http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Dzieci zielononóżki

Agnieszka Jucewicz
19.05.2010 , aktualizacja: 13.05.2010 17:22
A A A Drukuj
Fot. Forum
Fundujemy dzieciom grę na skrzypcach, naukę chińskiego, lekcje pływania wyczynowego, a zapominamy, że najlepsze w dzieciństwie jest po prostu bycie dzieckiem - rozmowa z Lenore Skenazy, założycielką ruchu Free Range Kids (Dzieci Wolnego Chowu)
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Otrzymałaś przydomek 'Najgorszej Matki Ameryki'. W mediach jesteś opisywana jako matka 'ekstremalna', w przeciwieństwie do rodziców 'helikopterów', którzy bez przerwy nadzorują swoje dzieci. A wszystko dlatego, że dwa lata temu pozwoliłaś swojemu dziewięcioletniemu synowi wrócić samodzielnie metrem do domu. Jak się czujesz z tymi epitetami?

Czuję się ekstremalna tylko wtedy, kiedy ktoś usiłuje mi wmówić, że fakt spuszczenia na moment z oka swojego dziecka to czyste szaleństwo. Jestem bardzo ostrożna i zapobiegliwa. Czasami może nawet za bardzo. Wbrew temu, co niektórzy sądzą na mój temat, wierzę w kaski i pasy bezpieczeństwa, ale nie uważam, że nasze dzieci potrzebują nieustannie naszej kontroli, uwagi i prowadzenia za rączkę. W Stanach jest taki zwyczaj, że na koniec przyjęcia urodzinowego dla dzieci goście dostają jakiś upominek od jubilata. Na ostatnich urodzinach mojego syna jego koledzy dostali w prezencie specjalny ochraniacz na zęby, który zakłada się na mecze futbolowe. To chyba wystarczający dowód na to, że nie jestem taką beztroską matką, za jaką niektórzy mnie uważają.

Według wielu amerykańskich rodziców fakt, że pozwalasz synom samodzielnie chodzić do szkoły, zamiast podwozić ich samochodem pod bramę, to zbrodnia.

Mam silnie wrażenie, że żyjemy w kulturze strachu. Wydaje nam się, że świat pełen jest pedofilów, morderców i innych typów, którzy chcą wyrządzić naszym dzieciom krzywdę. Prawda jest taka, że przynajmniej ta nasza amerykańska rzeczywistość jest znacznie bezpieczniejsza niż wtedy, kiedy ja byłam dzieckiem. Większość z nas wychowywała się na podwórku, bez ciągłego nadzoru dorosłych, bez telefonu komórkowego, bez bramek na identyfikatory i grodzonych placów zabaw. Statystyki wyraźnie pokazują, że przestępczość przez ostatnie 30-40 lat maleje, a my boimy się coraz bardziej.

Skoro jesteśmy bezpieczniejsi, to skąd ten niepokój na taką skalę?

W dużej mierze winię za to media. Wiadomości codziennie epatują jakąś krwawą historią: uprowadzenie dziecka, gwałt, brutalne morderstwo, molestowanie. Stacje telewizyjne rywalizują o oglądalność, więc każda z nich stara się o to, żeby mieć lepszego (czytaj: bardziej sensacyjnego) newsa. Jedna stacja pokaże gwałt, to druga pokaże gwałt z brutalnym pobiciem, a trzecia gwałt z pobiciem zakończony morderstwem itd.

Do tego dochodzą te wszystkie policyjne seriale dokumentalne i fabularne, które podsycają atmosferę braku zaufania do drugiego człowieka. W 1981 r. zmieniły się standardy w amerykańskiej telewizji i od tamtego czasu w zasadzie nie ma granic co do tego, jakie okrucieństwo można pokazać. Czy wiesz, że tutaj rekordy popularności bije talk-show, który poświęcony jest tylko i wyłącznie porwaniom dzieci? A ponieważ wbrew pozorom porwania nie mają miejsca tak często, zdarza się, że jeden przypadek jest analizowany przez kilka odcinków! Nabierasz poczucia, że musisz to oglądać, bo jak nie, to zaczynasz mieć poczucie winy, że nie uczestniczysz w czymś ważnym, co dotyczy biednych, krzywdzonych dzieci.

Masz jakiś sposób na to, żeby nie ulegać tej paranoi?

Przede wszystkim wyłączam telewizor. Gazety staram się czytać ze zrozumieniem. Jak widzę jakieś statystyki, dane, fakty, które wydają mi się wątpliwe i mają na celu mnie przerazić, to je sprawdzam. Na przykład pod wieloma opowieściami o porwaniach kryją się ucieczki z domu, jakieś kłótnie o dziecko pomiędzy rozwiedzionymi rodzicami albo innego rodzaju rodzinne niesnaski. Staram się też zadawać pytanie kluczowe: kto się wzbogaca na budowaniu tej atmosfery podejrzliwości i strachu? Kto zarobi na tej informacji?

Kto?

Czasem stacja telewizyjna, czasem wydawca gazety dla rodziców, która bez przerwy pyta: 'Czy na pewno twoje dziecko jest bezpieczne?', i podsyca w nich poczucie, że nie są wystarczająco kompetentni. Bardzo często fortunę zbija producent jakiegoś kolejnego 'niezbędnego' gadżetu, który ma chronić dziecko przed potencjalnym wypadkiem, a nawet śmiercią.

Kiedy byłam mała, były tylko sklepy z zabawkami. Dzisiaj jest mnóstwo sklepów z 10 tysiącami produktów, które MUSISZ mieć, jeśli uważasz się za troskliwego rodzica. A czego tak naprawdę potrzebujesz poza miejscem do spania i pieluchami? Czy naprawdę musisz mieć ochraniacze na kolana dla raczkującego dziecka albo kamerę, która w nocy czuwa nad jego snem? Producenci żyją ze strachu rodziców, więc zależy im na tym, żeby ten strach potęgować. Bo jak nie kupisz tego gadżetu za 10 dolarów, to potem, stojąc nad martwym ciałem swojego dziecka, możesz tego srogo żałować.

Myślę, że kiedy jesteś świeżo upieczonym rodzicem, trudno jest nabrać dystansu do tego przekazu i zaufać swojemu instynktowi, zwłaszcza że przemysł bez przerwy go kwestionuje.

Pewnie, że to bardzo trudne. Kiedy moje dzieci były małe, sama miałam elektroniczną nianię, mimo że mieliśmy dwupokojowe mieszkanie i było wyraźnie słychać, kiedy dzieci płaczą. Trzeba zacząć od małych kroków i być wyczulonym na absurdy, w które ten przemysł obfituje. Na wykładach, które prowadzę, często pokazuję taką małą żółtą kaczuszkę, którą ma w domu prawie każdy amerykański rodzic. To termometr, który sprawdza, czy woda w wanience ma odpowiednią temperaturę. Za moich czasów wystarczyła ręka albo łokieć. Co zabawne, na opakowaniu producent umieścił ostrzeżenie: 'Zanim włożysz dziecko do wanny, sprawdź ręką, czy woda nie jest zbyt gorąca'. Czy to nie absurd? Czy nie jest absurdem produkowanie kasku ochronnego dla raczkującego dziecka, bo może 'w wyniku uderzenia doświadczyć nieodwracalnych zmian w mózgu'? Zadzwoniłam do ordynatora największego oddziału pediatrycznego w Nowym Jorku, żeby zapytać, ile rocznie mają przypadków, kiedy dziecko w wyniku raczkowania doznało tych 'nieodwracalnych zmian w mózgu'. Odpowiedź brzmiała: zero!

Proponuję wybrać się do jednego z takich sklepów ze swoim rodzicem albo dziadkiem. Niech oni powiedzą, co jest przydatne, a co nie. Zresztą dobrze jest się odwoływać do swojego własnego doświadczenia z dzieciństwa. To też jest jakiś sposób na nabieranie zaufania do samego siebie - my nie mieliśmy tych akcesoriów i żyjemy. No a przede wszystkim radzę wyłączyć telewizor i wyjść na dwór z dzieckiem, poznać swoją okolicę, poznać sąsiadów.

Ruch, który powołałaś, nazywa się Dzieci Wolnego Chowu. O co w nim chodzi poza sprzeciwem wobec kultury strachu?

To pewien, nazwijmy to, 'styl wychowawczy', która stawia na wspieranie samodzielności u dzieci, tak żeby umiały polegać na sobie w trudnych sytuacjach, ale też poprosić o pomoc, kiedy jej potrzebują, np. krzyknąć na ulicy, kiedy ktoś próbuje im wyrządzić krzywdę, albo powiedzieć komuś, że mają wrażenie, że są śledzone, czy zapytać o drogę, kiedy się zgubią.

Przez ten wszechobecny brak zaufania do ludzi żyjemy w coraz większej izolacji od świata i od doświadczeń. Nie mamy pojęcia, kto mieszka w naszym bloku, na naszej ulicy, kto sprzedaje w sklepie. Dzieci, zamiast bawić się na podwórku, ślęczą przed telewizorem albo komputerem, bo tam mamy je pod kontrolą i są bezpieczne. W efekcie one tracą umiejętności komunikowania się z innymi ludźmi, tworzenia społeczności, ustalania zasad zabawy, wygrywania, ale też przegrywania, korzystania z wyobraźni. To są wspaniałe i bardzo przydatne w późniejszym życiu umiejętności. Nie wspominając o zdrowiu, bo wystarczy spojrzeć na statystyki dotyczące otyłości u dzieci. Fundujemy dzieciom dodatkowe zajęcia: grę na skrzypach, naukę chińskiego, lekcje pływania, które mają z nich zrobić wybitnych pływaków, a zapominamy o tym, że najlepsze w dzieciństwie jest to, że jest się po prostu dzieckiem.

Jakie niebezpieczeństwa wynikają z bycia rodzicem kontrolerem?

Przede wszystkim takie, że pozbawiasz swoje dzieci umiejętności podejmowania najprostszych decyzji, podkopujesz ich wiarę w swoje możliwości, a tym samym przyczyniasz się do tego, że ich poczucie własnej wartości jest marne. Mówisz im: 'Kocham cię, ale jesteś słaby, delikatny, trzeba na ciebie uważać, nie dasz sobie sam rady'. Kiedy traktujesz dziesięciolatka jak trzyletnie dziecko, to jak on będzie miał 25 lat, będzie się zachowywał, jakby miał 15, i nie będzie się w stanie poruszać bez protezy zwanej rodzicami.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się