Dwoje młodych ludzi leży na środku pustego mostu w kałuży krwi, twarze skierowane do asfaltu, jej ręka przerzucona przez jego plecy, przytuleni. Takie zdjęcie, podobne zresztą do setek innych zdjęć z oblężonego Sarajewa, obiegło świat 23 maja 1993 roku. Jego wyjątkowość polegała na tym, że stała za nim romantyczna i jakże nośna historia o sarajewskich Romeo i Julii - tym mianem parę zabitych okrzyknęły gazety. On Serb, ona bośniacka Muzułmanka, Boszko i Admira. Uciekali z oblężonego miasta, od bomb, snajperów, głodu, zimna i strachu. Zatrzymały ich kule, ale grób z tablicą w kształcie serca i legenda miejska pozostały, by głosić prawdę o Sarajewie jako kolebce tolerancji zwaśnionych narodów.
Cóż, historia równie piękna, jak nieprawdziwa, przynajmniej nie do końca prawdziwa. Admira i Boszko rzeczywiście kochali się i w 1993 roku próbowali uciec z płonącego miasta. Ale nie było w tle żadnej etnicznej nienawiści, zwaśnionych rodzin. Zostali zabici z prozaicznego powodu - pieniędzy, które ze sobą nieśli, a które Boszko w pierwszych miesiącach wojny zarobił na przemycie podstawowych artykułów. A to już nie pasuje do hollywoodzkiej wersji historii o miłości ponad podziałami, którą każdy przewodnik po Sarajewie opowie wam ze łzami w oczach.
Imię się nie liczyło
Z dzisiejszej perspektywy taka miłość to co innego, bo kochać Serba, będąc Boszniaczką lub Chorwatką, i odwrotnie, to dowód niesłychanej odwagi lub po prostu szaleństwo, jak wprost mówi większość moich rozmówców. Pamiętajmy, że geneza miłości Boszka i Admiry sięga czasów Jugosławii, w której mieszane związki i małżeństwa, szczególnie w środowiskach wielkomiejskich, były na porządku dziennym i nie budziły takich emocji jak dzisiaj.
Bośnia i Hercegowina, zapewne z powodu swojej mozaiki narodowościowej, słynęła z największej liczby tzw. małżeństw mieszanych. W socjalistycznej i ateistycznej Jugosławii, gdzie miało panować 'braterstwo i jedność', istniała nawet cicha afirmacja takich związków. W praktyce natomiast wyglądało to tak - w szczególności w takich wielokulturowych miastach jak Sarajewo (ale też Mostar czy chorwacki Vukovar) - że po prostu nikt nie zwracał uwagi na to, kto jak się nazywa i czy świętuje Bajram czy Boże Narodzenie. Oczywiście, istniały środowiska bardziej konserwatywne, świadome swojego pochodzenia i przywiązane do religii, które nigdy nie pozwalały swoim potomkom na mieszanie się z innymi nacjami, ale nie miały one znaczącego wpływu na życie publiczne. Wojna zrobiła jednak swoje i role się odwróciły. Tak jak kiedyś małżeństwa mieszane były na porządku dziennym, tak dzisiaj są wyjątkiem.
Wojna nadal trwa
Gdyby tylko powodem do awersji, a nawet nienawiści do tzw. małżeństw mieszanych były osobiste doświadczenia wojenne, można by to było zrozumieć. Dopóki wszyscy martwi się nie odnajdą, a zbrodniarze nie zostaną osądzeni, jednostki mają prawo do niezagojonych ran, niepewności, strachu. Przecież nikt nie ma prawa odbierać im pamięci, łez, cierpienia, wspomnień. Ale nikt też nie powinien rościć sobie prawa do sterowania tymi uczuciami z politycznej sceny, ambony czy meczetu. Niestety, w ciągu ostatnich 15 lat od zakończenia krwawej wojny mamy do czynienia z odgórnym, wyrachowanym i bardzo dobrze zaplanowanym podziałem kulturowym, politycznym i społecznym, co przyczynia się do izolacji żyjących obok siebie trzech konstytucyjnych narodów - Boszniaków, Serbów i Chorwatów - oraz marginalizacji sporej grupy tzw. pozostałych, którzy z różnych powodów (np. będąc dziećmi z małżeństw mieszanych) nie kwalifikują się do wspomnianych wyżej narodów. Proces radzenia sobie z przeszłością idzie opornie, jest nacechowany propagandą, która ofiary traktuje jako instrumenty walki politycznej. Im więcej umarłych, zaginionych, zgwałconych kobiet, osieroconych dzieci, przesiedleńców, tym lepiej, bo tak naprawdę to tylko woda na młyn polityków wszystkich narodów i politycznych opcji.
Wojna w Bośni nadal trwa, jakkolwiek groźnie i niedorzecznie by to brzmiało. Trwa nie w sensie militarnym oczywiście, ale w podziale administracyjnym kraju, dyskryminującej konstytucji, która wyklucza nienarodowy podział, w mowach polityków i mediach, w działaniu wspólnot religijnych, w podzielonych szkołach zwanych dwiema szkołami pod jednym dachem, w podręcznikach prezentujących trzy wersje historii, w których ci sami ludzie dla jednych są zbrodniarzami, a dla innych bohaterami Wojna trwa podskórnie, pod płaszczykiem politycznie poprawnych wypowiedzi, przemilczeń, uładzonych na potrzeby Unii Europejskiej deklaracji. Nikt wojny nie zobaczy, spacerując po dzisiejszym Sarajewie pełnym kolorowych sklepów, nowoczesnych kawiarni, uśmiechniętych ludzi. Ale to tylko przykrywka, z jednej strony teatr na potrzeby Zachodu, z drugiej - autoiluzja pozwalająca ludziom żyć, mieć plany i nadzieje.
Ale mimo wszystko w takich warunkach nie patrzeć na imię i nazwisko po prostu się nie da. Ze wszystkich stron młodzi, którzy wojnę znają z opowieści albo pamiętają ją bardzo słabo, dostają jasny komunikat: tożsamość narodowa, religia, język nie mogą ulec "zabrudzeniu", zatraceniu, są największym dobrem, zagrożeniem zaś są inni, ci, którzy żyją obok. Każda ze stron ma swoje powody, które tak naprawdę mają to samo źródło - nacjonalizm.
Nie razem, ale obok siebie
Boszniacy, jeden z najmłodszych narodów Europy, tradycyjnie nazywani przez zagraniczne media bośniackimi Muzułmanami, znajdują się w momencie intensywnej budowy swojego imaginarium narodowego. Uciskani w czasach Jugosławii, bez swojej większościowej republiki, dziś mają szansę na umacnianie tożsamości. To, że ponieśli największą ofiarę w czasie wojny, sprawia, że retoryka martyrologiczna i wiktymizacja są jednym z najważniejszych elementów, na których budują tę tożsamość.
Drugim elementem jest oczywiście islam. Zatem z jednej strony jest retoryka: nie mieszać się z wrogami, którzy są odpowiedzialni za zło wyrządzone nam jako narodowi, z drugiej strony sama religia ogranicza możliwość 'mieszania się' z niemuzułmanami. Serbowie odseparowani w drugiej części Bośni - Republice Serbskiej - zmagają się ze swoimi demonami z przeszłości. Ich terytorium, 'czyste', bo zamieszkane głównie przez nich samych, młodym nawet nie daje możliwości realnych kontaktów z 'innymi'. Demonizowani w mediach Boszniacy (terroryści, ci, którzy chcą zniszczyć Republikę Serbską) i marginalizowani Chorwaci nie są mile widzianymi przyjaciółmi czy ewentualnymi życiowymi partnerami. Napięcie zduszone w czasach Jugosławii ponownie daje o sobie znać.
A Chorwaci, najmniejszy konstytucyjny naród, dobrze się czują chyba tylko w Hercegowinie, która ze względu na walutę i flagi wywieszane na każdym rogu raczej przypomina Chorwację. Bośniaccy Chorwaci mają poczucie, że są mniejszością zagrożoną ze wszystkich stron. Ciągoty w stronę bogatszej i lepiej urządzonej Chorwacji powodują, że młodzi coraz częściej wyjeżdżają na studia do Zagrzebia. W miastach podzielonych, takich jak Mostar, Žepc!e, Stolac, w których do tych samych szkół chodzą na zmianę młodzi Boszniacy i Chorwaci, nie ma szans na przyjaźń, a co dopiero na miłość. Oni się po prostu nie znają. Pracując w szkołach średnich w Mostarze, doświadczyłam tego na własnej skórze. Tak więc strach, uprzedzenia, fantomowa koegzystencja sprawiają, że małżeństwa mieszane w BiH należą do rzadkości.
Ale dlaczego, synku!
Amer i Nina poznali się sześć lat temu przez internet dzięki blogom, które w tym czasie pisali. Siedzimy w ich sarajewskim mieszkaniu, sączymy kawę i rozmawiając, obserwujemy półtoraroczną Dunję, która z zapałem przykleja naklejki na drzwiach kuchni. Jak mówią, już przed pierwszym spotkaniem w realu wiedzieli, jak się naprawdę nazywają, co oznacza, że chcąc nie chcąc, wiedzieli, do jakich tradycji przynależą (oboje konsekwentnie unikają słowa 'naród'). To nie miało dla nich kompletnie znaczenia, podkreślają. Wychowani zostali w różnych środowiskach i tradycjach. On z mniejszego miasta, z rodziny z silną boszniacką tożsamością, choć z tradycjami jugosłowiańskimi; ona z wielkomiejskiego małżeństwa mieszanego, serbsko-chorwackiego. Gdy się poznali, ważne było uczucie. Konsekwencje przyszły później, chociaż, jak mówią, nie były katastrofalne, ale, jak zaznacza Nina, takie małżeństwo w dzisiejszych czasach nie jest neutralne i stanowi pewien rodzaj wyzwania. Amer, gdy oświadczył swoim rodzicom, że znalazł kobietę swojego życia, spotkał się z entuzjazmem, który jednak wyparował, jak wspomniał imię swojej wybranki. Matka z przestrachem jęknęła: 'Ale dlaczego, synku!'. Wkrótce potem zaakceptowali Ninę, choć napięcie i skrytą niechęć da się wyczuć, szczególnie po urodzeniu się dziecka.
Nina, sama wychowana w małżeństwie mieszanym, nie spodziewała się żadnych problemów. Szybko jednak się okazało, że w najbliższej rodzinie znalazł się ktoś, komu imię jej męża jednak przeszkadzało. Szwagier Niny miał złe wspomnienia z wojny. Muzułmanie trzymali jego rodzinę jako zakładników przez kilka miesięcy, a to wystarczyło, żeby przy każdym spotkaniu rodzinnym narastał problem. Wkrótce zresztą sam się rozwiązał, bo szwagier przestał przychodzić.
Uważaj, z kim kładziesz głowę na jednej poduszce!
'Ale jakie mieszane małżeństwa, co za bzdury! Mieszanie krwi z wrogami kosztowało nas wiele, a kto tego nie widzi, ma chyba coś z mózgiem. W czasach, gdy nam zagrażają ci faszystowscy krzyżowcy, przyprowadzić do domu kata i kłaść z nim każdego wieczoru głowę na jednej poduszce to samobójstwo'. Forum młodych Boszniaków kipi od tego typu wypowiedzi.
Takie przekonanie podtrzymywane jest, choć oczywiście w innym tonie, przez czołowych intelektualistów boszniackich oraz wspólnotę islamską - Rijaset. Na jej oficjalnej stronie w dziale pytań i odpowiedzi wątki o małżeństwach mieszanych są jednymi z najpopularniejszych.
Sprawa jest teoretycznie jasna jak słońce, ale - jak to zawsze bywa w przypadku Bośni - się komplikuje. Według Koranu muzułmanka nie może wyjść za mąż za kogoś, kto muzułmaninem nie jest, natomiast mężczyzna muzułmanin może poślubić wyznawczynię judaizmu lub chrześcijaństwa. Jednak w Bośni od 1938 roku obowiązuje fatwa (w islamie opinia wyjaśniająca kontrowersję teologiczną, wydawana na piśmie przez islamskiego uczonego lub Radę Fatw), która zabrania jakichkolwiek małżeństw mieszanych w Bośni i szerzej na Bałkanach z powodu (bliżej nieokreślonych) warunków tam panujących. Głosy przeciw małżeństwom mieszanym prasa zamieszczała już w czasie wojny, a na jej łamach pojawiały się opinie zdecydowanie potępiające taki proceder.