzieci z pełnych rodzin, powiedziałabym, że aż za pełnych. Ludzie zachowują się, jakby nie mieli pojęcia o antykoncepcji, mają dziesięcioro dzieci i jeśli któregoś dnia jedno czy dwoje znika, nikogo to nie obchodzi.
Rafik