Prowadzi pani od 1984 roku jedną z najbardziej znanych galerii sztuki współczesnej w Nowym Jorku. Postmasters - skąd ta dziwna nazwa?
Nazwę wymyśliliśmy razem z Tamasem Banovichem, z którym założyliśmy galerię i prowadzimy ją razem. To było kilka dni przed otwarciem pierwszej wystawy. Nie chcieliśmy mieć w szyldzie naszych skomplikowanych wschodnioeuropejskich nazwisk. Sawon & Banovich - to by brzmiało jak nazwa biura rachunkowego albo punktu naprawy lodówek na Brooklynie. A może też zadziałała mentalność z Europy. Amerykański model to nazwa galerii i jednocześnie sygnatura galerzysty: Mary Boone, Leo Castelli, Marian Goodman, ja nie chciałam, żeby moje nazwisko było bardziej widoczne niż nazwiska artystów. No i nazwaliśmy się tak, jak się nazwaliśmy. Niestety, potem trzeba z tym żyć.
Dlaczego niestety?
Bo nazwa zostaje, a jej sens gdzieś się zatraca. Można go trochę odkopywać. Kiedy zaczynaliśmy, była pierwsza fala postmodernizmu. Postmasters, czyli ci, którzy przyszli po mistrzach, następna generacja. Tak samo mogłabym dziś powiedzieć, że wystawa, którą przygotowałam dla CSW, na której pokazuję artystów zainspirowanych środkami komunikacji w internecie, jest 'posttechnologiczna'. Postmasters to po angielsku także ktoś, kto prowadzi urząd pocztowy. To nam się podobało, brak jednego znaczenia. Takie dada. Chodziło o to, by za wysoko siebie nie traktować.
W latach 90. na Brooklynie otwarto galerię Pierogi.
Pierogi to galeria moich przyjaciół, nazwa wzięła się stąd, że obok jest polska restauracja Kasia, w której podają pierogi. Postmasters to nazwa równie idiotyczna jak Pierogi, kojarzy się z urzędem pocztowym. Dzisiaj młodzi ludzie, którzy zakładają galerie, nie mają w szyldzie nazwisk, a wtedy w East Village, gdzie zaczynaliśmy, była podobna tendencja, żeby usunąć się trochę w cień, stąd takie nazwy jak Postmasters, International with Monument, Civilian Warfare.
Co łączyło te galerie? Dlaczego osiedliły się w East Village?
To typowy nowojorski model. W pewnym momencie jakaś dzielnica staje się za droga i młodzież, której nie stać na wynajmowanie, szuka miejsca gdzie indziej. East Village była w tym czasie dzielnicą polsko-ukraińską, z niskimi domami, tanimi sklepikami. Dotąd galerie były w Soho: Paula Cooper, Leo Castelli, Mary Boone, John Weber, a jeszcze wcześniej były w środku miasta. Od 1983 roku ludzie zaczęli zakładać galerie w East Village, co było związane bardziej z kulturą klubów i graffiti niż z biznesem. Wpisaliśmy się w tę falę. Znaleźliśmy malutkie miejsce na Avenue A, które otworzyliśmy 13 września 1984 roku.
Czy jako Polka czuła się pani wyobcowana?
Nie, tam każdy jest skądś. Leo Castelli był z Triestu, Ileana Sonnabend z Rumunii, Tony Shafrazi z Iranu, Larry Gagosian urodził się w rodzinie emigrantów z Armenii. To, że byłam z Polski, może tylko dodawało mi egzotyki, ale nigdy nie chciałam, by nasza galeria była kojarzona jako polska czy wschodnioeuropejska. Najbardziej interesowali mnie artyści międzynarodowi lub lokalni, tacy, których sztukę mogłam poznać, będąc w Nowym Jorku. Kiedy zaprosiłam do współpracy Katarzynę Kozyrę, to dlatego, że zobaczyłam jej prace na Biennale w Wenecji w 1999 roku i uznałam, że są rewelacyjne, nie dlatego, że to artystka z Polski.
Kiedy się nie ma celów biznesowych i otwiera się galerię, z czego się żyje?
Tamas prowadził małą firmę architektoniczną, dzięki temu też mieliśmy galerię wyremontowaną, bo znajomi nam pomagali. Ja zrezygnowałam z pracy w sklepie z butami i siedziałam na miejscu. Dzisiaj to już nie byłoby możliwe, Manhattan tak poszedł w górę, że młodzi ludzie albo prowadzą operacje we własnych mieszkaniach, albo otwierają galerie w dzielnicy Bushwick na Brooklynie, która zresztą dzięki temu zaczyna się poprawiać.
Dlaczego w ogóle galeria?
Ja w 1981 roku, przed stanem wojennym, wyjechałam z Polski. Byłam tuż po studiach historii sztuki na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie zrobiłam magisterium o wpływach sztuki japońskiej na modernizm, ale ciągnęło mnie w stronę sztuki współczesnej. W Polsce w tym czasie nie było co marzyć o prywatnej galerii. Pojechałam do Chicago, gdzie mieszkała moja matka, a po kilku tygodniach do Nowego Jorku, bo się zorientowałam, że jeśli chcę się zajmować sztuką, to tylko tam. W Stanach jest system czeladniczy, najpierw się terminuje w jakiejś galerii, a potem otwiera własną. Jednak jak na dobrego czeladnika recepcjonistkę za słabo znałam angielski. Poszłam pracować do sklepu z butami, bardzo eleganckiego, na Manhattanie. Pracowałam w soboty i niedziele, ale za to miałam jeden dzień wolny w tygodniu i zapisałam się do New School na zajęcia ze sztuki współczesnej, które prowadziła Estella Schwartz. To było fantastyczne, odwiedzaliśmy zaplecza galerii, pracownie artystów, zaczęłam poznawać ludzi, wpisywać się w nowojorskie środowisko artystyczne. Wtedy spotkałam Banovicha i razem zdecydowaliśmy, że trzeba się rzucić w te wody. Tamas jest Węgrem, studiował na ASP w Warszawie, ale traf chciał, że poznaliśmy się dopiero w Nowym Jorku.
Jak sztuka was interesowała, co pokazywaliście na początku?
Zanim otworzyliśmy galerię, ja przez pół roku rozglądałam się za sztuką i artystami. Jedną z osób, które mi pomogły, była Valerie Smith, dyrektorka Artists Space, dużej niekomercyjnej galerii w SoHo, która istniała od późnych lat 70. Zrobili dużo ważnych wystaw, np. 'Pictures Generation' dotyczącą tzw. appropriation art, czyli artystów, którzy pracują, przetwarzając inne obrazy. Drugą osobą, z którą się wtedy zaprzyjaźniliśmy, była kuratorka Edit deAk. Zaczęliśmy też robić wystawy ze znaną parą kuratorów Collins & Milazzo. To na ich wystawie były obrazy Petera Halleya i wczesne prace Jeffa Koonsa, które można było kupić po 2-3 tys. dol., ale nikt nie chciał. To nie były wtedy propozycje rynkowe. Do tej pory to, co pokazujemy, to nie są propozycje nastawione na rynek. W pewnym momencie scena East Village podzieliła się na dwa zaprzyjaźnione, ale osobne trendy. Pierwszy to graffiti i ekspresjonizm, m.in. z Jeanem-Michelem Basquiatem, a drugi nurt - konceptualno-
-popartowski, jak malarstwo Petera Halleya czy obiekty Ashleya Bickertona i Jeffa Koonsa. Takie galerie jak moja były związane z tym drugim nurtem. Jedna z pierwszych wystaw Koonsa odbyła się w International with Monument, to były akwaria z piłkami zanurzonymi w wodzie. My pokazaliśmy jeden z jego odkurzaczy w pleksiglasowym pudełku.
Dlaczego to panią bardziej interesowało niż ekspresjonizm?
Mnie zawsze bardziej niż ekspresja, czyli wyrzut artystycznego ja, interesowała zawartość dzieła sztuki, jego związek z momentem, w którym artysta tworzy. Forma dla mnie nie ma tak wielkiego znaczenia. W naszej galerii np. pokazujemy sztukę tworzoną na komputerze, ale nie jesteśmy galerią komputerową, pokazujemy sztukę Mary Kelly i Katarzyny Kozyry, ale nie jesteśmy galerią feministyczną. Uważam, że artysta wybiera sobie formę zależnie od tego, co chce powiedzieć. Może tworzyć malarstwo, wideo czy fotografię, sztukę, która jest minimalistyczna, albo taką, w której jest horror vacui - o wszystkim decyduje impuls intelektualny.
Miała pani zajęcia z prof. Białostockim? Ikonologia, którą wykładał, mówi: dzieło sztuki można zrozumieć tylko poprzez dokumenty i teksty z epoki, badając ówczesny stan wiedzy.