Po co jest ojciec?
22.02.2001
, aktualizacja: 22.02.2001 13:57
Natura, dając każdemu dziecku dwoje rodziców, i to tak różnych od siebie, wiedziała, co robi. Tylko matka i ojciec wspólnie są w stanie stworzyć dziecku optymalne warunki rozwoju
ZOBACZ TAKŻE
- O mistrzyni, matko pracująca (15-02-09, 11:00)
Na świecie kilkaset milionów matek samotnie wychowuje swoje dzieci. W Polsce od wielu lat liczba samotnych matek oscyluje wokół półtora miliona, dzięki czemu większość z nas, jeśli sama nie doświadczyła takiego losu, to przynajmniej zna kogoś, kto spędził dzieciństwo w rodzinie pozbawionej ojca.
I co? Okazuje się, że na ogół te dzieci, wychowane bez udziału ojca, często z marginalną tylko i nie zawsze konstruktywną jego obecnością w ich życiu, wyrastają na normalnych dorosłych, a wszelkie dewiacje, zaburzenia psychiczne czy wady charakteru nie są w ich populacji częstsze niż wśród tych, którzy mieli pełne rodziny. Więc może udział ojca w wychowaniu dziecka nie jest ważny? No cóż, człowiek może przeżyć bez telewizora, łóżka czy stołu, da sobie jakoś radę bez ubrania, zniesie brak dachu nad głową oraz dostatecznej ilości pożywienia, ale lepiej będzie dla niego, dla jego rozwoju, kondycji i funkcjonowania, jeśli te wszystkie rzeczy znajdą się w jego posiadaniu.
Podobnie rodzina bez ojca nie przestanie być rodziną i nadal będzie spełniać swoje funkcje opiekuńcze, wychowawcze, ekonomiczne, edukacyjne. Ale lepiej dla wszystkich jej członków będzie, gdy ojciec jednak znajdzie się w jej składzie.
Natura, dając każdemu dziecku dwoje rodziców, i to tak różnych od siebie, jak zwykle wiedziała, co robi. Tylko matka i ojciec wspólnie są w stanie bowiem stworzyć dziecku optymalne warunki rozwoju psychicznego i społecznego. Zaspokajają oni różne potrzeby emocjonalne potomka i dostarczają mu różne modele zachowania, które dopiero dodane do siebie dają szansę pełnego przystosowania się małego człowieka do życia w otaczającej go rzeczywistości.
Kiedy dziecko wspina się na drzewo, mama krzyczy "nie wchodź, bo spadniesz!", ojciec: "idź do góry!".Kto ma rację? Oboje.
Miłość ojcowska to, w odróżnieniu od macierzyńskiej, na ogół miłość bardziej warunkowa, wymagająca od dziecka spełnienia pewnych standardów zachowania i postępowania. Pojawia się ona nieco później niż miłość matczyna (dlatego większość ojców nie przejawia głębszego zainteresowania wobec noworodków i niemowląt) i jest od niej spokojniejsza, bardziej konsekwentna i racjonalna.
W stosunkach ojca z córką czy synem większą rolę odgrywa kontakt na płaszczyźnie rozumowej, intelektualnej i poznawczej niż czysto uczuciowej. Matka jest od bezwarunkowego akceptowania i kochania, a ojciec od nagradzania swoją akceptacją za poznawanie świata i reguł rządzących życiem. Matka pragnie usunąć z drogi dziecka wszystkie przeszkody i za wszelką cenę oszczędzić mu cierpienia, ojciec zaś kładzie nacisk na pokonywanie przeszkód i umiejętność znoszenia cierpienia, ponieważ jest ono nieuniknione. Kiedy syn wda się w awanturę na podwórku, matka prawdopodobnie będzie go przekonywać, by wrócił do domu albo zacznie się kłócić w jego obronie. Ojciec - raczej namówi syna, by oddał cios.
Patrząc oczami dziecka, ojciec jest mniej bojaźliwy i drobiazgowy, za-zwyczaj pozwala na dużo więcej niż matka. Będąc z ojcem, można nie zjeść na śniadanie obrzydłej, ale zdrowej owsianki, a na obiad zadowolić się niezdrowym, ale pysznym hamburgerem. Nie wypytuje on dokładnie gdzie, po co i z kim idzie dziecko, a o koledze "twardzielu", którego mama uważa za źle wychowanego, może się wyrazić z uznaniem.
Ojciec też zazwyczaj lepiej niż mama rozumie, czym jest "obciach", wie, jakie reguły panują w grupie rówieśniczej i można z nim spokojnie pogadać, nawet o seksie czy narkotykach. Krótko mówiąc, ojciec to przede wszystkim dystans i rozum, a matka to uczucie i bliskość. Jedno i drugie jest niezbędne, aby rozwój dziecka był harmonijny.
Jak wiemy, dzieci bez obecności ojca w domu też wychodzą na ludzi, ale ich dzieciństwo, a szczególnie dorastanie i dojrzewanie jest trudniejsze, więcej w nim napięć, konfliktów, lęku i cierpienia, bo w wielu sytuacjach daje o sobie znać brak specyficznego ojcowskiego wsparcia i chłodnego dystansu.
Bez ojca świat dziecka jest niepełny i jednostronny.
Andrzej Samson
Czego nauczył mnie mój tata?
Tadeusz Iwiński, matematyk, 62 lata: Ojciec niesłychanie imponował mi swoim młodzieńczym entuzjazmem. Czasem jego pomysły wydawały się niemożliwe
do zrealizowania, a on upierał się, że ma rację. Miałem trzydzieści pięć lat, ojciec był wówczas sekretarzem Polskiego Towarzystwa Matematycznego i organizował wyjazd Polaków na światowy zjazd matematyków w Helsinkach. Wziął mnie na spacer do lasu i mówi: "Słuchaj, Tadeusz, chcę, żeby jak najwięcej osób pojechało na ten zjazd, ale to są potworne koszta. Pomyślałem, że wynajmę statek, popłyniemy nim do Helsinek, zacumujemy w porcie i zamiast w hotelu, będziemy spać na okręcie. Co o tym sądzisz?".Uważałem, że to się nie może udać! Udało się. Ojciec wynajął statek "Mazowsze", którym popłynęło i na którym nocowało kilkadziesiąt osób. Finał był taki, że polska delegacja była największa... Nie uczył mnie, że nie ma rzeczy niemożliwych,
ale że nie ma rzeczy za trudnych.
Bartosz Sokoliński, specjalista PR, 25 lat: Nauczył mnie wiercić.
Anna, emerytka, 90 lat: Ojciec nie znosił hałasu, sam nigdy nie podnosił głosu. Nigdy nie krzyknął na żadne z czwórki dzieci, nie kłócił się z mamą. Kiedyś w trakcie zabawy, kiedy byłyśmy małe, kłóciłyśmy się z siostrami, która z nas weźmie do siebie rodziców, gdy się zestarzeją. Przekrzykiwałyśmy się: to ja, ja wezmę ich do swojego domu! Tata niezauważony wszedł do pokoju i przerwał naszą kłótnię, mówiąc spokojnie, że kiedy się zestarzeją, zostaną z mamą
we własnym domu. Nauczyłam się od niego, że najważniejszy jest spokój.
Adam, urolog, 33 lata: Niczego. Moi rodzice rozwiedli się, kiedy miałem dziesięć lat. Ojciec nigdy nie odpowiedział mi na żadne pytanie,
był niedojrzały i niekonsekwentny.
Kuba Winkowski, uczeń, lat 12: Mój tata nauczył mnie pływać na "Optymiście" (to jednoosobowa mała żaglówka), dzięki czemu poznałem fajnych kolegów i odwiedziłem wiele miast nad jeziorami, np. Kamień Pomorski i Pula w Chorwacji. Dzięki tacie oswoiłem się z wodą i zdobyłem mistrzostwo Polski 2000 roku w kategorii młodszych juniorów na Olimpiadzie Młodzieży w Żywcu. On sam wcześniej pływał na łódce i desce, i lubił to robić. Tata nauczył mnie czytać, pływać wpław, grać w tenisa, w badmintona, w ping-ponga, w kosza i nogę. Nie pamiętam, czy to on nauczył mnie jeździć na nartach.
Piotr Bury, specjalista od marketingu, 27 lat: Tata był mechanikiem, często razem robiliśmy coś przy samochodach albo majsterkowaliśmy w domu. Powtarzał wtedy, żebym nic nie robił "na odwal się". Zapamiętałem, że robiąc coś dla kogoś, trzeba to robić równie starannie, jak dla siebie.Nauczył mnie też nie nudzić się w domu, aktywnie spędzać czas - zimą jeździć na łyżwach i nartach, a latem grać w koszykówkę i tenisa.
Krzysztof Palesa, inżynier, 53 lata: Nauczył mnie, że trzeba być wiernym swoim zasadom. Mało o tym mówił, działała jego postawa. Pamiętam, jak zaproponowano mu dyrektorskie stanowisko w zamian za to, że zapisze się do partii. Nie był zwolennikiem poprzedniego systemu, więc odmówił, nie zważając, że coś przez to traci. Bardzo żałuję, że odszedł zaraz, kiedy zacząłem pracę, bo nie zdążył mnie nauczyć radzenia sobie w życiu zawodowym.
Jola Nadolska, absolwentka ekonomii, lat 25: Tata zawsze pierwszy wyciąga rękę do zgody. Nauczył mnie, że kompromis jest ważny, że można spokojnie rozmawiać o problemach. I że do kawy zawsze musi być coś słodkiego.
Martyna Turkowska, specjalistka ds. marketingu, 27 lat: To ciekawe, ale przez bardzo długi czas stawiałam sobie ojca za przykład człowieka, którego nie będę naśladowała w kwestii wyrażania i okazywania uczuć. Był żołnierzem i wojskowy tryb bycia i mówienia przekładał na domowe stosunki. Ale kiedy śmiertelnie zachorowała moja mama, zmienił się nie do poznania. Stał się wzorem i przykładem tego, jak okazywać uczucia, nie słowami, czczymi obietnicami, ale konkretnym działaniem. Myślę, że nauczył mnie wtedy i do dziś mi przypomina, co to jest prawdziwa miłość.
I co? Okazuje się, że na ogół te dzieci, wychowane bez udziału ojca, często z marginalną tylko i nie zawsze konstruktywną jego obecnością w ich życiu, wyrastają na normalnych dorosłych, a wszelkie dewiacje, zaburzenia psychiczne czy wady charakteru nie są w ich populacji częstsze niż wśród tych, którzy mieli pełne rodziny. Więc może udział ojca w wychowaniu dziecka nie jest ważny? No cóż, człowiek może przeżyć bez telewizora, łóżka czy stołu, da sobie jakoś radę bez ubrania, zniesie brak dachu nad głową oraz dostatecznej ilości pożywienia, ale lepiej będzie dla niego, dla jego rozwoju, kondycji i funkcjonowania, jeśli te wszystkie rzeczy znajdą się w jego posiadaniu.
Podobnie rodzina bez ojca nie przestanie być rodziną i nadal będzie spełniać swoje funkcje opiekuńcze, wychowawcze, ekonomiczne, edukacyjne. Ale lepiej dla wszystkich jej członków będzie, gdy ojciec jednak znajdzie się w jej składzie.
Natura, dając każdemu dziecku dwoje rodziców, i to tak różnych od siebie, jak zwykle wiedziała, co robi. Tylko matka i ojciec wspólnie są w stanie bowiem stworzyć dziecku optymalne warunki rozwoju psychicznego i społecznego. Zaspokajają oni różne potrzeby emocjonalne potomka i dostarczają mu różne modele zachowania, które dopiero dodane do siebie dają szansę pełnego przystosowania się małego człowieka do życia w otaczającej go rzeczywistości.
Kiedy dziecko wspina się na drzewo, mama krzyczy "nie wchodź, bo spadniesz!", ojciec: "idź do góry!".Kto ma rację? Oboje.
Miłość ojcowska to, w odróżnieniu od macierzyńskiej, na ogół miłość bardziej warunkowa, wymagająca od dziecka spełnienia pewnych standardów zachowania i postępowania. Pojawia się ona nieco później niż miłość matczyna (dlatego większość ojców nie przejawia głębszego zainteresowania wobec noworodków i niemowląt) i jest od niej spokojniejsza, bardziej konsekwentna i racjonalna.
W stosunkach ojca z córką czy synem większą rolę odgrywa kontakt na płaszczyźnie rozumowej, intelektualnej i poznawczej niż czysto uczuciowej. Matka jest od bezwarunkowego akceptowania i kochania, a ojciec od nagradzania swoją akceptacją za poznawanie świata i reguł rządzących życiem. Matka pragnie usunąć z drogi dziecka wszystkie przeszkody i za wszelką cenę oszczędzić mu cierpienia, ojciec zaś kładzie nacisk na pokonywanie przeszkód i umiejętność znoszenia cierpienia, ponieważ jest ono nieuniknione. Kiedy syn wda się w awanturę na podwórku, matka prawdopodobnie będzie go przekonywać, by wrócił do domu albo zacznie się kłócić w jego obronie. Ojciec - raczej namówi syna, by oddał cios.
Patrząc oczami dziecka, ojciec jest mniej bojaźliwy i drobiazgowy, za-zwyczaj pozwala na dużo więcej niż matka. Będąc z ojcem, można nie zjeść na śniadanie obrzydłej, ale zdrowej owsianki, a na obiad zadowolić się niezdrowym, ale pysznym hamburgerem. Nie wypytuje on dokładnie gdzie, po co i z kim idzie dziecko, a o koledze "twardzielu", którego mama uważa za źle wychowanego, może się wyrazić z uznaniem.
Ojciec też zazwyczaj lepiej niż mama rozumie, czym jest "obciach", wie, jakie reguły panują w grupie rówieśniczej i można z nim spokojnie pogadać, nawet o seksie czy narkotykach. Krótko mówiąc, ojciec to przede wszystkim dystans i rozum, a matka to uczucie i bliskość. Jedno i drugie jest niezbędne, aby rozwój dziecka był harmonijny.
Jak wiemy, dzieci bez obecności ojca w domu też wychodzą na ludzi, ale ich dzieciństwo, a szczególnie dorastanie i dojrzewanie jest trudniejsze, więcej w nim napięć, konfliktów, lęku i cierpienia, bo w wielu sytuacjach daje o sobie znać brak specyficznego ojcowskiego wsparcia i chłodnego dystansu.
Bez ojca świat dziecka jest niepełny i jednostronny.
Andrzej Samson
Czego nauczył mnie mój tata?
Tadeusz Iwiński, matematyk, 62 lata: Ojciec niesłychanie imponował mi swoim młodzieńczym entuzjazmem. Czasem jego pomysły wydawały się niemożliwe
do zrealizowania, a on upierał się, że ma rację. Miałem trzydzieści pięć lat, ojciec był wówczas sekretarzem Polskiego Towarzystwa Matematycznego i organizował wyjazd Polaków na światowy zjazd matematyków w Helsinkach. Wziął mnie na spacer do lasu i mówi: "Słuchaj, Tadeusz, chcę, żeby jak najwięcej osób pojechało na ten zjazd, ale to są potworne koszta. Pomyślałem, że wynajmę statek, popłyniemy nim do Helsinek, zacumujemy w porcie i zamiast w hotelu, będziemy spać na okręcie. Co o tym sądzisz?".Uważałem, że to się nie może udać! Udało się. Ojciec wynajął statek "Mazowsze", którym popłynęło i na którym nocowało kilkadziesiąt osób. Finał był taki, że polska delegacja była największa... Nie uczył mnie, że nie ma rzeczy niemożliwych,
ale że nie ma rzeczy za trudnych.
Bartosz Sokoliński, specjalista PR, 25 lat: Nauczył mnie wiercić.
Anna, emerytka, 90 lat: Ojciec nie znosił hałasu, sam nigdy nie podnosił głosu. Nigdy nie krzyknął na żadne z czwórki dzieci, nie kłócił się z mamą. Kiedyś w trakcie zabawy, kiedy byłyśmy małe, kłóciłyśmy się z siostrami, która z nas weźmie do siebie rodziców, gdy się zestarzeją. Przekrzykiwałyśmy się: to ja, ja wezmę ich do swojego domu! Tata niezauważony wszedł do pokoju i przerwał naszą kłótnię, mówiąc spokojnie, że kiedy się zestarzeją, zostaną z mamą
we własnym domu. Nauczyłam się od niego, że najważniejszy jest spokój.
Adam, urolog, 33 lata: Niczego. Moi rodzice rozwiedli się, kiedy miałem dziesięć lat. Ojciec nigdy nie odpowiedział mi na żadne pytanie,
był niedojrzały i niekonsekwentny.
Kuba Winkowski, uczeń, lat 12: Mój tata nauczył mnie pływać na "Optymiście" (to jednoosobowa mała żaglówka), dzięki czemu poznałem fajnych kolegów i odwiedziłem wiele miast nad jeziorami, np. Kamień Pomorski i Pula w Chorwacji. Dzięki tacie oswoiłem się z wodą i zdobyłem mistrzostwo Polski 2000 roku w kategorii młodszych juniorów na Olimpiadzie Młodzieży w Żywcu. On sam wcześniej pływał na łódce i desce, i lubił to robić. Tata nauczył mnie czytać, pływać wpław, grać w tenisa, w badmintona, w ping-ponga, w kosza i nogę. Nie pamiętam, czy to on nauczył mnie jeździć na nartach.
Piotr Bury, specjalista od marketingu, 27 lat: Tata był mechanikiem, często razem robiliśmy coś przy samochodach albo majsterkowaliśmy w domu. Powtarzał wtedy, żebym nic nie robił "na odwal się". Zapamiętałem, że robiąc coś dla kogoś, trzeba to robić równie starannie, jak dla siebie.Nauczył mnie też nie nudzić się w domu, aktywnie spędzać czas - zimą jeździć na łyżwach i nartach, a latem grać w koszykówkę i tenisa.
Krzysztof Palesa, inżynier, 53 lata: Nauczył mnie, że trzeba być wiernym swoim zasadom. Mało o tym mówił, działała jego postawa. Pamiętam, jak zaproponowano mu dyrektorskie stanowisko w zamian za to, że zapisze się do partii. Nie był zwolennikiem poprzedniego systemu, więc odmówił, nie zważając, że coś przez to traci. Bardzo żałuję, że odszedł zaraz, kiedy zacząłem pracę, bo nie zdążył mnie nauczyć radzenia sobie w życiu zawodowym.
Jola Nadolska, absolwentka ekonomii, lat 25: Tata zawsze pierwszy wyciąga rękę do zgody. Nauczył mnie, że kompromis jest ważny, że można spokojnie rozmawiać o problemach. I że do kawy zawsze musi być coś słodkiego.
Martyna Turkowska, specjalistka ds. marketingu, 27 lat: To ciekawe, ale przez bardzo długi czas stawiałam sobie ojca za przykład człowieka, którego nie będę naśladowała w kwestii wyrażania i okazywania uczuć. Był żołnierzem i wojskowy tryb bycia i mówienia przekładał na domowe stosunki. Ale kiedy śmiertelnie zachorowała moja mama, zmienił się nie do poznania. Stał się wzorem i przykładem tego, jak okazywać uczucia, nie słowami, czczymi obietnicami, ale konkretnym działaniem. Myślę, że nauczył mnie wtedy i do dziś mi przypomina, co to jest prawdziwa miłość.
Najczęściej czytane24 htydzień
- Wisława Szymborska o swojej miłości
- Co sobotę w kiosku z "Gazetą Wyborczą"
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
- Wysokie Obcasy Extra











