http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Lubisz kłopoty, zostań ministerką

Jan Smoleński
23.03.2011 , aktualizacja: 17.03.2011 15:52
A A A Drukuj
Ruth Dreifuss Fot. East News Ruth Dreifuss
Należę do pokolenia kobiet, które musiały coś poświęcić, by wejść do polityki. Ja poświęciłam rodzinę. Młodsze kobiety już tego nie muszą robić - rozmowa z Ruth Dreifuss, byłą prezydentką Szwajcarii
ZOBACZ TAKŻE
40 lat temu szwajcarskie kobiety wywalczyły sobie prawa wyborcze. W 1971 roku była już pani całkiem dorosła, ale dopiero od tego momentu miała pani pełnię praw obywatelskich. Czy ten brak wpływu na sprawy polityczne był frustrujący?

Bardzo, choć w moim kantonie kobiety mogły głosować od 1960 roku. Pamiętam, że jako 20-latka po raz pierwszy szłam do urn razem z moją 55-letnią wtedy mamą. Ona też po raz pierwszy głosowała - kobieta, która nauczyła mnie w zasadzie wszystkiego, nigdy wcześniej nie miała możliwości wyrażenia opinii na tematy polityczne! Uważałam to za skandal.

Potem musiałyśmy czekać kolejne 11 lat, by móc głosować w sprawach ogólnokrajowych. Ja należę do pokolenia, które musiało stoczyć ostatnią bitwę o prawa wyborcze dla kobiet.

To była rewolucyjna zmiana?

Gdy połowa populacji z dnia na dzień otrzymuje prawo do udziału w życiu politycznym, to jest to rewolucja. Szwajcaria jest jedynym krajem, gdzie wszyscy obywatele - czyli męska część populacji - zdecydowała o prawach wyborczych dla kobiet w referendum. W innych krajach decydowały o tym parlamenty, zazwyczaj po wojnach, gdy sytuacja historyczna pokazywała, że kobiety sobie bardzo dobrze radzą, kiedy mężczyźni są na froncie. Szwajcaria podczas II wojny światowej ogłosiła neutralność. Pierwsze referendum poświęcone prawom obywatelskim kobiet było przegrane.

Brała pani udział w walce o prawa wyborcze?

Moja działalność zaczęła się, jeszcze gdy byłam nastolatką. Rozdawałam ulotki, wieszałam plakaty, wygłaszałam przemówienia, brałam udział w dyskusjach. Nasze prawa wyborcze to nie był dar od wielkodusznych mężczyzn. Walka o nie trwała przez ponad sto lat. Oczywiście wspierali nas w tym postępowi mężczyźni, np. mój ojciec i mój brat. Musi pan wiedzieć, że walka nie skończyła się na wygranym referendum w roku 1971, ponieważ część kantonów wciąż nie dopuszczała kobiet do głosowania nad sprawami lokalnymi. Najbardziej oporny kanton został zmuszony do zmiany przepisów przez sąd najwyższy w 1990 roku. Później niż w Iranie.

Pani rodzina ma lewicowe tradycje?

Nie. Ale cała rodzina była i jest przywiązana do idei praw kobiet, praw człowieka i demokracji. Mój ojciec był antyfaszystą i antykomunistą. Prowadził niewielką firmę zajmującą się importem i eksportem, ale nie odnosił sukcesów w biznesie, więc mama musiała pracować, by domknąć domowy budżet. Po śmierci mojego ojca, jeszcze gdy byłam nastolatką, moja mama musiała wziąć sprawy w swoje ręce.

To w jaki sposób związała się pani z lewicą?

Moja lewicowość rozwijała się etapami. Moje pokolenie przechodziło swoją młodość w czasie napięcia związanego z zimną wojną i zagrożeniem atomowym. Bogata północ była skupiona na zmaganiach dwóch supermocarstw, natomiast Trzeci Świat pozostawiono biedzie i wyzyskowi. Miałam wtedy poglądy pacyfistyczne, antykolonialne i odrzucałam konieczność wyboru między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim. Wiele osób wierzyło wtedy w trzecią drogę.

Teraz wierzy w nią Tony Blair. Brytyjskiej lewicy kojarzy się ona z kapitulacją.

(śmiech) Mówię o prawdziwej trzeciej drodze między socjalizmem i kapitalizmem. Dla mnie wzorem jest Olof Palme i droga skandynawska, w którą nadal wierzę. Socjaldemokracja była dla mnie dość naturalnym wyborem. Do partii wstąpiłam, gdy miałam 24 lata. Wstąpiłam do związku zawodowego pracowników sektora publicznego, zaczęłam działać aktywnie, gdy miałam około 30 lat. Uważałam i nadal uważam, że związek zawodowy to dobre narzędzie w walce o poprawę warunków osób niezamożnych - robotników fizycznych czy kobiet pracujących w supermarketach. W tym czasie też związki starały się otworzyć na kobiety. Albo może inaczej: to kobiety starały się otworzyć związki. (śmiech) Byłam jedną z liderek feminizacji związków zawodowych. Wolę praktyczne działanie, a nie dyskusje. Związki zawodowe mierzą się z problemami bardziej bezpośrednio niż partie polityczne. Bodajże w 1972 roku zostałam liderką federacji szwajcarskich związków zawodowych.

To dlaczego zaangażowała się pani w partyjną politykę?

Gdy partia zdecydowała się na promowanie kobiet, wpisałam się na listę wyborczą do parlamentu mojego kantonu. Zostałam wybrana. Jako działaczka związkowa miałam poparcie członków związku. Ale to w zasadzie nie był wybór, tak po prostu się zdarzyło. Chciałam być działaczką związkową zajmującą się kwestiami bezpieczeństwa socjalnego i prawem pracy.

Została pani wypchnięta?

Raczej wyniesiona przez falę mobilizacji społecznej, by w rządzie znalazła się kobieta.

W 1999 roku została pani pierwszą prezydentką. Szwajcarzy, wbrew łatce konserwatywnego społeczeństwa, szybko zaakceptowali kobiety na wysokich stanowiskach.

Dodam dwie uwagi. Po pierwsze, w siedmioosobowej Szwajcarskiej Radzie Związkowej, naszym rządzie, zasiada więcej kobiet niż mężczyzn. Po drugie, prezydencja nie jest najważniejsza, ponieważ w Szwajcarii mamy system rotacyjny. Każdy członek lub członkini Rady, na którą składają się przedstawiciele wszystkich partii, zajmuje stanowisko prezydenta przez jeden rok. Prawdziwym wydarzeniem było to, że w 1993 roku wybrano mnie do Rady. Byłam drugą kobietą, która została wybrana do rządu.

Dlaczego było to aż tak niezwykłe wydarzenie?

Podziel się