http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Agnieszka Holland

Maria Kornatowska
2002-08-09, ostatnia aktualizacja 2002-08-05 11:56

Kiedy umarł Stalin, wszyscy w kamienicy płakali, moi rodzice nie, ale byli przygnębieni. Zeszłam piętro niżej - mama Joasi leżała chora i szlochała. Zeszłam jeszcze niżej do Ewki - córki dozorców - która też była moją koleżanką - a tam świętowano. Zrozumiałam wtedy po raz pierwszy, że rzeczywistość jest skomplikowana i wieloznaczna - z Agnieszką Holland rozmawia Maria Kornatowska

Agnieszka Holland, Praga, drugi rok studiów
fot. Archiwum prywatne Ireny Rybczyńskiej-Holland/ Znak
Agnieszka Holland, Praga, drugi rok studiów
ZOBACZ TAKŻE
Najwcześniejsze dzieciństwo spędziłaś na warszawskim Powiślu. W Twoich filmach często powraca obraz dzieciństwa, dziecięcej magii, zabaw, odrębności dziecięcego świata. Czy w tych obrazach odcisnęło się Powiśle tamtych lat?

Urodziłam się pod koniec 1948 roku. Warszawa była w ruinach. Dzieciństwo ma to do siebie, że rzeczywistość odbiera się bardzo sensualnie. Pejzaże, niezależnie od tego, czy brzydkie, czy ładne, wydają się intensywne i magiczne. Na Powiślu dużo domów ocalało, ale mnóstwo też było ruin, malowniczych, porosłych łopuchami i dzikim bzem, pełnych zasadzek, niebezpieczeństw, smrodów i zapachów.

"Tajemniczy ogród".

Właśnie. Kiedy robiłam "Tajemniczy ogród" i zastanawiałam się, jak zaaranżować ogród, pomyślałam o zbudowaniu wokół niego ruin opactwa. Szukając ze scenografem Stuartem Craigiem pałaców, opactw, ogrodów itp., znaleźliśmy się w Yorkshire, gdzie z okresu wojen religijnych pozostało mnóstwo gotyckich ruin, i trafiliśmy do posiadłości, której właścicielka, zubożała arystokratka, założyła ogród w ruinach. Ale pomysł wziął się ze wspomnień dzieciństwa, z mojego "żelaznego funduszu". Był też kanał, koło którego przechodziłam do szkoły, kiedy byłam w pierwszej i drugiej klasie. Rzadko zresztą chodziłam, bo chorowałam. Kanał był gęsto zarośnięty, piękny i pełen tajemnic. Przez kilka miesięcy uczęszczałam do przedszkola w Łazienkach. Ogromnie chciałam chodzić tam dłużej, ale jakoś nie wyszło. Łazienki były wówczas ogrodem baśniowym, dzikim, nie tak zadbanym jak teraz.

Z dzieciństwa pamiętam głównie okresy lata. Kiedy byłam zupełnie malutka, jeździliśmy na Głodówkę, potem do Chlebowa koło Lipiec Reymontowskich, rodzinnej miejscowości męża mojej niani. Nauczyłam się tam biegać na bosaka po rżysku. Do dziś mogę biegać boso po kamieniach. Najwspanialsze, najdłuższe wakacje spędziłam w Wiśle-Malince. Ta Wisła-Malinka do dziś mi się śni. Może powinnam kupić tam dom? Namawiałam do tego Magdę.

Czym Cię ta Wisła tak urzekła?

Byłam już w takim wieku, że mogłam samodzielnie wyprawiać się na włóczęgi. Są tam wyjątkowo piękne krajobrazy. Chłodna woda, kamienie, mroczne lasy otwierające się nagle na rozświetlone polany. Gwałtowne deszcze. Natura była dla mnie w dzieciństwie ważna. Podczas studiów pod naporem innych wrażeń trochę od niej odeszłam. Teraz wraca do mnie. Chyba od jakichś dziesięciu lat znów odczuwam silną potrzebę obcowania z naturą.

Z kim się bawiłaś, z kim spędzałaś wakacje?

Z wiejskimi dzieciakami. Czasami jeździły z nami dzieci znajomych rodziców. Organizowano wspólne wakacje. Miałam przyjaciółkę, z którą do dzisiaj się przyjaźnię - Joasię Kuzińską. Chodziłyśmy razem do pierwszej i drugiej klasy. Mieszkała piętro niżej, jej matka mnie uwielbiała i stawiała za przykład Joannie, powtarzając, jaka jestem inteligentna. Cud boski, że ona mnie nie znienawidziła. Była jeszcze młodsza od nas Janeczka Waniewicz. Tworzyłyśmy trójkę bliskich koleżanek. Najbardziej lubiłam się bawić w Indian albo w rycerzy. Wolałam takie półchłopięce zabawy niż lalki. Organizowałam loterie, gry, urządzałam teatr, na przykład inscenizowałam Amicisa. Robiłyśmy także spektakle komiczne. Trzeba przyznać, że reżyserowałam wtedy naprawdę dużo.

Czy miałyście swoją publiczność?

Miałyśmy stałą widownię. Dzieciaki z podwórka albo rodziców. Chętnie też bawiłam się sama. Potrafiłam doskonale obejść się bez koleżanek. Kiedy byłam starsza - w szóstej-siódmej klasie - wyprawiałam się często na taki dziki, zarośnięty teren na Wołoskiej, między szpitalem a Rakowiecką. To były moje prerie. Uwielbiałam to miejsce i nie chciałam tam nikogo przyprowadzać. Samotność nigdy mi specjalnie nie ciążyła. Mama często namawiała mnie, żebym oddawała swoje rzeczy lub zabawki innym dzieciom. Czasami robiła to w sposób dość brutalny.

Kształtowała w Tobie postawy społeczne.

Mówiła wtedy: "Agnisiu, bądź wielkoduszna". Jeden taki przypadek utkwił mi szczególnie w pamięci, wypominam go jej do dzisiaj. Marzyłam wtedy o lalce z zamykanymi oczami. Nie było takich w Polsce. Któreś z rodziców przywiozło mi ją z Wiednia. To była nieduża lalka z czarnymi włosami, nazwałam ją Violetta na cześć "Traviaty". Jeszcze tego samego wieczoru albo może następnego mama przyszła do mnie, kiedy leżałam już w łóżku. Zawsze do mnie przychodziła, kładła się obok, opowiadała mi, śpiewała. Była czułą matką. W dzień nie miała czasu, ale przynajmniej wieczory poświęcała dziecku. Więc przyszła, położyła się obok mnie i mówi: "Wiesz, Grażynka jest bardzo chora, jej ojciec stracił poprzednie dzieci i ona marzy o takiej lalce". Wiedziałam, że za chwilę padnie sakramentalne: "Agnisiu, bądź wielkoduszna" i Violetta odpłynie ode mnie. Później, na wszelki wypadek, jak dostawałam zabawki, wychodziłam na balkon, zwoływałam dzieciaki z podwórka i rzucałam im. Kto złapie, będzie jego. Wolałam pozbyć się tych zabawek, zanim się do nich przywiążę.

Kiedy byłam trochę starsza, jeździłyśmy do Śródborowa. Był to ośrodek wypoczynkowy z dość brudnym basenem. Lubiłam tam jeździć, to też była przestrzeń, którą sobie oswoiłam. W głębi serca marzyłam jednak, żeby pojechać na Mazury. Mama związała się wtedy z moim późniejszym ojczymem. Jeździli razem na Mazury. I te Mazury rosły w moich oczach, a oni nie chcieli brać nas ze sobą. Urządziłam strajk głodowy. Siedziałam wtedy w Śródborowie pod opieką dziewczyny, która była wychowanicą mamy. Stale mieszkała u nas jakaś dziewczyna ze wsi, która się kształciła. Nigdy nie miałam własnego pokoju. A jak urodziła się Magda, dzieliłyśmy pokój we trzy.

Rodzice wcielali w czyn głoszone przez siebie ideały. Zjawisko raczej rzadkie.

No więc zastrajkowałam. Danusia napisała do mamy, że nie może sobie ze mną dać rady. I wtedy ściągnęli mnie do siebie. Odniosłam spektakularne zwycięstwo. Od tego czasu brali już nas z Magdą na Mazury. Tam dopiero były genialne wakacje. Jeździliśmy w różne miejsca. Pamiętam na przykład uroczą leśniczówkę w Groszkowie, w pobliżu jeziora Kalwa. Wtedy Mazury nie były takie modne, były jeszcze dzikie.

Jaka byłaś jako dziecko?

Trudna, trudniejsza niż dziś. W szkole byłam nieznośna, szczególnie w tym roku, kiedy zginął ojciec, a matka była w strasznym stanie psychicznym. Miałam wtedy trzynaście lat, zaczęłam dojrzewać. Dla nauczycieli byłam wprost nie do zniesienia. Podkochiwałam się w jednej nauczycielce, zachowywałam się wobec niej z potwornym okrucieństwem. W domu byłam jednak dzieckiem dość łatwym. Można mnie było przekonać perswazją. Zwłaszcza mama mogła ze mną robić wszystko, co chciała. Jednocześnie miałam swoje drugie, sekretne życie, o którym ona nie wiedziała, na przykład fascynacje religijne.

Cóż to były za fascynacje?

Lubiłam chodzić do kościoła, po kryjomu. Liturgia katolicka robi duże wrażenie. Szczególnie na kimś, kto pierwszy raz się z nią styka. Nasza gosposia zabierała mnie czasem w sekrecie do kościoła, bo rodzice byli w zasadzie przeciwni religijnej edukacji. Kiedyś zabrała Madzię do kościoła, a ona od razu się wygadała: "Poszłam, ludzie kucali i ksiądz też kucał". Rodzice nie byli jednak fanatycznie antyreligijni.

Brak komentarzy

W numerze z 31 lipca