Przytul stracha - z pisarką Małgorzatą Strzałkowską rozmawia Aneta Górnicka-Boratyńska
20.09.2002
, aktualizacja: 17.09.2002 11:58
Nie ma sensu cenzurować baśni, bo dzieciństwo jest po to, żeby oswoić się z lękiem. Najgorzej jest wejść z nieoswojonym lękiem w dorosłe życie, to jest horror, sama to przeżyłam
ZOBACZ TAKŻE
- Jestem grafomanką (19-07-11, 01:00)
- Patricia Highsmith: Seks z mężczyzną - żadna przyjemność (03-11-11, 01:00)
- Elif Safak: Niszczyłam ciało, pielęgnowałam intelekt (19-09-11, 01:00)
- Autorka jednej książki (27-10-09, 01:00)
- Kwestia taboretu (07-06-09, 01:00)
- Niedźwiedź we mnie (03-05-09, 01:00)
Jak się zostaje pisarką dla dzieci?
Zaczęłam od wierszy dla syna. Najpierw powstała "Dżdżownica" opublikowana w "Świerszczyku" w 1987. Potem - ponieważ nie było wtedy książek dla dzieci o samochodach - napisałam dla Michała "Automobilię", historię królowej Limuzyny i złej Rdzy, która zżerała samochody. Ale to były tylko epizody, po liceum poszłam do studium bibliotekarskiego, potem pracowałam w bibliotece na Koszykowej w Warszawie.
To musiało być nudne.
Przeciwnie! Lubiłam tę pracę, była jak rozwiązywanie zagadek kryminalnych. Ktoś przychodził i mówił: "Szukam książek o płazach" albo: "Mam referat o powstaniu styczniowym". I trzeba mu było pomóc.
Za dobre wyniki dostałam się na zaoczne studia bibliotekoznawcze w Łodzi. Miałam już wtedy syna. Zrobiłam specjalizację edytorską, opisałam archiwum po filozofie Henryku Elzenbergu. Najciekawsze były zajęcia z bibliografii - mieliśmy na przykład ustalić, kiedy ukazała się pierwsza książka o jajku. Wydaje się nie do odgadnięcia, prawda? Ale ja lubię szukać.
Potem pracowałam rok w szkole, bo szkoła jest dobra dla młodej matki, daje długie wakacje, ferie. Uciekłam po roku, ale i tak by mnie wyrzucili, miałam niewyparzony język. Poszłam do Instytutu Głuchoniemych. Prowadziłam bibliotekę, zajęcia ze studentami i głuchymi dziećmi. To fantastyczne uczucie, gdy się widzi, jak zamknięte w sobie, autystyczne, głuche dzieci otwierają się na świat. Pamiętam chłopca, który długo w ogóle nie reagował i nagle zaczął mi pokazywać wszystkie swoje rysunki. To było jak rozmowa dusz.
Zwolnili mnie po kilkunastu latach. I całe szczęście. Mogłam zacząć życie od nowa.
Wreszcie zaczęła Pani żyć z pisania?
W 1992 roku powstał "Pentliczek" - rewelacyjne czasopismo, w którym nie było miejsca dla disnejowskich ilustracji i sztucznie ugrzecznionych tekstów. Współpracując z nim, przekonałam się, jak bardzo mi się to pisanie dla dzieci podoba. Więc kiedy dyrektor Instytutu Głuchoniemych powiedział, że już nie przedłuży ze mną umowy, byłam naprawdę szczęśliwa. Zwolnili mnie, bo coraz silniej angażowałam się w pisanie, coraz mniej uwagi poświęcałam pracy w Instytucie. Koledzy się śmiali, że powinnam być reklamą dla bezrobotnych. Bo ja promieniałam z radości.
Problemy zaczęły się, gdy padł "Pentliczek". Bywało, że przez pół roku nie płaciłam czynszu. Ale nie chciałam już pracować w bibliotece, chciałam pisać. Na szczęście w tej decyzji utwierdzała mnie mama. Potem zaczęłam pisać teksty na ubranka dla dzieci firmy endo i moje życie zawodowe jakoś się potoczyło.
A prywatne?
Moje prawdziwe życie zaczęło się kilka lat temu, przed czterdziestką. Miałam 25 lat, gdy wyszłam za mąż, fatalnie - za złego człowieka, który zniszczył mnie psychicznie, choć może raczej to ja mu się dałam zniszczyć. Przeżyłam gehennę, wszystko, co może być udziałem niedobranych czy nawet patologicznych małżeństw. Mąż był zdradzieckim typem alkoholika - wykształcony, kulturalny, inteligentny. Dlatego gdy zaczęłam opowiadać, co się dzieje w domu, nikt mi nie wierzył.
Szybko się rozwiedliśmy - w 1983 roku, gdy Michał miał trzy lata - ale po pięciu latach, niestety, wróciłam do niego. Bardzo się o to starał. Zmienił się, a ja uwierzyłam, że bardzo i trwale. Jednak koszmar trwał. Kiedy wreszcie dziesięć lat temu mój mąż odszedł do innej kobiety, zaczęłam się sobie przyglądać i przeraziłam się tym, co zobaczyłam. Tak bardzo zatraciłam siebie, że kiedy patrzyłam na wystawę sklepową, nie wiedziałam, co mi się podoba. Kurczowo trzymałam się drugiej osoby, która mnie niszczyła.
Żeby z tego wyjść, potrzebowałam pomocy. Do Mirka trafiłam przez przypadek, ale był taki, jaki powinien być terapeuta - jak życzliwa ściana. Dochodziłam do siebie trzy lata. Diogenes powiedział, że wdzięczność najszybciej się starzeje. Ale ja wciąż jestem nieprawdopodobnie wdzięczna ludziom, którzy mi pomogli, zadedykowałam swojemu terapeucie "Hocki-klocki". To było trudne, późne dojrzewanie. Musiałam przejść przez straszne cierpienia, żeby dojść do tego, że wreszcie jestem szczęśliwa.
Czy owe cierpienia miały źródło w dzieciństwie?
W pewnym sensie tak, choć nie miałam złego dzieciństwa. Mój dom był dobry i ciepły, pochodzę z rodziny lekarskiej, lekarzem był dziadek, potem ojciec, wuj i brat. Ja po prostu byłam dzieckiem nadwrażliwym, nikt z rodziny nie umiał mi pomóc, ale nie winię ich za to. To były inne czasy. Teraz są ludzie, którzy publicznie ujmują się za dziećmi, tacy jak Eichelberger, Samson; wtedy nikt tak się dziećmi nie zajmował, trzeba było być grzecznym i tyle.
Co to znaczy być nadwrażliwym dzieckiem?
Prof. Kazimierz Dąbrowski napisał, jak odróżnić u dziecka nadwrażliwość od zwykłej wrażliwości. Normalne jest, że dziecko płacze, krzyczy, złości się, jeśli mu się odmówi cukierka. Jeśli jednak zaszywa się w kącie i przez tę odmowę czuje się niekochane, opuszczone, to już jest nadwrażliwość. W dzieciństwie miałam poczucie, że nikt mnie nie rozumie. I ja też innych nie rozumiałam. Czułam się inna. Wszystko mocno przeżywałam i wciąż słyszałam - to nienormalne, jesteś histeryczką, nie możesz tak czuć. Straszne były dla mnie ciągłe oceny. I zakazy - tego nie możesz, tego ci nie wolno, musisz się dostosować. Szkoła była horrorem. Miałam tylko jedną przyjaciółkę, przyjaźnimy się zresztą do dziś. Nie chodziłam na prywatki, jako nastolatka pisałam wiersze smutne i ciemne.
Ale pamiętam i piękne chwile. Gdy w imieniny dziadka, znanego lekarza, cały dom był w kwiatach, chodziłam po mieszkaniu i wąchałam, wąchałam... Pamiętam, jak dziadek opowiadał mi bajki, jak chodziliśmy na łąki...
Zaczęłam od wierszy dla syna. Najpierw powstała "Dżdżownica" opublikowana w "Świerszczyku" w 1987. Potem - ponieważ nie było wtedy książek dla dzieci o samochodach - napisałam dla Michała "Automobilię", historię królowej Limuzyny i złej Rdzy, która zżerała samochody. Ale to były tylko epizody, po liceum poszłam do studium bibliotekarskiego, potem pracowałam w bibliotece na Koszykowej w Warszawie.
To musiało być nudne.
Przeciwnie! Lubiłam tę pracę, była jak rozwiązywanie zagadek kryminalnych. Ktoś przychodził i mówił: "Szukam książek o płazach" albo: "Mam referat o powstaniu styczniowym". I trzeba mu było pomóc.
Za dobre wyniki dostałam się na zaoczne studia bibliotekoznawcze w Łodzi. Miałam już wtedy syna. Zrobiłam specjalizację edytorską, opisałam archiwum po filozofie Henryku Elzenbergu. Najciekawsze były zajęcia z bibliografii - mieliśmy na przykład ustalić, kiedy ukazała się pierwsza książka o jajku. Wydaje się nie do odgadnięcia, prawda? Ale ja lubię szukać.
Potem pracowałam rok w szkole, bo szkoła jest dobra dla młodej matki, daje długie wakacje, ferie. Uciekłam po roku, ale i tak by mnie wyrzucili, miałam niewyparzony język. Poszłam do Instytutu Głuchoniemych. Prowadziłam bibliotekę, zajęcia ze studentami i głuchymi dziećmi. To fantastyczne uczucie, gdy się widzi, jak zamknięte w sobie, autystyczne, głuche dzieci otwierają się na świat. Pamiętam chłopca, który długo w ogóle nie reagował i nagle zaczął mi pokazywać wszystkie swoje rysunki. To było jak rozmowa dusz.
Zwolnili mnie po kilkunastu latach. I całe szczęście. Mogłam zacząć życie od nowa.
Wreszcie zaczęła Pani żyć z pisania?
W 1992 roku powstał "Pentliczek" - rewelacyjne czasopismo, w którym nie było miejsca dla disnejowskich ilustracji i sztucznie ugrzecznionych tekstów. Współpracując z nim, przekonałam się, jak bardzo mi się to pisanie dla dzieci podoba. Więc kiedy dyrektor Instytutu Głuchoniemych powiedział, że już nie przedłuży ze mną umowy, byłam naprawdę szczęśliwa. Zwolnili mnie, bo coraz silniej angażowałam się w pisanie, coraz mniej uwagi poświęcałam pracy w Instytucie. Koledzy się śmiali, że powinnam być reklamą dla bezrobotnych. Bo ja promieniałam z radości.
Problemy zaczęły się, gdy padł "Pentliczek". Bywało, że przez pół roku nie płaciłam czynszu. Ale nie chciałam już pracować w bibliotece, chciałam pisać. Na szczęście w tej decyzji utwierdzała mnie mama. Potem zaczęłam pisać teksty na ubranka dla dzieci firmy endo i moje życie zawodowe jakoś się potoczyło.
A prywatne?
Moje prawdziwe życie zaczęło się kilka lat temu, przed czterdziestką. Miałam 25 lat, gdy wyszłam za mąż, fatalnie - za złego człowieka, który zniszczył mnie psychicznie, choć może raczej to ja mu się dałam zniszczyć. Przeżyłam gehennę, wszystko, co może być udziałem niedobranych czy nawet patologicznych małżeństw. Mąż był zdradzieckim typem alkoholika - wykształcony, kulturalny, inteligentny. Dlatego gdy zaczęłam opowiadać, co się dzieje w domu, nikt mi nie wierzył.
Szybko się rozwiedliśmy - w 1983 roku, gdy Michał miał trzy lata - ale po pięciu latach, niestety, wróciłam do niego. Bardzo się o to starał. Zmienił się, a ja uwierzyłam, że bardzo i trwale. Jednak koszmar trwał. Kiedy wreszcie dziesięć lat temu mój mąż odszedł do innej kobiety, zaczęłam się sobie przyglądać i przeraziłam się tym, co zobaczyłam. Tak bardzo zatraciłam siebie, że kiedy patrzyłam na wystawę sklepową, nie wiedziałam, co mi się podoba. Kurczowo trzymałam się drugiej osoby, która mnie niszczyła.
Żeby z tego wyjść, potrzebowałam pomocy. Do Mirka trafiłam przez przypadek, ale był taki, jaki powinien być terapeuta - jak życzliwa ściana. Dochodziłam do siebie trzy lata. Diogenes powiedział, że wdzięczność najszybciej się starzeje. Ale ja wciąż jestem nieprawdopodobnie wdzięczna ludziom, którzy mi pomogli, zadedykowałam swojemu terapeucie "Hocki-klocki". To było trudne, późne dojrzewanie. Musiałam przejść przez straszne cierpienia, żeby dojść do tego, że wreszcie jestem szczęśliwa.
Czy owe cierpienia miały źródło w dzieciństwie?
W pewnym sensie tak, choć nie miałam złego dzieciństwa. Mój dom był dobry i ciepły, pochodzę z rodziny lekarskiej, lekarzem był dziadek, potem ojciec, wuj i brat. Ja po prostu byłam dzieckiem nadwrażliwym, nikt z rodziny nie umiał mi pomóc, ale nie winię ich za to. To były inne czasy. Teraz są ludzie, którzy publicznie ujmują się za dziećmi, tacy jak Eichelberger, Samson; wtedy nikt tak się dziećmi nie zajmował, trzeba było być grzecznym i tyle.
Co to znaczy być nadwrażliwym dzieckiem?
Prof. Kazimierz Dąbrowski napisał, jak odróżnić u dziecka nadwrażliwość od zwykłej wrażliwości. Normalne jest, że dziecko płacze, krzyczy, złości się, jeśli mu się odmówi cukierka. Jeśli jednak zaszywa się w kącie i przez tę odmowę czuje się niekochane, opuszczone, to już jest nadwrażliwość. W dzieciństwie miałam poczucie, że nikt mnie nie rozumie. I ja też innych nie rozumiałam. Czułam się inna. Wszystko mocno przeżywałam i wciąż słyszałam - to nienormalne, jesteś histeryczką, nie możesz tak czuć. Straszne były dla mnie ciągłe oceny. I zakazy - tego nie możesz, tego ci nie wolno, musisz się dostosować. Szkoła była horrorem. Miałam tylko jedną przyjaciółkę, przyjaźnimy się zresztą do dziś. Nie chodziłam na prywatki, jako nastolatka pisałam wiersze smutne i ciemne.
Ale pamiętam i piękne chwile. Gdy w imieniny dziadka, znanego lekarza, cały dom był w kwiatach, chodziłam po mieszkaniu i wąchałam, wąchałam... Pamiętam, jak dziadek opowiadał mi bajki, jak chodziliśmy na łąki...
Najczęściej czytane24 htydzień
- Wisława Szymborska o swojej miłości
- Co sobotę w kiosku z "Gazetą Wyborczą"
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
- Wysokie Obcasy Extra





więcej zdjęć





