Zawsze byłam dumna ze swojego nazwiska, ale dziś zaczyna mi przeszkadzać. W internecie piszą, że zrobiłam książkę, że zrobiłam coś w operze i za chwilę o laskach. Jestem utytłana w pornografii. Żeby znaleźć siebie, muszę przedrzeć się przez miliony wyuzdanych lasek. Czasem ludzie wstydzą się wymówić moje nazwisko (śmiech). Taksówkarzy zatyka. Myślę: 'Ty gagatku, pewnie oglądasz pornografię, bo głodnemu chleb na myśli'. Ludzie sprowadzają moje nazwisko do spraw przyziemnych, ale ja czuję się apolińska.
Czyli?
Czystością formy, sterylnością, pięknem.
I to piękno chciała pani zaszczepić w PRL-u. Jak wpadła pani na pomysł, żeby zmieniać gwiazdy?
Zaczęłam od Łucji Prus. Nie podobała mi się jej fryzura i strój. A wymyśliłam fabularyzowaną płytę 'Łucja Prus dzieciom'. Wtedy płyty miały tylko okładkę i tył - listę utworów. A ja uszyłam poduszkę, w niej była poszewka, w koszulce-piórkach płyta, a na ostatniej stronie koniec bajki. Tomek Sikora to sfotografował. Przerabiałam też artystkę: ubierałam, malowałam, czesałam.
Artystka się zgłosiła?
Przyjaźniłyśmy się i proponowałam coś, czego nie miała. Ćwiczyłam na sobie, szyłam, farbowałam, tworzyłam tkaniny. Szanowałam ją, na studiach byłam młodzieżą, co nie zachwycała się Rodowicz, tylko 'Okularnikami' i Łucją Prus. Byłam pod wpływem egzystencjalistów i takie piosenki mnie fascynowały.
Ale zajmowała się pani Marylą.
Nie od razu. Maryla mi się przyśniła, że z nią pracuję. To mnie zdziwiło. Bo potem zaczęła mi się podobać jako niezwykle odważna. U Łucji Prus poznałyśmy się z Marylą i zaproponowała, żebym zrobiła okładkę jej płyty. Polubiłyśmy się, była prawdziwą lokomotywą. Podziwiałam, że pamięta, czy muzyk wziął instrument, że jest matką, artystką. Zresztą ja też niemal w pojedynkę robiłam jej dekoracje i inscenizacje koncertów.
Mówiła pani wtedy: 'Wykonawcy dowiadują się o mojej działalności na zasadzie poczty pantoflowej. Nie wiedzą, jak postąpić, by być zauważalnymi na scenie'.
Chcieli też leczyć kompleksy. Bo jeśli ktoś nie potrafi śpiewać, a była taka artystka, którą opakowywałam, bez umiejętności wokalnych. Chłopcy z Lublina wymyślili, że wylansują gwiazdę. I zgłosili się do mnie. I ją zrobiłam. A ona żadna gwiazda.
Do dzisiaj funkcjonuje.
Nie śledzę. Wtedy dawałam z siebie wszystko. Nawet o to pokłóciłam się z mężem. Mówił: 'Nadasz rangę czemuś, co nie ma wartości'. Uważał, że mój talent należy oddać osobie, która na to zasługuje. A w tym biznesie komuś odpowiadało, żeby to była akurat ta. A ja byłam człowiekiem do wynajęcia. Mówię uczciwie: zrobiłam Urszulę jak najlepiej i chwyciło.
A jej wygląd od razu wpływał na tysiące dziewczyn.
Bardzo. Po latach ludzie mówili, że w tamtym szarym świecie byłam dla nich światłem w tunelu (śmiech). Na Urszuli mogłam dużo rzeczy pokazać, bo była szczupła. Maryla miała za dużo ciała i nie wszystko wchodziło w grę. Miałam w głowie pełno pomysłów i jak nałogowiec szukałam ciała i kształtu, żeby się wyżyć.
Jak ta praca wyglądała od kuchni?
Urszuli zrobiłam płytę i pierwsze wideoklipy. Budce Suflera też robiłam pierwsze wideoklipy i były fajne, ale przejęłam kompetencje reżysera i mnie znienawidził, bo biłam się do końca. Wtedy kamera była statyczna i dogadałam się z kamerzystą, żeby był ruch i żeby z kamerą jechał na kolanach. Zdarł dżinsy, ale jak na tamte czasy wyszło super. Jeśli widziałam, że artystka ma wadę, to ją ukrywałam. Do tego są środki: sposób oświetlenia, nakrycie głowy, kształt sukni. Maryli Rodowicz długo robiłam kostiumy, ale ona zaczęła tyć i tyć. Były czasy poduszek i robiłam coraz większe te poduszki. Ale dochodzimy do punktu, że już nie da się oszukać. I trzeba się za siebie zabrać. Dzisiaj komputerowo wygładza się i wyszczupla.
Bo ludzie są okropni, zwłaszcza kobiety, siedzą przed telewizorami i polują: 'O, ta ma krzywego zęba'.
Jak pani przerabiała Marylę Rodowicz?
Dużą zmianę zrobiłam jej na recital do Sopotu i była sensacja. Wymyśliłam ekstrawagancki czarno-biały fartuszek w paski. Eksperymentowałam: rwałam, ciachałam, robiłam dziury. Maryla była odważna, jedyna pozwalała sobie na wszystko. Jest szybka i niemarudząca, i było na wariackich papierach. Potem zrobiło się nieznośne, bo kostium tworzyłam z dnia na dzień i na pamięć. I jak jej było coraz więcej, a mnie coraz mniej, to bez miary nie dało się zrobić stroju (śmiech).