Makijaż, jak mąż się zgodzi
Ludwika Włodek-Biernat
2009-05-10, ostatnia aktualizacja 2009-05-15 11:28
Od 20 lat wykładałam na uniwersytecie. Interesuję się lingwistyką, antropologią, filozofią, literaturą i mistyką. Już w siódmej klasie wiedziałam, że chcę zostać co najmniej doktorem. Dziś jestem jedną z siedmiu kobiet w moim kraju, które mają ten tytuł. Zawsze byłam ambitna, dużo bardziej niż moje rodzeństwo...

Fot. Marzena Hmielewicz
Hosn Banu Ghazanfar w swoim gabinecie. Stożek na biurku to ametyst. Pani minister wierzy, że przynosi jej szczęście

Fot. Marzena Hmielewicz
Uczestniczki kursu dla położnych. Do udziału w programie kwalifikuje je starszyzna z ich wiosek

Fot. Marzena Hmielewicz
Nadia Jusufzaj w swoim sklepie. Długo namawiałyśmy ją, by pokazała nam ukryty wśród pakistańskich bransoletek stanik
ZOBACZ TAKŻE
- Kobiety Afganistanu (08-05-09, 16:47)
- Nasza kamera stoi na ziemi (28-04-10, 01:00)
- Z ludzką twarzą (28-01-10, 01:00)
- Witek odkrywa świat (28-01-10, 01:00)
- Małe żony z Afganistanu (04-06-07, 11:00)
- Lejlama Ahmadi (10-01-03, 10:00)
- Bolączki uczelni w Afganistanie (08-05-09, 17:03)
- Kabulska szkoła jazdy (08-05-09, 16:50)
GALERIA ZDJĘĆ
- Afganistan w obiektywie Marzeny Hmielewicz (07-05-09, 12:53)
Zobacz również:
Bolączki uczelni w Afganistanie, Kabulska szkoła jazdy i Kobiety Afganistanu oraz galerię zdjęć Afganistan w obiektywie Marzeny Hmielewicz
Hosn Banu
Słuchałam jej z otwartą buzią. Po raz pierwszy afgańska kobieta opowiadała mi o sobie. O swoich dążeniach i o swojej kompetencji. - Ciężko mi było porzucić życie akademickie, ale zgodziłam się zostać ministrem, bo wiedziałam, że nikt lepiej nie nadaje się na to stanowisko ode mnie - nawijała jak po kursie samoprezentacji. W kraju, gdzie kobiecie nie wypada publicznie zabierać głosu, słowa Hosn Banu Ghazanfar brzmiały jak wiadomość z innej planety. Trzy lata temu prezydent Hamid Karzaj mianował ją czwartą z kolei minister do spraw kobiet. Po 2001 roku Afganistan, przynajmniej formalnie, przeszedł rewolucję, jeśli chodzi o miejsce kobiet w życiu publicznym. Za talibów nie wolno im było wychodzić na ulicę bez opieki spokrewnionego mężczyzny, nie mogły się uczyć. Jedynym zawodem, który mogły wykonywać, był lekarz. A to tylko dlatego, że chore kobiety nie miały prawa odwiedzać lekarzy mężczyzn. Dziś konstytucja Afganistanu rezerwuje dla kobiet jedną czwartą miejsc w izbie niższej i jedną szóstą w izbie wyższej parlamentu. Politycy pamiętają, by w oficjalnych przemówieniach odnosić się do sytuacji kobiet. To podoba się zachodnim, a w szczególności amerykańskim partnerom, bez których pomocy rząd by się nie utrzymał. - Za talibów, mimo że nie mogłam kontynuować kariery akademickiej, nie próżnowałam. Przełożyłam na dari cztery książki: 'Jak dbać o kobiecą urodę', 'Karmoznawstwo', 'Nauki o jaźni' i Nostradamusa 'Co czeka Azję w XXI wieku' - chwali się pani minister. - Studiowałam także Koran i porównywałam zawarte w nim nauki z osiągnięciami psychologii, genetyki i mistyki. Kocham kwiaty, drzewa. Wierzę, że więź z przyrodą pozwala nam odzyskiwać siły witalne. Uwielbiam też poezję. Mój ulubiony poeta to Ojej, zapomniałam nazwiska. Napisał 'Więźnia Kaukazu'. - Puszkin - podpowiadam. - O tak, właśnie on. A z perskich lubię Hafiza, Saadiego i naszą afgańską poetkę Rabię Balchi. Jestem Wodnikiem. Kamień Wodników to ametyst. Przynosi mi szczęście.
Słyszałam już podobne przemowy. W Rosji. Tani mistycyzm, fascynacja religijna pomieszana z astrologią i czarną magią. New Age a la soviétique. Chonum (pani) Ghazanfar musiała zarazić się takim myśleniem na studiach w Rosji. Uzbeczka. Urodziła się na północy Afganistanu, w Mazar-e Szarif. Pochodzi z zamożnej kupieckiej rodziny. Jest dzieckiem przemian modernizacyjnych lat 70. i 80., kiedy to w Afganistanie kobiety masowo zdawały na studia, zrzucały zasłony, a po całym kraju rozpływał się socjalistyczny ferment. Zaczęła studia tuż przed kwietniową rewolucją (w Afganistanie rok szkolny zaczyna się w marcu), gdy w 1978 roku władzę przejęły wspierane przez Sowietów prokomunistyczne afgańskie siły postępowe. Zdała na anglistykę. Aplikowała o stypendium w USA, okazało się, że może wyjechać, ale tylko do ZSRR. Pojechała do Stawropola. W 1983 roku obroniła się z literatury. Wróciła na krótko do ojczyzny, by znów wyjechać na studia doktoranckie w Petersburgu. W 1988 roku dostała stopień kandydata nauk leningradzkiego uniwersytetu. - Ma pani męża? - zapytałam, pewna odpowiedzi. - Nie. ('Wdowa' - pomyślałam). Nigdy nie wyszłam za mąż. Chciałam poświęcić się nauce. To pierwsza panna w tym wieku, którą spotkałam w Afganistanie. - Było mi ciężko, że nie jestem zamężna i nie mam dzieci - przyznaje. - W oczy nikt mi nic nie powiedział, ale docierały do mnie obrzydliwe plotki. Bo u nas nie bardzo lubi się niezależne kobiety. - Z kim pani mieszka? - W Polsce nie odważyłabym się zadać tak bezczelnego pytania pani minister. Jednak wiedziałam, że w Afganistanie nie jestem jedyną osobą, którą to interesuje. - Z braćmi. Stać mnie, żeby mieszkać oddzielnie, ale konserwatywni politycy zniszczyliby mnie.
Alema
Do gabinetu wchodzi urzędniczka z naręczem papierów. Korzystając z przerwy, pytam o toaletę. - Uciekłam od męża - zaczyna prosto z mostu. Mamy mało czasu. Alema spędziła kilka lat w Pakistanie, mówi po angielsku. Pracuje jako tłumaczka w ministerstwie do spraw kobiet. Jej szefowa wysłała ją z kluczem, by otworzyła dla nas lepszą toaletę. - Nie wypuszczał mnie z domu, nie pozwalał pracować, a ja przecież utrzymywałam nas oboje - skarży się. - Nie znałam go przed ślubem. Ale zgodziłam się za niego wyjść, wydawało się, że jest z liberalnej rodziny, przystojny - widziałam na zdjęciu. Jego rodzice twierdzili, że skończył ekonomię i ma sklep z kosmetykami. Dopiero po ślubie, gdy wprowadziłam się do niego, zobaczyłam, że całymi dniami nic nie robi. 'Gdzie twój sklep?' - pytam. Odpowiedział, że to nie jego, tylko kuzyna. Ja chodziłam do pracy, a on spał. Nie skończył żadnych studiów, tylko szkołę średnią. Zaczął przychodzić do ambasady włoskiej, gdzie wtedy pracowałam, i wygrażał, żebym wracała do domu. W końcu uciekłam do rodziców. Wzięłam tylko jedną chustkę i koszulę na zmianę. Wszystko zostało u niego - rzeczy, po które specjalnie przed ślubem pojechałam z tatą do Pakistanu: laptop, ubrania, garnki, pościel. Potem dzwonił do mojego ojca, płakał w słuchawkę i błagał, żebym wróciła, obiecywał, że się zmieni. Tata namawiał mnie, żebym mu przebaczyła. Dla obu rodzin taka historia to wielki wstyd. Ale ja mu nie wierzę. Dlatego przeniosłam się tutaj. Ministerstwo zapewnia transport mikrobusem z domu do pracy i z powrotem dla wszystkich pracownic. Dzięki temu jestem bezpieczniejsza. Do ambasady musiałam dojeżdżać sama miejskim autobusem. Bałam się, że będzie mnie śledził. Alema musi wracać do obowiązków. Na korytarzu dowiedziałam się jeszcze, że parę dni temu złożyła pozew rozwodowy. Rozwód pewnie dostanie. Ale ponieważ to ona jest stroną wnoszącą sprawę, na odzyskanie rzeczy ma marne szanse.
Wracamy do wytwornego gabinetu pani minister. Eleganckie meble, herbata w cieniutkiej porcelanie, klimatyzacja. Ministerstwo nie pomaga bezpośrednio kobietom, które znalazły się w sytuacji takiej jak Alema. Nie ma żadnych możliwości wykonawczych. Koordynuje pracę innych resortów (np. edukacji, zdrowia), tak aby dbały o interesy kobiet. Niewielki budżet wspomagany zagranicznymi dotacjami wystarcza na akcje propagandowe na rzecz równouprawnienia. - Opracowałam strategię na rzecz kobiet. Przez kilka godzin przekonywałam do niej rząd. W ramach strategii na prowincji organizujemy pogadanki, przekonujemy mułłów, lokalne autorytety, by nie wydawać małych dziewczynek za mąż, wzywamy do posyłania ich do szkół. Mamy streetworkerów (pięć osób w Kabulu i 20 na resztę Afganistanu), którzy pracują z poszczególnymi rodzinami. Organizujemy konkursy dla młodych poetek, wystawy rękodzieła - wymienia pani minister. - Namówiłam prezydenta, choć 80 proc. rządu było przeciw, żeby ustanowić medal dla zasłużonej matki. Nagrodzona musi mieć własne dzieci, 30 przepracowanych lat i zasługi dla ojczyzny. Wybraliśmy dziesięć kandydatek. Prezydent wyłoni laureatkę. Jest wśród nich prosta analfabetka, która zapewniła wykształcenie wszystkim swoim licznym dzieciom, jest dyplomatka, pani generał i dyrektorka Parku Kobiet.
Nadia
Położony w centrum Kabulu Bogh-e zanon, czyli Park Kobiet, to oczko w głowie pani minister. Wstęp mają tu tylko kobiety (i dzieci). To jedyne miejsce w mieście, gdzie mogą swobodnie chodzić bez zasłony. Bogh-e zanon to duży plac z paroma huśtawkami, zjeżdżalnią i karuzelą. Między rachitycznymi krzakami róż stoją altanki. - Nie wygląda to zachęcająco, wiem - tłumaczy się pani minister. - Kilka lat obiekt marniał bez opieki. Wydałam zakaz fotografowania. Zdjęcia będzie można robić, jak wszystko ładnie wyremontujemy. W podcieniach muru otaczającego ogród dla kobiet ulokowane są sklepiki tylko dla kobiet. Dwa z nich należą do Nadii Jusufzaj. - Najlepiej sprzedają się kosmetyki. Sprowadzam też buty z Indii, plastikową biżuterię z Pakistanu. Bieliznę z Chin - opowiada. W drugim sklepiku są pendżabi (strój składający się z długiej bluzy i luźnych, zwężanych w kostce spodni) robione na miarę. Do szycia, przywożenia towaru i obsługi sklepów Nadia zatrudnia dziesięć osób.
Biznes zaczęła po powrocie z Pakistanu, gdzie wyjechała z mężem, producentem muzycznym, na początku lat 90. (Imię urodzonej w latach 60. Nadii zdradza lewicowe sympatie jej taty). W 1992 roku Kabul przeszedł z rąk proradzieckiego rządu prezydenta Nadżibullaha we władanie mudżahedinów, którzy zaraz po zdobyciu władzy rozpoczęli bratobójczą walkę. To z tego czasu pochodzą największe zniszczenia w stolicy, która za komunistów przeżywała czasy rozkwitu. Islamskie porządki mudżahedinów, a jeszcze bardziej pociski z ich dział, wygnały z kraju wiele liberalnej inteligencji.
Do Afganistanu Nadia z mężem i dziećmi wrócili w pierwszym roku rządów Hamida Karzaja. Prawie od razu Nadia założyła sklep. - Rodzina nie miała nic przeciw? - pytam. - Nie, mąż mnie nawet zachęcał.
Nadia ma czworo dzieci. Najmłodsza córka Szabnam ma cztery lata. Gdy była malutka, Nadia mniej pracowała, teraz spędza w sklepie prawie dziesięć godzin. Przychodzi koło dziewiątej i wychodzi po 18. Przez ostatnie dwie godziny towarzyszy jej córka, którą po godz. 16 odbiera z przedszkola. - Chcę pomagać siostrom - kobietom Afganistanu - mówi Nadia. - Gdybym nie musiała zarabiać, zostawiłabym te sklepy i zajęłabym się działalnością charytatywną. Nadia z koleżankami z bazarku właśnie zakłada fundację. - Piszemy podanie o grant na 800 dol. Chcemy dla przychodzących do Parku kobiet organizować pogadanki o higienie osobistej, dawać im środki antykoncepcyjne. Moglibyśmy też prowadzić kursy przedsiębiorczości. W Afganistanie jest tyle kobiet pozbawionych środków do życia. Gdyby mogły się jakoś same utrzymywać... - snuje plany Nadia. - We czwartek ministerstwo ds. kobiet organizuje uroczyste obchody Dnia Matki. Też tam będziemy, może uda nam się kogoś przekonać, by dał pieniądze.
Homa
Wiele afgańskich kobiet nie może nawet marzyć o takiej odrobinie wolności jak parę godzin pogaduszek i zabaw z dziećmi w Parku Kobiet. Całe życie spędzają w domu. W Kabulu jest tylko jedno kino, do którego wpuszczają kobiety. Na wsi Afganki mogą najwyżej odwiedzić krewnych. - Żeby przekonać mężczyzn, by zaczęli puszczać żony i córki na zajęcia, zaczęliśmy po lekcjach rozdawać mąkę, olej albo mydło - opowiada Homa. - Na wsiach aż 90 proc. kobiet to analfabetki. Ich rodzinom nie zależy, by to zmienić. Nasze kursantki, nawet jeśli nauczą się pisać i czytać, raczej nie będą wykorzystywać tych umiejętności. - Po co im w takim razie te kursy? - pytam. - Może nauczą literek swoje córki, to będzie już nowe pokolenie, lepiej przygotowane do niezależności - przypuszcza Homa. Fundację, którą kieruje Homa, założył Łakil Azizi, biznesmen, absolwent kijowskiej politechniki. Oprócz lekcji czytania i pisania fundacja zorganizowała też kursy tkania dywanów dla kobiet. Teraz stara się pozyskać pieniądze na kursy prawa jazdy, tym razem adresowane do miejskich dziewcząt. - Nikt im nie da na to pieniędzy - mówi mi znajoma pracowniczka zachodniej organizacji pomocowej. - Co z tego, że wynaleziona przez nich skądś kobieta instruktorka nauczy parę dziewcząt jeździć samochodem. I tak nikt ich potem nie zatrudni jako kierowców. Nie wszystkie będą miały tyle szczęścia co Homa, którą do pracy przyjmował Łakil. - Ukraińskie studia w latach 80. otworzyły mi oczy - tłumaczył mi inżynier. - Dzięki koleżankom studentkom, sto razy lepszym ode mnie, zrozumiałem, że kobiety też potrafią się uczyć i logicznie argumentować.
Zainab
Trawniki na dziedzińcu ministerstwa do spraw kobiet obstawiono namiotami, wśród których przechadza się delegacja: pani minister, wiceprezydent i kilku urzędników. Podziwiają rękodzieła wystawione przez różne kobiece organizacje (wdów, niepełnosprawnych). Jest też stoisko sklepikarek z Bogh-e zanon. Po zwiedzeniu wystawy tłum przechodzi do sali. - W imię Allaha miłosiernego, sprawiedliwego... - intonuje mistrzyni ceremonii. Następnie przemawia pani minister: - Zdrowe społeczeństwo zależy od przywódców i matek. To w ich rękach jest nasza przyszłość. W głębi sceny portret Rabii Balchi, na ścianach plakaty z propagandowymi hasłami i portretami dzielnych afgańskich matek. - Matko, bądź pozdrowiona! - kończy w uniesieniu chonum Ghazanfar. Przy wyjściu, jak każdy uczestnik ceremonii, dostajemy reklamówkę. W środku jest karton soku, paczka ciastek i opakowana w celofan apaszka. - Te chustki, ufundowane przez sponsora, to prezent dla kobiet. Chcemy, by miały coś, co należy tylko do nich - tłumaczyła nam parę dni wcześniej minister. W Afganistanie kobiety rzadko mają własny majątek. Przed ślubem panna młoda dostaje wyprawkę, ale jak pokazuje przykład Alemy, te rzeczy nie są uznawane za jej bezwzględną własność. Nawet jeśli formalnie coś do niej należy, to nie ona decyduje, jak z tego korzystać. Ta zasada dotyczy także kobiecych ciał. - O tym, czy przyjechać z rodzącą do szpitala, wyrokuje mąż albo teściowa - mówi doktor Nazim, dyrektorka szpitala położniczego Malalai. - Rezultat jest taki, że w Afganistanie na 100 tys. porodów 1,5 tys. kończy się śmiercią matki. To jeden z gorszych wyników na świecie. Od dzieciństwa dziewczynki są przyzwyczajane, że należy im się mniej niż chłopcom. W biednych rodzinach dostają nawet gorsze jedzenie. - W Kapisie (prowincja Afganistanu na północ od Kabulu) zagraniczna NGO budowała szkołę. Normalnie w takich sytuacjach rodzice dzieci chętnie dokładają się, pomagają w pracach. Tym razem nie było żadnych chętnych. Bo to szkoła dla dziewczynek - opowiada Marysia z kabulskiej misji PAH-u.
Dziewczynki chodzą do szkoły, tylko dopóki nie wyjdą za mąż. Do zajmowania się dziećmi i gotowania wykształcenie jest niepotrzebne, lepiej inwestować w edukację chłopców, którzy później będą utrzymywać rodziny. - Wiele zagranicznych fundacji stara się zatrudniać tyle samo kobiet co mężczyzn. Po paru latach w Afganistanie zaczęli od tego odchodzić - mówi Marysia. - Zaangażowanie miejscowej pracowniczki podwyższało koszty projektów. Gdy trzeba było sprawdzić, jak postępuje budowa szkoły lub czy działa nowe ujęcie wody, dziewczyny nie mogły pojechać same w teren. Nie wystarczało tylko towarzystwo kierowcy. Nie wypada przecież, żeby kobieta jechała w podróż z obcym mężczyzną. Musiał im towarzyszyć brat lub ojciec. Jeśli w ogóle wyprawa dochodziła do skutku, kosztowała trzy razy więcej niż w wypadku męskiego współpracownika, który mógł tam pojechać sam. Dużo czasu upłynie, nim politycznie poprawne deklaracje prezydenta Karzaja staną się afgańską realnością. Kursy higieny osobistej, konkursy na matkę roku i nylonowe apaszki nie poprawią losu afgańskich kobiet. Mogą natomiast nauczyć Afgańczyków, że trzeba próbować zmienić dzisiejszą sytuację kobiet w tym kraju. To wcale nie musi być trudne ani kosztowne. Przez ostatnie lata w trzech podkabulskich prowincjach - Parwanie, Kapisie i Panczszirze - umieralność dzieci poniżej piątego roku życia spadła z 257 do 191 na tysiąc. Przez 2004 rokiem tylko 4 proc. tamtejszych kobiet rodziło w asyście wyspecjalizowanego personelu, dziś to już prawie 40 proc. To efekt objęcia prowincji programem realizowanym przez afgańskie ministerstwo zdrowia, a finansowanym przez Bank Światowy. Jednym z elementów programu jest Centrum Szkolenia Położnych.
- Wyszkolenie jednej położnej kosztuje 14 tys. dol. Od początku istnienia Centrum, od 2004 roku, wyszkoliliśmy 80 dziewcząt. W tym roku kurs skończy kolejne 34 - mówi doktor Abdul Kadir, który nadzoruje realizację projektu z ramienia ministerstwa zdrowia. Kandydatki na kurs pochodzą z najbardziej oddalonych miejscowości, gdzie zapotrzebowanie na wykształcony personel medyczny jest największe. Do udziału w programie kwalifikuje je starszyzna wioskowa. Po skończonym kursie dziewczyny wrócą w rodzinne strony. Wypłacana im co miesiąc rządowa pensja często będzie jedynym regularnym źródłem dochodu dla całych ich rodzin. - Gdy kobieta zarabia własne pieniądze, mąż nie jest w stanie jej całkowicie kontrolować. Dać kobietom pracę to najlepszy sposób na emancypację - mówił mi Łakil.
Bolączki uczelni w Afganistanie, Kabulska szkoła jazdy i Kobiety Afganistanu oraz galerię zdjęć Afganistan w obiektywie Marzeny Hmielewicz
Hosn Banu
Słuchałam jej z otwartą buzią. Po raz pierwszy afgańska kobieta opowiadała mi o sobie. O swoich dążeniach i o swojej kompetencji. - Ciężko mi było porzucić życie akademickie, ale zgodziłam się zostać ministrem, bo wiedziałam, że nikt lepiej nie nadaje się na to stanowisko ode mnie - nawijała jak po kursie samoprezentacji. W kraju, gdzie kobiecie nie wypada publicznie zabierać głosu, słowa Hosn Banu Ghazanfar brzmiały jak wiadomość z innej planety. Trzy lata temu prezydent Hamid Karzaj mianował ją czwartą z kolei minister do spraw kobiet. Po 2001 roku Afganistan, przynajmniej formalnie, przeszedł rewolucję, jeśli chodzi o miejsce kobiet w życiu publicznym. Za talibów nie wolno im było wychodzić na ulicę bez opieki spokrewnionego mężczyzny, nie mogły się uczyć. Jedynym zawodem, który mogły wykonywać, był lekarz. A to tylko dlatego, że chore kobiety nie miały prawa odwiedzać lekarzy mężczyzn. Dziś konstytucja Afganistanu rezerwuje dla kobiet jedną czwartą miejsc w izbie niższej i jedną szóstą w izbie wyższej parlamentu. Politycy pamiętają, by w oficjalnych przemówieniach odnosić się do sytuacji kobiet. To podoba się zachodnim, a w szczególności amerykańskim partnerom, bez których pomocy rząd by się nie utrzymał. - Za talibów, mimo że nie mogłam kontynuować kariery akademickiej, nie próżnowałam. Przełożyłam na dari cztery książki: 'Jak dbać o kobiecą urodę', 'Karmoznawstwo', 'Nauki o jaźni' i Nostradamusa 'Co czeka Azję w XXI wieku' - chwali się pani minister. - Studiowałam także Koran i porównywałam zawarte w nim nauki z osiągnięciami psychologii, genetyki i mistyki. Kocham kwiaty, drzewa. Wierzę, że więź z przyrodą pozwala nam odzyskiwać siły witalne. Uwielbiam też poezję. Mój ulubiony poeta to Ojej, zapomniałam nazwiska. Napisał 'Więźnia Kaukazu'. - Puszkin - podpowiadam. - O tak, właśnie on. A z perskich lubię Hafiza, Saadiego i naszą afgańską poetkę Rabię Balchi. Jestem Wodnikiem. Kamień Wodników to ametyst. Przynosi mi szczęście.
Słyszałam już podobne przemowy. W Rosji. Tani mistycyzm, fascynacja religijna pomieszana z astrologią i czarną magią. New Age a la soviétique. Chonum (pani) Ghazanfar musiała zarazić się takim myśleniem na studiach w Rosji. Uzbeczka. Urodziła się na północy Afganistanu, w Mazar-e Szarif. Pochodzi z zamożnej kupieckiej rodziny. Jest dzieckiem przemian modernizacyjnych lat 70. i 80., kiedy to w Afganistanie kobiety masowo zdawały na studia, zrzucały zasłony, a po całym kraju rozpływał się socjalistyczny ferment. Zaczęła studia tuż przed kwietniową rewolucją (w Afganistanie rok szkolny zaczyna się w marcu), gdy w 1978 roku władzę przejęły wspierane przez Sowietów prokomunistyczne afgańskie siły postępowe. Zdała na anglistykę. Aplikowała o stypendium w USA, okazało się, że może wyjechać, ale tylko do ZSRR. Pojechała do Stawropola. W 1983 roku obroniła się z literatury. Wróciła na krótko do ojczyzny, by znów wyjechać na studia doktoranckie w Petersburgu. W 1988 roku dostała stopień kandydata nauk leningradzkiego uniwersytetu. - Ma pani męża? - zapytałam, pewna odpowiedzi. - Nie. ('Wdowa' - pomyślałam). Nigdy nie wyszłam za mąż. Chciałam poświęcić się nauce. To pierwsza panna w tym wieku, którą spotkałam w Afganistanie. - Było mi ciężko, że nie jestem zamężna i nie mam dzieci - przyznaje. - W oczy nikt mi nic nie powiedział, ale docierały do mnie obrzydliwe plotki. Bo u nas nie bardzo lubi się niezależne kobiety. - Z kim pani mieszka? - W Polsce nie odważyłabym się zadać tak bezczelnego pytania pani minister. Jednak wiedziałam, że w Afganistanie nie jestem jedyną osobą, którą to interesuje. - Z braćmi. Stać mnie, żeby mieszkać oddzielnie, ale konserwatywni politycy zniszczyliby mnie.
Alema
Do gabinetu wchodzi urzędniczka z naręczem papierów. Korzystając z przerwy, pytam o toaletę. - Uciekłam od męża - zaczyna prosto z mostu. Mamy mało czasu. Alema spędziła kilka lat w Pakistanie, mówi po angielsku. Pracuje jako tłumaczka w ministerstwie do spraw kobiet. Jej szefowa wysłała ją z kluczem, by otworzyła dla nas lepszą toaletę. - Nie wypuszczał mnie z domu, nie pozwalał pracować, a ja przecież utrzymywałam nas oboje - skarży się. - Nie znałam go przed ślubem. Ale zgodziłam się za niego wyjść, wydawało się, że jest z liberalnej rodziny, przystojny - widziałam na zdjęciu. Jego rodzice twierdzili, że skończył ekonomię i ma sklep z kosmetykami. Dopiero po ślubie, gdy wprowadziłam się do niego, zobaczyłam, że całymi dniami nic nie robi. 'Gdzie twój sklep?' - pytam. Odpowiedział, że to nie jego, tylko kuzyna. Ja chodziłam do pracy, a on spał. Nie skończył żadnych studiów, tylko szkołę średnią. Zaczął przychodzić do ambasady włoskiej, gdzie wtedy pracowałam, i wygrażał, żebym wracała do domu. W końcu uciekłam do rodziców. Wzięłam tylko jedną chustkę i koszulę na zmianę. Wszystko zostało u niego - rzeczy, po które specjalnie przed ślubem pojechałam z tatą do Pakistanu: laptop, ubrania, garnki, pościel. Potem dzwonił do mojego ojca, płakał w słuchawkę i błagał, żebym wróciła, obiecywał, że się zmieni. Tata namawiał mnie, żebym mu przebaczyła. Dla obu rodzin taka historia to wielki wstyd. Ale ja mu nie wierzę. Dlatego przeniosłam się tutaj. Ministerstwo zapewnia transport mikrobusem z domu do pracy i z powrotem dla wszystkich pracownic. Dzięki temu jestem bezpieczniejsza. Do ambasady musiałam dojeżdżać sama miejskim autobusem. Bałam się, że będzie mnie śledził. Alema musi wracać do obowiązków. Na korytarzu dowiedziałam się jeszcze, że parę dni temu złożyła pozew rozwodowy. Rozwód pewnie dostanie. Ale ponieważ to ona jest stroną wnoszącą sprawę, na odzyskanie rzeczy ma marne szanse.
Wracamy do wytwornego gabinetu pani minister. Eleganckie meble, herbata w cieniutkiej porcelanie, klimatyzacja. Ministerstwo nie pomaga bezpośrednio kobietom, które znalazły się w sytuacji takiej jak Alema. Nie ma żadnych możliwości wykonawczych. Koordynuje pracę innych resortów (np. edukacji, zdrowia), tak aby dbały o interesy kobiet. Niewielki budżet wspomagany zagranicznymi dotacjami wystarcza na akcje propagandowe na rzecz równouprawnienia. - Opracowałam strategię na rzecz kobiet. Przez kilka godzin przekonywałam do niej rząd. W ramach strategii na prowincji organizujemy pogadanki, przekonujemy mułłów, lokalne autorytety, by nie wydawać małych dziewczynek za mąż, wzywamy do posyłania ich do szkół. Mamy streetworkerów (pięć osób w Kabulu i 20 na resztę Afganistanu), którzy pracują z poszczególnymi rodzinami. Organizujemy konkursy dla młodych poetek, wystawy rękodzieła - wymienia pani minister. - Namówiłam prezydenta, choć 80 proc. rządu było przeciw, żeby ustanowić medal dla zasłużonej matki. Nagrodzona musi mieć własne dzieci, 30 przepracowanych lat i zasługi dla ojczyzny. Wybraliśmy dziesięć kandydatek. Prezydent wyłoni laureatkę. Jest wśród nich prosta analfabetka, która zapewniła wykształcenie wszystkim swoim licznym dzieciom, jest dyplomatka, pani generał i dyrektorka Parku Kobiet.
Nadia
Położony w centrum Kabulu Bogh-e zanon, czyli Park Kobiet, to oczko w głowie pani minister. Wstęp mają tu tylko kobiety (i dzieci). To jedyne miejsce w mieście, gdzie mogą swobodnie chodzić bez zasłony. Bogh-e zanon to duży plac z paroma huśtawkami, zjeżdżalnią i karuzelą. Między rachitycznymi krzakami róż stoją altanki. - Nie wygląda to zachęcająco, wiem - tłumaczy się pani minister. - Kilka lat obiekt marniał bez opieki. Wydałam zakaz fotografowania. Zdjęcia będzie można robić, jak wszystko ładnie wyremontujemy. W podcieniach muru otaczającego ogród dla kobiet ulokowane są sklepiki tylko dla kobiet. Dwa z nich należą do Nadii Jusufzaj. - Najlepiej sprzedają się kosmetyki. Sprowadzam też buty z Indii, plastikową biżuterię z Pakistanu. Bieliznę z Chin - opowiada. W drugim sklepiku są pendżabi (strój składający się z długiej bluzy i luźnych, zwężanych w kostce spodni) robione na miarę. Do szycia, przywożenia towaru i obsługi sklepów Nadia zatrudnia dziesięć osób.
Biznes zaczęła po powrocie z Pakistanu, gdzie wyjechała z mężem, producentem muzycznym, na początku lat 90. (Imię urodzonej w latach 60. Nadii zdradza lewicowe sympatie jej taty). W 1992 roku Kabul przeszedł z rąk proradzieckiego rządu prezydenta Nadżibullaha we władanie mudżahedinów, którzy zaraz po zdobyciu władzy rozpoczęli bratobójczą walkę. To z tego czasu pochodzą największe zniszczenia w stolicy, która za komunistów przeżywała czasy rozkwitu. Islamskie porządki mudżahedinów, a jeszcze bardziej pociski z ich dział, wygnały z kraju wiele liberalnej inteligencji.
Do Afganistanu Nadia z mężem i dziećmi wrócili w pierwszym roku rządów Hamida Karzaja. Prawie od razu Nadia założyła sklep. - Rodzina nie miała nic przeciw? - pytam. - Nie, mąż mnie nawet zachęcał.
Nadia ma czworo dzieci. Najmłodsza córka Szabnam ma cztery lata. Gdy była malutka, Nadia mniej pracowała, teraz spędza w sklepie prawie dziesięć godzin. Przychodzi koło dziewiątej i wychodzi po 18. Przez ostatnie dwie godziny towarzyszy jej córka, którą po godz. 16 odbiera z przedszkola. - Chcę pomagać siostrom - kobietom Afganistanu - mówi Nadia. - Gdybym nie musiała zarabiać, zostawiłabym te sklepy i zajęłabym się działalnością charytatywną. Nadia z koleżankami z bazarku właśnie zakłada fundację. - Piszemy podanie o grant na 800 dol. Chcemy dla przychodzących do Parku kobiet organizować pogadanki o higienie osobistej, dawać im środki antykoncepcyjne. Moglibyśmy też prowadzić kursy przedsiębiorczości. W Afganistanie jest tyle kobiet pozbawionych środków do życia. Gdyby mogły się jakoś same utrzymywać... - snuje plany Nadia. - We czwartek ministerstwo ds. kobiet organizuje uroczyste obchody Dnia Matki. Też tam będziemy, może uda nam się kogoś przekonać, by dał pieniądze.
Homa
Wiele afgańskich kobiet nie może nawet marzyć o takiej odrobinie wolności jak parę godzin pogaduszek i zabaw z dziećmi w Parku Kobiet. Całe życie spędzają w domu. W Kabulu jest tylko jedno kino, do którego wpuszczają kobiety. Na wsi Afganki mogą najwyżej odwiedzić krewnych. - Żeby przekonać mężczyzn, by zaczęli puszczać żony i córki na zajęcia, zaczęliśmy po lekcjach rozdawać mąkę, olej albo mydło - opowiada Homa. - Na wsiach aż 90 proc. kobiet to analfabetki. Ich rodzinom nie zależy, by to zmienić. Nasze kursantki, nawet jeśli nauczą się pisać i czytać, raczej nie będą wykorzystywać tych umiejętności. - Po co im w takim razie te kursy? - pytam. - Może nauczą literek swoje córki, to będzie już nowe pokolenie, lepiej przygotowane do niezależności - przypuszcza Homa. Fundację, którą kieruje Homa, założył Łakil Azizi, biznesmen, absolwent kijowskiej politechniki. Oprócz lekcji czytania i pisania fundacja zorganizowała też kursy tkania dywanów dla kobiet. Teraz stara się pozyskać pieniądze na kursy prawa jazdy, tym razem adresowane do miejskich dziewcząt. - Nikt im nie da na to pieniędzy - mówi mi znajoma pracowniczka zachodniej organizacji pomocowej. - Co z tego, że wynaleziona przez nich skądś kobieta instruktorka nauczy parę dziewcząt jeździć samochodem. I tak nikt ich potem nie zatrudni jako kierowców. Nie wszystkie będą miały tyle szczęścia co Homa, którą do pracy przyjmował Łakil. - Ukraińskie studia w latach 80. otworzyły mi oczy - tłumaczył mi inżynier. - Dzięki koleżankom studentkom, sto razy lepszym ode mnie, zrozumiałem, że kobiety też potrafią się uczyć i logicznie argumentować.
Zainab
Trawniki na dziedzińcu ministerstwa do spraw kobiet obstawiono namiotami, wśród których przechadza się delegacja: pani minister, wiceprezydent i kilku urzędników. Podziwiają rękodzieła wystawione przez różne kobiece organizacje (wdów, niepełnosprawnych). Jest też stoisko sklepikarek z Bogh-e zanon. Po zwiedzeniu wystawy tłum przechodzi do sali. - W imię Allaha miłosiernego, sprawiedliwego... - intonuje mistrzyni ceremonii. Następnie przemawia pani minister: - Zdrowe społeczeństwo zależy od przywódców i matek. To w ich rękach jest nasza przyszłość. W głębi sceny portret Rabii Balchi, na ścianach plakaty z propagandowymi hasłami i portretami dzielnych afgańskich matek. - Matko, bądź pozdrowiona! - kończy w uniesieniu chonum Ghazanfar. Przy wyjściu, jak każdy uczestnik ceremonii, dostajemy reklamówkę. W środku jest karton soku, paczka ciastek i opakowana w celofan apaszka. - Te chustki, ufundowane przez sponsora, to prezent dla kobiet. Chcemy, by miały coś, co należy tylko do nich - tłumaczyła nam parę dni wcześniej minister. W Afganistanie kobiety rzadko mają własny majątek. Przed ślubem panna młoda dostaje wyprawkę, ale jak pokazuje przykład Alemy, te rzeczy nie są uznawane za jej bezwzględną własność. Nawet jeśli formalnie coś do niej należy, to nie ona decyduje, jak z tego korzystać. Ta zasada dotyczy także kobiecych ciał. - O tym, czy przyjechać z rodzącą do szpitala, wyrokuje mąż albo teściowa - mówi doktor Nazim, dyrektorka szpitala położniczego Malalai. - Rezultat jest taki, że w Afganistanie na 100 tys. porodów 1,5 tys. kończy się śmiercią matki. To jeden z gorszych wyników na świecie. Od dzieciństwa dziewczynki są przyzwyczajane, że należy im się mniej niż chłopcom. W biednych rodzinach dostają nawet gorsze jedzenie. - W Kapisie (prowincja Afganistanu na północ od Kabulu) zagraniczna NGO budowała szkołę. Normalnie w takich sytuacjach rodzice dzieci chętnie dokładają się, pomagają w pracach. Tym razem nie było żadnych chętnych. Bo to szkoła dla dziewczynek - opowiada Marysia z kabulskiej misji PAH-u.
Dziewczynki chodzą do szkoły, tylko dopóki nie wyjdą za mąż. Do zajmowania się dziećmi i gotowania wykształcenie jest niepotrzebne, lepiej inwestować w edukację chłopców, którzy później będą utrzymywać rodziny. - Wiele zagranicznych fundacji stara się zatrudniać tyle samo kobiet co mężczyzn. Po paru latach w Afganistanie zaczęli od tego odchodzić - mówi Marysia. - Zaangażowanie miejscowej pracowniczki podwyższało koszty projektów. Gdy trzeba było sprawdzić, jak postępuje budowa szkoły lub czy działa nowe ujęcie wody, dziewczyny nie mogły pojechać same w teren. Nie wystarczało tylko towarzystwo kierowcy. Nie wypada przecież, żeby kobieta jechała w podróż z obcym mężczyzną. Musiał im towarzyszyć brat lub ojciec. Jeśli w ogóle wyprawa dochodziła do skutku, kosztowała trzy razy więcej niż w wypadku męskiego współpracownika, który mógł tam pojechać sam. Dużo czasu upłynie, nim politycznie poprawne deklaracje prezydenta Karzaja staną się afgańską realnością. Kursy higieny osobistej, konkursy na matkę roku i nylonowe apaszki nie poprawią losu afgańskich kobiet. Mogą natomiast nauczyć Afgańczyków, że trzeba próbować zmienić dzisiejszą sytuację kobiet w tym kraju. To wcale nie musi być trudne ani kosztowne. Przez ostatnie lata w trzech podkabulskich prowincjach - Parwanie, Kapisie i Panczszirze - umieralność dzieci poniżej piątego roku życia spadła z 257 do 191 na tysiąc. Przez 2004 rokiem tylko 4 proc. tamtejszych kobiet rodziło w asyście wyspecjalizowanego personelu, dziś to już prawie 40 proc. To efekt objęcia prowincji programem realizowanym przez afgańskie ministerstwo zdrowia, a finansowanym przez Bank Światowy. Jednym z elementów programu jest Centrum Szkolenia Położnych.
- Wyszkolenie jednej położnej kosztuje 14 tys. dol. Od początku istnienia Centrum, od 2004 roku, wyszkoliliśmy 80 dziewcząt. W tym roku kurs skończy kolejne 34 - mówi doktor Abdul Kadir, który nadzoruje realizację projektu z ramienia ministerstwa zdrowia. Kandydatki na kurs pochodzą z najbardziej oddalonych miejscowości, gdzie zapotrzebowanie na wykształcony personel medyczny jest największe. Do udziału w programie kwalifikuje je starszyzna wioskowa. Po skończonym kursie dziewczyny wrócą w rodzinne strony. Wypłacana im co miesiąc rządowa pensja często będzie jedynym regularnym źródłem dochodu dla całych ich rodzin. - Gdy kobieta zarabia własne pieniądze, mąż nie jest w stanie jej całkowicie kontrolować. Dać kobietom pracę to najlepszy sposób na emancypację - mówił mi Łakil.
Soraja
Do tej pory prawo było po stronie afgańskich kobiet. Nie nadążała za nim tradycja i obyczaje, ale przynajmniej na papierze istniały przepisy broniące ich wolności. To może się zmienić. Na przełomie marca i kwietnia starający się o reelekcję prezydent Karzaj podpisał nowy kodeks rodzinny dla Hazarów. Hazarowie stanowią kilkanaście procent ludności Afganistanu i jako szyici mają prawo regulować swoje prywatne sprawy innymi przepisami niż sunnicka większość Afgańczyków. W nowym kodeksie jest zapis mówiący, że kobieta może wychodzić do lekarza lub w odwiedziny do własnych rodziców bez zgody męża. Jeśli jednak wybiera się na zakupy, lekcję angielskiego, zajęcia na uniwersytecie bądź do koleżanki, zgoda męża jest już konieczna. Żona nie ma prawa odmówić mężowi współżycia bez istotnych przyczyn. Musi się malować, jeśli mąż sobie tego życzy, i nie może, jeśli sobie nie życzy. Za mąż można wydać dziewięcioletnią dziewczynkę. Obrońcy praw człowieka uważają, że Karzaj podpisał ustawę, by przed sierpniowymi wyborami pokazać, że nie jest tak posłuszny Zachodowi, za jakiego uchodzi. - Nikt z nami nie konsultował projektu - mówi minister Hosn Banu Ghazanfar. - Do ostatniej chwili był trzymany w tajemnicy. - Gdy tylko dowiedzieliśmy się, co zawiera nowy kodeks, zaczęliśmy protestować - opowiada dr Soraja Sobrang, przewodnicząca niezależnej komisji ds. praw człowieka, która ma pilnować, żeby każde nowe prawo było zgodne z zagwarantowanymi w afgańskiej konstytucji prawami człowieka. - Ostrzegliśmy prezydenta, że nie spoczniemy, póki nie zostaną zmienione niektóre przepisy. Bardzo dobrze, że poparły nas ONZ i afgańskie instytucje pozarządowe. Afgańskie kobiety potrzebują wsparcia wspólnoty międzynarodowej, która powinna zrobić wszystko, by nie próbowano ponownie zamknąć ich w domach, zakazać im nauki i pracy. Nowe prawo nie zostało jeszcze opublikowane, więc na razie nie obowiązuje. W jego sprawie toczą się negocjacje w radzie ministrów. Zniesienia dyskryminujących kobiety artykułów zażądało ministerstwo ds. kobiet. Komisja ds. praw człowieka nadzoruje akcję zbierania podpisów domagających się zmiany ustawy. Już kilka razy odbyły się demonstracje przeciw zapisom kodeksu. W końcu prezydent Karzaj publicznie oświadczył, że prawo w obecnym kształcie nie wejdzie w życie. Jednak coś się zmieniło. Gdy kilkanaście lat temu talibowie wprowadzali swoje drakońskie prawa, nie miał nawet kto protestować.
Do tej pory prawo było po stronie afgańskich kobiet. Nie nadążała za nim tradycja i obyczaje, ale przynajmniej na papierze istniały przepisy broniące ich wolności. To może się zmienić. Na przełomie marca i kwietnia starający się o reelekcję prezydent Karzaj podpisał nowy kodeks rodzinny dla Hazarów. Hazarowie stanowią kilkanaście procent ludności Afganistanu i jako szyici mają prawo regulować swoje prywatne sprawy innymi przepisami niż sunnicka większość Afgańczyków. W nowym kodeksie jest zapis mówiący, że kobieta może wychodzić do lekarza lub w odwiedziny do własnych rodziców bez zgody męża. Jeśli jednak wybiera się na zakupy, lekcję angielskiego, zajęcia na uniwersytecie bądź do koleżanki, zgoda męża jest już konieczna. Żona nie ma prawa odmówić mężowi współżycia bez istotnych przyczyn. Musi się malować, jeśli mąż sobie tego życzy, i nie może, jeśli sobie nie życzy. Za mąż można wydać dziewięcioletnią dziewczynkę. Obrońcy praw człowieka uważają, że Karzaj podpisał ustawę, by przed sierpniowymi wyborami pokazać, że nie jest tak posłuszny Zachodowi, za jakiego uchodzi. - Nikt z nami nie konsultował projektu - mówi minister Hosn Banu Ghazanfar. - Do ostatniej chwili był trzymany w tajemnicy. - Gdy tylko dowiedzieliśmy się, co zawiera nowy kodeks, zaczęliśmy protestować - opowiada dr Soraja Sobrang, przewodnicząca niezależnej komisji ds. praw człowieka, która ma pilnować, żeby każde nowe prawo było zgodne z zagwarantowanymi w afgańskiej konstytucji prawami człowieka. - Ostrzegliśmy prezydenta, że nie spoczniemy, póki nie zostaną zmienione niektóre przepisy. Bardzo dobrze, że poparły nas ONZ i afgańskie instytucje pozarządowe. Afgańskie kobiety potrzebują wsparcia wspólnoty międzynarodowej, która powinna zrobić wszystko, by nie próbowano ponownie zamknąć ich w domach, zakazać im nauki i pracy. Nowe prawo nie zostało jeszcze opublikowane, więc na razie nie obowiązuje. W jego sprawie toczą się negocjacje w radzie ministrów. Zniesienia dyskryminujących kobiety artykułów zażądało ministerstwo ds. kobiet. Komisja ds. praw człowieka nadzoruje akcję zbierania podpisów domagających się zmiany ustawy. Już kilka razy odbyły się demonstracje przeciw zapisom kodeksu. W końcu prezydent Karzaj publicznie oświadczył, że prawo w obecnym kształcie nie wejdzie w życie. Jednak coś się zmieniło. Gdy kilkanaście lat temu talibowie wprowadzali swoje drakońskie prawa, nie miał nawet kto protestować.
Źródło: Wysokie Obcasy
Przeczytaj 68 komentarzy na Forum
-
Makijaż, jak mąż się zgodzi
bestia81
15.05.09, 18:16
ministerstwo ds. kobiet bedzie istnialo tak dlugo, jak w afganistanie beda amerykanie i europejczycy. kiedy wyjada (a stanie sie to wkrotce po tym, gdy uda sie zagwarantowac, ze talibowie, »
-
Re: Makijaż, jak mąż się zgodzi
40bolszewikow
16.05.09, 19:49
Nic nie wiesz o islamie, a mądrzysz się. Ba, i to w jaki sposób! To właśnie przez ludzi myślących w taki sposób, jak ty świat wygląda, jak wygląda. Czym różni się twoje nawoływanie do »
-
Makijaż, jak mąż się zgodzi
jasna77
16.05.09, 20:54
Kurcze,o90 ma 150% racji a wy dalej swoje!Nie mozna byc troche w ciazy-tak jak nie mozna byc troche muzulmaninem.Oriana Fallaci to byla bardzo madra kobieta,chrzescijanska ateistka jak sama »
W numerze z 31 lipca
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć




