http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Jestem matką Pani trojga dzieci

Grażyna Nowodworska de Laat
09.08.2003 , aktualizacja: 25.03.2010 16:14
A A A Drukuj
Od pewnego czasu wiedziałam, że dojdzie do spotkania z rodziną biologiczną moich adoptowanych dzieci, wiedziałam też, że o tym napiszę. Dzieci zgodziły się, że ten tekst powinien powstać, bo może być pomocny innym adoptowanym dzieciom i takim jak my rodzicom. Dziękuję im za ich przyzwolenie i poparcie.
Lipiec 1995, dzieci z Tuzli (Bośnia) bawiące się w wojnę
Fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta
Lipiec 1995, dzieci z Tuzli (Bośnia) bawiące się w wojnę
ZOBACZ TAKŻE
RAPORTY
Pominęłam celowo wrażenia męża. Może sam kiedyś o nich napisze. Zapewnił mnie, że jego opowieść byłaby zupełnie inna, ale zakończona tą samą konkluzją:

wychowanie dziecka adoptowanego w świadomości, że jest adoptowane, z możliwością odszukania korzeni, jest jedynym właściwym sposobem okazania mu, że się je szanuje i kocha.

Nasza historia

Wyszłam za mąż za Holendra i zamieszkałam z nim w Holandii. Jeszcze przed ślubem postanowiliśmy, że będziemy mieli czwórkę dzieci. Nie wiedziałam, czy uda mi się zajść w ciążę, nie planowałam też powtarzać jej cztery razy, dlatego postanowiliśmy, że zdecydujemy się na adopcję. Wcześniej daliśmy jednak szansę naturze i wkrótce urodziło nam się dwoje dzieci - Tymon i Mara. Kiedy Tymon miał cztery lata, a Mara rok, zaadoptowaliśmy bliźnięta. Nasze dzieci - Dusia i Krys - urodziły się w Polsce. W Holandii bardzo niewiele dzieci jest oddawanych do adopcji, dlatego dominują adopcje zagraniczne (w ubiegłym roku Holendrzy adoptowali ponad 3 tys. dzieci, ale tylko 39 z nich urodziło się na terenie kraju).

Dusia i Krys są rówieśnikami Mary. Po pół roku dowiedzieliśmy się, że bliźnięta mają młodszego brata Lecha. Lech miał wtedy dwa miesiące i był w domu dziecka. Szybko podjęliśmy decyzję o połączeniu rodzeństwa.

Tworzymy siedmioosobową rodzinę, wszyscy mówimy i po polsku, i po holendersku. Nasze dzieci od początku wiedzą, że urodziła je inna mama, a u nas są dlatego, że mieliśmy szczęście je zaadoptować.

Od dawna czekaliśmy z mężem na odpowiednią chwilę, by spełnić obietnicę względem dzieci i względem sądu w Holandii, gdzie musieliśmy przyrzec, że pomożemy dzieciom w poszukiwaniu ich korzeni (pełnoletnie dzieci zgodnie z prawem obowiązującym w Polsce mogły również bez naszej zgody odszukać biologiczną rodzinę).

W dniu 19. urodzin naszych bliźniaków zapytałam: Krys, czy chcesz odwiedzić swoją biologiczną matkę? Odpowiedzią była fontanna łez. Okazało się, że syn od dłuższego czasu chciał prosić nas o pomoc w jej odnalezieniu. Bał się naszej reakcji. Bał się, że poczujemy się zdradzeni, więc nie pytał.

Krys tydzień wcześniej w samotności zaczął pisać swoje życiowe wypracowanie pod tytułem "Co to znaczy być zaadoptowanym". Przyniósł i pokazał mi swój wzruszający tekst składający się prawie z samych pytań dotyczących początków jego życia. Nigdy nie przypuszczałam, że może mieć z tym taki problem. Od wielu lat pracuję przy adopcjach i przy każdej okazji ogłaszałam wszem i wobec, że należy odszukiwać i odwiedzać rodziny biologiczne. Zapomniałam tylko zapytać Krysa o zdanie.

Dusia drążyła temat od lat. Fantazjowała, ile ma rodzeństwa, cioć, wujków, dziadków i babć. Zawsze chciała ich odwiedzić. Lech twierdził, że jest mu obojętne, co i kiedy zrobimy. Prawie w to uwierzyłam. Jak zauważyłam, dzieci pragną spotkania z biologiczną matką, marzą o spotkaniu z nią, ale niepokoi je, czy nie krzywdzą tą myślą rodziców adopcyjnych.

Obiecałam, że spróbujemy podczas wakacji zaaranżować spotkanie z ich biologiczną rodziną. Zwróciliśmy się do ówczesnego kuratora sądowego, byłego członka komisji adopcyjnej, o pomoc. Nie było to trudne, bo znał osobiście matkę moich dzieci. Umówił nas na telefon.

Nasz pierwszy kontakt

Dzieci siedziały koło mnie. Wykręciłam numer, odezwał się męski głos, zapytałam, czy zastałam panią B? Usłyszałam: Mamo, telefon do ciebie.

Przedstawiłam się wypowiadając absurdalne zdanie: "Nazywam się Grażyna i jestem matką Pani trojga dzieci. Czy możemy się spotkać?". Dzieci się rozpłakały, a ja razem z nimi.

Kobieta "w słuchawce" chyba też płakała. Powiedziała, że mogę jej nie wierzyć, ale ona całe życie czekała na ten telefon.

Zanim przeszłyśmy do meritum, musiałyśmy uzgodnić, o jakie dzieci chodzi. Ona nazywała je imionami, które kiedyś im nadała, a ja potwierdzałam: tak, tak, tak. Myśmy mieli trójkę z jej siedmiorga dzieci. Okazało się, że oprócz dwóch braci, którzy pozostali w domu z matką, są jeszcze dzieci zaadoptowane w Polsce - Krzyś i Małgosia, starsi od moich.

Podczas tej pierwszej rozmowy pani B. dziękowała mi za opiekę nad JEJ dziećmi, a ja jej dziękowałam, że chce się z MOIMI spotkać. Krystian i Lech płakali, nie chcieli podejść do telefonu. Dusia podeszła chętnie, przez cały czas płacząc, potakiwała: "Dobrze, tak, dobrze ". Potem była z siebie bardzo dumna.

Po rozmowie cieszyłam się, potem wpadłam w panikę. Przeraziła mnie wielka chęć spotkania, uczucie, które odczułam po drugiej stronie słuchawki. Od dwóch lat w myślach życzyłam dzieciom, aby ich biologiczna matka nie zamknęła im drzwi przed nosem, ale teraz się bałam się.

Wiedziałam, że zrobię wszystko, aby dzieci poznały biologicznych rodziców, ale łudziłam się, że może do takiej wizyty nie będzie musiało dojść. Chciałam oszczędzić dzieciom konfrontacji ze światem, z którego kiedyś wyszły, i możliwych rozczarowań. Jednak gdy dowiedziałam się, że matka biologiczna jest schorowana, przeraziłam się, że może umrzeć, a dzieci nigdy Jej nie poznają.

Umówiliśmy się. Była pełnia lata. Popłynęliśmy całą rodziną na spływ kajakowy. Miałam szansę płynąć z każdym dzieckiem z osobna i godzinami rozmawiać.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się