W muzykę wpompowała całą swoją samotność, wściekłość i traumę i to muzyka zawiodła ją z lepianki na Sri Lance na listę stu najbardziej wpływowych osób tygodnika 'Time'.
M.I.A. jest gwiazdą pop. Ale sposób, w jaki nią została, wywołuje pytanie: czy i czego możemy wymagać od gwiazdy pop? Dzisiaj, w czasach plastikowych 'wyemancypowanych' gwiazdek, które groźnie machają piąstkami obleczone w lateks (Britney Spears, Christina Aguilera) lub jodłują przebrane za Kermita (Lady Gaga), bardzo łatwo jest nie pamiętać, że muzyka pop na przestrzeni ostatnich 70 lat była najważniejszym pasem transmisyjnym rewolucyjnych idei i przemian kulturowych. To Bob Dylan był rzecznikiem hipisów, gdy nie chcieli iść na wojnę, to kolejno blues, disco i rap wyrwały Afroamerykanów z gett i wprowadziły na listy najbogatszych i (pośrednio) do Białego Domu. To punk stał się dla chłopców bez perspektyw z robotniczych przedmieść Londynu narzędziem krytyki rządu Margaret Thatcher. Cały ten rewolucyjny impet wytrącił się z muzyki w teledyskowych latach 90. Czego więc mogła dokonać debiutująca w 2005 r. 28-letnia wówczas piękna kobieta, która nie wychowała się na Klubie Myszki Miki i nie zamierzała stać się kolejną maskotką nastolatek? Bo M.I.A. nie zaczęła tworzyć muzyki, żeby tworzyć muzykę. Stało się tak, ponieważ za tą muzyką stoi pewna historia.
Mathangi Maya Arulpragasam - bo tak brzmi jej pełne imię i nazwisko - jest Tamilką. Tamilowie są mniejszością etniczną na Sri Lance, której konflikt na tle religijnym z dominującą na wyspie społecznością Syngalezów (Tamilowie są hinduistami, Syngalezi - buddystami) przeobraził kraj w poligon trwającej wiele lat wojny domowej. I chociaż Maya urodziła się w 1977 r. w Londynie, to gdy miała pół roku, wróciła z rodzicami do ojczyzny. Jej ojciec Arular Pragasam stanie się tam ważną figurą w tamilskiej partyzantce walczącej z wojskami rządowymi. Z tego właśnie powodu Maya widuje go raz w roku, gdy przynosi jej cukierki przedstawiany dla bezpieczeństwa jako wujek - ponieważ w szkole zamiast lekcji często odbywają się przesłuchania mające na celu zdemaskowanie rebeliantów. Potem - ucieczka z samotną matką, ponieważ ojciec woli zbawiać świat, niż utrzymywać rodzinę; ukrywanie się w lasach, bo z powodu jego działalności Arulpragasamowie są 'nietykalni' i nikt nie chce im pomóc; obozy dla repatriantów w Indiach, gdzie małej Mai wypadają z niedożywienia włosy, robią się łyse placki na głowie i nie chcą rosnąć zęby. I wreszcie - wiza dla uchodźców do Wielkiej Brytanii. Trafia tam, znając po angielsku dwa słowa: 'Michael' i 'Jackson'.
'W Londynie byłyśmy bezpieczne - i nic więcej' - będzie później wspominać. W 1987 r. diaspora tamilska nie była duża, nie mogły więc liczyć na pomoc, wsparcie przyjaciół - nic, co mogłoby ułatwić 10-letniej dziewczynce wchłonięcie zachodniej kultury. Była za to samotność, pierwsze lekcje obywatelstwa drugiej kategorii odbierane w konsulatach, masło raz w miesiącu, jak święto - chociaż matka starała się, jak mogła, by utrzymać ją i jej rodzeństwo, pracując jako krawcowa. Ale nie było mowy, by bez kwalifikacji i znajomości języka mogła dzieciom zapewnić dobry start w życie.
Więc Maya wzięła sprawy w swoje ręce, i to już przy wyborze studiów. Zdecydowała się na jedną z najlepszych szkół artystycznych na świecie, prestiżową Saint Martin's School of Art (uczył się w niej m.in. John Galliano). Wiedząc, że nie ma szans dostać się do niej normalną drogą - ok. 1,6 tys. osób aplikuje tam na 20 miejsc - codziennie o tej samej godzinie dzwoniła, błagając o przyjęcie i argumentując, że jeżeli jej nie przyjmą, z braku innych perspektyw będzie musiała zostać prostytutką. 'Wolałam kłamstwo niż jakikolwiek kompromis w kwestii mojej edukacji' - śmiała się po latach. I udało się. Studiowała sztuki wizualne. Na zajęciach używano podręczników z lat 70. - wszystkie mówiły o tym, jak to jest być czarnym, gejem, feministką i jak bardzo jest to lewackie. 'Nie mogłam tego znieść, myślałam: dlaczego nie zrobimy czegoś, co przełamałoby wszelkie stereotypy? Nie uczcie nas, jak skomleć o naszych problemach - uczcie nas, jak w kreatywny sposób starać się je rozwiązywać'. Ale szkołę skończyła. A także - chociaż jeszcze tego nie wiedziała - pewien etap w życiu.
Bo wtedy właśnie zadzwonił telefon.
Jej kuzyn został zamordowany przez oddziały rządowe Sri Lanki. 'Umarł w tym samym czasie, gdy miałam zakończenie roku. Jak powiedzieć komukolwiek w Londynie, że ktoś umarł dla sprawy? To było dla mnie niesamowite, że ktoś w moim wieku, kto miał taki sam start jak ja, kto miał lepsze oceny w szkole - zawsze od niego ściągałam - umarł w ten sposób. A ja nie'. Polityka wróciła do niej rykoszetem. Postanowiła pojechać na Sri Lankę i nakręcić o kuzynie film - bo to mogła zrobić.
Ten prywatny hołd dla niego i całego pokolenia jego rówieśników, którzy zostali w ojczyźnie, miał być zatytułowany M.I.A. (ang. missing in action - zaginiony w akcji).
Ale szanse na film przekreślił 11 września, który niebawem nastąpił. Po nim każdy dokument o partyzantach walczących o wolność przy użyciu kontrowersyjnych metod (Tamilskie Tygrysy wykorzystują w walce z samobójcze zamachy) zostałby uznany za propagandę. Więc zamiast filmu Arulpragasam stworzyła szablony graffiti, których motywami były koktajle Mołotowa, Tamilskie Tygrysy i dynamit. Za tę pracę jako pierwsza kobieta zajmująca się graffiti dostała nominację do prestiżowej Alternative Turner Prize, nagrody przyznawanej młodym obiecującym artystom. Ale to wciąż nie było to. Do tego, co chciała powiedzieć, sztuka była zbyt elitarna. Miesiąc później powstała pierwsza piosenka - zatytułowana 'M.I.A.'.
'Moim pierwszym krokiem w muzyce było szukanie kogoś, kto mógłby ją robić za mnie'. Szukała dziewczyn, które śpiewałyby jej teksty. Ale czarne dziewczyny chciały śpiewać jak Beyoncé, białe wolały indie. 'Nikt nie chciał tego robić po mojemu. I pomyślałam wtedy: może to jest właśnie to - akt zaufania dla tego, kim jesteś'.
Była gotowa. Jej pierwszy singiel był objawieniem. W nakręconym do niego teledysku M.I.A., zamiast wydawać na choreografów i stylistów, siedziała w zgrzebnym T-shircie na słoniu i w rytm naiwnej melodyjki przypominającej dzwonek w komórce rapowała o muzułmańskim nastolatku podejrzanym o działalność terrorystyczną i zastrzelonym przez policję. Fraza z tekstu: 'Nie poddaję się jak Organizacja Wyzwolenia Palestyny', została momentalnie ocenzurowana przez MTV i oficjalne rozgłośnie radiowe. Ten utwór był zapowiedzią tego, co w jej twórczości będzie najważniejsze i najbardziej oryginalne. Banalne melodie skonfrontowane z mocną treścią polityczną, abstrakcyjne i inteligentne gry słowne będące czymś w rodzaju surowej poezji składają się na niepokojące protest songi, o których 'New Yorker' napisze później, że mogą być dźwiękami zarówno karnawału, jak i rewolucji.
M.I.A. wprowadza do popkultury punkt widzenia innego - imigranta złamanego przez wojnę, którego widujemy w programach informacyjnych i na ulicach, ale nigdy nie słyszymy, co mówi. Czy pop może być geopolityczny? Czy pojęcia takie jak 'wojna', 'przemoc', 'terroryzm' brzmią na parkiecie równie groźnie jak w rzeczywistości? Muzyka staje się pomostem między doświadczeniem przywiezionym z Trzeciego Świata, a tym nabytym w zachodnim społeczeństwie.
Jej pierwsza płyta zatytułowana 'Arular' (z ukrytą transkrypcją 'a ruler' - ktoś, kto wyznacza zasady gry) była wołaniem o ojca. 'Matka zawsze powtarzała, że ojciec dał mi tylko imię. OK, w takim razie użyję go, a potem go odnajdę, bo » Arular «będzie w każdym sklepie'. Plan udał się połowicznie. Ojciec napisał tylko zdawkowego maila z prośbą, by nie używała jego imienia.
Miesięczniki 'Spin' i 'URB Magazine' z miejsca uznały ją za artystkę roku. Ale razem z zachwytami pojawiły się ataki. Że nawołuje do rebelii, że otwarcie popiera terroryzm. Tymczasem ona doskonale znała z autopsji sytuację, która pcha ludzi do walki o wolność nawet za cenę śmierci. 'Ja tylko chodziłam sobie po świecie, aż któregoś dnia ktoś podłożył pod ten świat lont. Dopóki ludzie będą wydawać miliony, żeby bombardować innych, po tej drugiej stronie zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce o tym opowiedzieć. Ponieważ mamy prawo. To są moje korzenie. To jest wszystko, co reprezentuję'.
Druga płyta - 'Kala' - była hołdem dla matki. 'Jestem jej to winna. Nie potrafię znaleźć słów, by inaczej powiedzieć: dziękuję'. Materiał miał być nagrywany w Stanach, wszystko było gotowe, najlepsi producenci zakontraktowani. Ale z powodu odmowy przedłużenia wizy M.I.A. zmuszona była poradzić sobie sama. Ruszyła więc w muzyczną odyseję: Angola, Nigeria, Ghana, Indie, Australia, Haiti - wszędzie tam nagrywała tradycyjną muzykę, szukając oryginalnych brzmień. 'Umieszczę na mapie ludzi, którzy nigdy mapy nie widzieli'. Zamiast topowych producentów wystąpili na płycie m.in. nieletni aborygeńscy raperzy i staruszkowie z indyjskich wiosek grający na tradycyjnych bębnach.
Rezultat przeszedł najśmielsze oczekiwania. 'Rolling Stone' i 'Blender's' uznały 'Kalę' za najlepszą płytę roku. W notowaniach tego pierwszego M.I.A. wyprzedziła samego Bruce'a Springsteena. Potem było już z górki - deszcz innych nagród, w tym te najbardziej prestiżowe, nominacja do Oscara za ścieżkę dźwiękową do filmu 'Slumdog. Milioner z ulicy' i wreszcie miejsce na liście najbardziej wpływowych osób tygodnika 'Time'.
Dziś M.I.A. nie musi już nic. Mieszka w Los Angeles ze swoim partnerem Benjaminem Bronfmanem, dziedzicem fortuny Warner Music Group. Razem wychowują swego dwuletniego synka Ikhyda. Walka Tamilów jest zakończona - w roku 2009 znaczną część ich populacji wymordowano, pozostałych pozamykano w obozach pracy. Ale to właśnie dzięki jej muzyce świat usłyszał o ich dramacie. I nie tylko ich. 'Wielu biednych ludzi - wielu imigrantów - odebrało złą lekcję od współczesnego świata i z tą lekcją będą żyć do końca swoich dni. Ja tylko chciałam udowodnić, jak bardzo Zachód się myli, nie doceniając tego, co my, uchodźcy, jesteśmy w stanie wnieść do jego kultury'.